Wykład Ryszarda Kapuścińskiego wygłoszony po nadaniu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego za wybitne zasługi w dziennikarskim i pisarskim dokumentowaniu, analizowaniu, przenikliwym komentowaniu zjawisk charakterystycznych dla świata przełomu wieków.

 

Magnificencjo, Dostojny Senacie, Szanowni i drodzy Państwo,

Chciałbym przede wszystkim podziękować Senatowi Uniwersytetu Gdańskiego, a zwłaszcza Jego Magnificencji, rektorowi Andrzejowi Ceynowi za nadanie mi zaszczytnego tytułu doktora honoris causa tutejszego Uniwersytetu. Jest to dla mnie wielki wyróżnienie, które przyjmuję z ogromnym wzruszeniem i głęboką wdzięcznością. Wdzięczny jestem Jego Magnificencji, członkom Senatu, zwłaszcza za to, że podejmując tę uchwałę zaprosili mnie tym samym do swojej rodziny akademickiej, a pośrednio także do społeczności Wybrzeża. Jest to dla mnie wielki zaszczyt, powód wielkiej satysfakcji, radości i dumy. Dziękuje jednocześnie Radzie Wydziału Nauk Społecznych i jego Dziekanowi prof. Henrykowi Machelowi za inicjatywę o wysunięcie i przeprowadzenie przewodu. Dziękuje również szczególnie mojemu promotorowi, prof. dr hab. Wiktorowi Peplińskiemu oraz wszystkim moim recenzentom za ich wielki wysiłek i życzliwe opinie wyrażone w przedstawionych recenzjach. Chciałbym także podziękować gdańskiemu środowisku dziennikarskiemu, moim przyjaciołom z prasy, radia i telewizji a szczególnie redaktorowi Markowi Ponikowskiemu za okazaną mi serdeczność i przyjaźń.
Dziękuje wszystkim państwu za przybycie i uczestniczenie w tej tak niezmiernie ważnej dla mnie uroczystości.

Magnificencjo, Szanowni Państwo,

Wiadomość o przyznaniu mi zaszczytnego tytułu Doktora Honoris Causa Uniwersytetu Gdańskiego odebrałem w chwili, kiedy pisałem kolejny rozdział mojej nowej książki pt. "Podróże z Herodotem". Herodot - tajemniczy Grek żyjący dwa i pół tysiąca lat przed nami. Aż tak głębokie cofnięcie się w jakże odległą przeszłość? Co prawda można by powtórzyć powód podany niedawno przez znakomitego pisarza francuskiego Pascala Quignarda: "Kiedy teraźniejszość nie cieszy i kiedy nadciągające miesiące nie niosą niczego prócz powtórzeń, oszukuje się monotonię sięgając w przeszłość". Ale osobiście nie mogę narzekać na monotonię. Dużo podróżuję po świecie, spotykam po drodze setki ludzi, poznaję ich losy, problemy i dramaty. Dlaczegoż więc ta retrospektywa? Ale jeśli chodzi o Herodota, owe dwa i pół tysiąca lat dystansu szybko zaciera się i znika, nie odczuwamy go, nie istnieje on - bo Herodot to nasz współczesny. Tak jest zresztą w wypadku wszystkich geniuszy, jakich wydała ludzkość. W wypadku Sokratesa i Platona, Pascala i Bacha, Michała Anioła i Szekspira. Ich dzieła czytamy i oglądamy, ich muzyki słuchamy, ich pisma poznajemy i zgłębiamy, jakby to były utwory powstałe teraz, w naszych czasach, nieomal na naszych oczach. Taka jest siła i wielkość ludzkiego umysłu, ludzkiej wyobraźni i wrażliwości, że potrafi pokonać przestrzeń i czas i przez wieki zachować życiodajną świeżość, niesłabnącą zdolność odkrywania i oświecania.

Podobnie jest i w wypadku Herodota. Co mnie w jego dziele, w jego dociekaniach zafascynowało? Jeszcze jako student historii zetknąłem się na uniwersytecie z tym nazwiskiem, ale książkę Herodota - zresztą jedyną, jaką napisał, mogłem przeczytać dopiero po latach. I odtąd sięgałem po nią wielokroć. Porwała mnie, bowiem jego wizja świata, jego rozumienie charakteru i natury społeczności zamieszkującej naszą planetę. Herodot rozumiał, że człowiek jest nie tylko częścią natury, ale i kultury, kultury, którą sam tworzy, w której żyje i z którą się utożsamia. Człowiek nie może żyć na zewnątrz kultury, poza nią, tak jak nie może żyć poza, na zewnątrz natury. Kultura jest jego najcenniejszą wartością, symbolem i treścią człowieczeństwa, tym co stawia go ponad świat rzeczy i zwierząt, a blisko Istoty, czy Istot Najwyższych. I więcej ponieważ rodzina ludzka, nasi niezliczeni bracia i siostry, żyjąc rozproszeni po całej ziemi, w zależności od różnych warunków i okoliczności wytwarzają różne kultury, tym samym my wszyscy żyjemy w świecie wielokulturowym i ta właśnie wielokulturowość stanowi najbardziej charakterystyczną cechę społeczności planetarnej.

Nie od razu jednak umysł ludzki doszedł do tej, zdawałoby się oczywistej, prawdy. Przez tysiące lat ludzie żyli w klanach i plemionach przekonani, że poza ich grupą krewniaczą czy etniczną nikogo więcej na świecie nie ma. Do tego poczucia wyłączności i jedyności przyczyniał się jeszcze słaby rozwój komunikacji i wiedzy - granica świata biegła tam, dokąd sięgał wzrok człowieka, albo dokąd mógł on, ze swoim szczepem, dotrzeć piechotą. Jeszcze w epoce Herodota jego poprzednicy, jeśli piszą historie, to są to zawsze dzieje odrębnych plemion i społeczności, poszczególnych skupisk i królestw, natomiast nigdy nie układa im się to w spójną i jednolitą panoramę ludów, we współzależny i różnorodny obraz ludzkości. Opowiadają o pojedynczych drzewach, ale nie dostrzegają lasu. Dopiero Herodot dokonuje w tym myśleniu radykalnego przełomu. Dziś, używając aktualnego słownictwa, nazwalibyśmy go pierwszym w dziejach globalistą. Ten niezwykły Grek, który zostawiając nam swoją książkę zaginął nie wiadomo dokładnie gdzie i kiedy, zrozumiał co najmniej trzy rzeczy: pierwszą - że każdy człowiek jest nie tylko zjadaczem chleba, ale także twórcą i nosicielem kultury; drugą - że tych kultur jest wiele i że są one różne; i trzecią - że kultury muszą ze sobą współistnieć, aby gatunek ludzki mógł w ogóle przetrwać i rozwijać się.

Doszedłszy do takich stwierdzeń, Herodot zaczyna swoje podróże. Chce poznać inne kultury, zrozumieć je i opisać. Jest przekonany, że warunkiem współżycia ludzi różnych kultur, ras i religii jest wzajemna znajomość i zrozumienie. Wieki po nim starożytni Rzymianie ukują przysłowie - Damnant quod non intelligunt - potępiają to, czego nie rozumieją. Jakże mądra jest ta uwaga! Zresztą Herodot sam widzi, ile konfliktów, krwi i łez, ile śmierci i zniszczeń bierze się stąd, że ludzie nie potrafią, a często i nie chcą się porozumieć. To w jego starogreckim języku narodziło się słowo - barbaros, na określenie istot mówiących językiem bełkotliwym, którego Grek nie rozumiał. Coś do nas mówi ten barbarzyńca, ale nie wiemy - co. Próbujemy mu odpowiedzieć, ale z kolei on nas nie rozumie, teraz my w jego oczach jesteśmy barbarzyńcami. Powstaje sytuacja, w której nie można nawiązać rozmowy, dialogu, komunikacji. Sytuacja coraz bardziej napięta i wroga, wypełniona niezrozumiałym dla obu stron bełkotem, która w końcu wyda zatruty i śmiercionośny owoc - wojnę. Herodot, pośrednio, stara się temu zapobiec. Odwiedza ziemię egipską i stepy, na których Scytowie wypasają swoje stada, poznaje mieszkańców Lewantu i oaz libijskich. W tamtych czasach podróżowanie było zajęciem heroicznym i ryzykownym, wymagało samozaparcia i poświęcenia. A jednak nie waha się i dopóki pozwala mu zdrowie i wiek, stara się wypełnić swoją misję - poznania i zbliżenia kultur i cywilizacji świata. Ale podróżuje nie tylko po to, aby poznając inne kultury przybliżać je swoim rodakom, sprawiać, by świat był dla nich bardziej zrozumiały i przyjazny.

Strony: 1 2 3 Następna »