Wspomnienia Tatarów Krymskich z deportacji

 

Opowieści ocalałych Tatarów są w większości króciutkimi relacjami przekazanymi prostym, lecz jakże nieraz wzruszającym językiem. Mimo niewątpliwego schematu, według którego zostały opowiedziane i zebrane zawierają wiele indywidualnie uchwyconych obrazów i wątków. Dzięki nim tamte tragiczne wydarzenia zdają się ożywać przed naszymi oczami, mimowolnie stajemy się ich uczestnikami.

Siłą tych maleńkich opowieści jest właśnie prostota i szczególna czerstwość słowa oraz przekazana za jego pomocą konieczność przetrwania i powrotu – do domu, na Krym!
Może więc i dla nas, polsich Tatarów mogą się stać zachętą do jakiegoś ważnego powrotu i do wiary w wartość zachowania tatarskiej kultury?



Esma Abdułłajewa, urodzona 3 maja 1932 roku we wsi Ajserez Rejonu Sudackiego na Krymie.

Nasza rodzina składała się z ojca – Abdułły Biliałowa (1905-1945), matki – Mejrem Dewe (1913-1945), brata Smaiła (1930), mnie, młodszych braci i sióstr – Bekira (1935-1947), Fewzi (1937-1995), Fewzije (1939-1947) i Osmana (1942-1946).

Wczesnym rankiem 18 maja 1944 roku, kiedy wszyscy jeszcze spaliśmy, do domu głośno zastukano. Ojciec zapalił lampę i otworzył drzwi. Na progu stali dwaj uzbrojeni żołnierze. Zapytali z ilu ludzi składa się nasza rodzina. Ojciec odpowiedział: z ośmiu. Macie 15 minut na zebranie się. Zbierzcie rzeczy i szybko wyjdźcie z domu, zostajecie wysiedleni - usłyszeliśmy. Nikt nie zapytał, za co i dokąd nas wiozą. Ojciec stracił głowę, mama trzymała na rękach dwuletnie dziecko. Wszyscy byliśmy dziećmi, jak mogliśmy się zebrać? Zdążyliśmy wziąć tylko worek fasoli. Wyszliśmy z domu w tym, w czym staliśmy. Wszystkich mieszkańców wsi zebrano wokół cmentarza. Ludzie myśleli, że przywieziono ich na rozstrzelanie. Załadowano wszystkich, jak bydło, do samochodów i odwieziono na stację Feodosja. Pamiętam, że padał rzęsisty deszcz. Samochód podstawiono tuż pod wagon i wrzucono ludzi do jego wnętrza. Wagony były dwupoziomowe. Kiedy przejeżdżaliśmy przez Siwasz , wszyscy głośno płakali, żegnając się z Ojczyzną.

Wody i toalety nie było. Kiedy pociąg się zatrzymywał wszyscy biegli za potrzebą pod wagony. W naszym wagonie nikt nie umarł, tylko jednak kobieta po drodze urodziła. Nie było opieki medycznej, wieziono nas na umieranie, nikomu nie byliśmy potrzebni. W drodze karmiono nas jakąś lurą, zatykaliśmy nosy i połykaliśmy. Nie pamiętam ile razy nas karmiono, ale wciąż chciało się jeść.

Strony: 1 2 3 4 5 6 Następna »