Stefan Wilkanowicz: Gdzie jest pański "Heimat", "mała ojczyzna", w której czuje się Pan u siebie?

Franz Thun: Trudno mi na to odpowiedzieć. Jeszcze, gdy byłem dzieckiem - zmienialiśmy kilkakrotnie miejsce zamieszkania, ale zawsze mieszkaliśmy na południu Bawarii, w kraju katolickim, dumnym z dość wyrazistej odrębności.

Rodzina mojego ojca zawsze żyła na pograniczu. Zasadniczo pochodzi z regionu Trento, gdzie mówiło się po włosku. Część rodziny do dzisiaj tam pozostała i jest dwujęzyczna. Inna część, która związała się z dynastią Habsburgów w okresie kontrreformacji, osiedliła się w Czechach, na granicy z Saksonią, kupując za niewielkie pieniądze dobra od protestantów, którzy zostali pobici i musieli opuścić te ziemie. Był to teren górzysty, nieurodzajny. Pod koniec XVIII w. moi przodkowie inwestowali w ten region, przede wszystkim w modernizację rolnictwa. W XIX w. założyli Akademię Rolniczą, która była pierwszą szkołą rolniczą na terenie ówczesnej Austrii. Można powiedzieć, że promowali nowoczesne rolnictwo wśród chłopów.

S. W.: Pańscy przodkowie byli niemiecko- czy czeskojęzyczni?

F. Th.: Niemieckojęzyczni. W wiekach XVII i XVIII język czeski był używany właściwie tylko przez chłopów. Dopiero w XIX w nastąpił jego renesans, związany z rozwojem szkolnictwa i przekonaniem, że wiedza najlepiej jest przyswajana za pośrednictwem własnego języka. Było to silnie popierane. Po 1848 r. reforma szkolnictwa w Cesarstwie wprowadziła języki ojczyste do szkół.

S. W.: Jak długo pańska rodzina żyła w tym rejonie?

F. Th.: Około 300 lat. W 1946 r. mój ojciec, po wszystkich katastrofach, które przyniosła II wojna światowa, musiał opuścić naszą ojczyznę. Swoim dzieciom przekazał jednak zainteresowanie i szacunek dla innych kultur, a także przekonanie, że każdy człowiek rozwija się najlepiej we własnej kulturze i własnym języku, co z kolei pomaga otworzyć się na inne kultury, czerpać z nich i samemu dawać coś innym. Po części pod jego wpływem, po studiach w zakresie ekonomii i socjologii, zaangażowałem się jako wolontariusz do pracy w założonej przez genewskich katolików organizacji pozarządowej, działającej na rzecz rozwoju ekonomicznego Afryki. Miałem szczęście pracować w ekipie międzynarodowej z Afrykańczykami z różnych krajów, z Francuzami, Szwajcarami, Kanadyjczykami...
Nasza praca oparta była na założeniu, że rozwój Afryki powinien opierać się na zrozumieniu potrzeb, oczekiwań i przekonań ludności lokalnej, a także na jej własnych inicjatywach.

Najpierw trzeba było dotrzeć do wioski, żyć w takich samych warunkach, w jakich żyją miejscowi ludzie, pracować z nimi w polu, stworzyć sytuację sprzyjającą współpracy - zarówno dawaniu, jak i otrzymywaniu wiedzy, doświadczeń, różnych elementów kultury - wreszcie rozbudzić ich własną aktywność rozwijającą rolnictwo. Jeżeli zmiany wprowadzane są tylko za pośrednictwem państwowej administracji, to trudno uniknąć poważnych błędów. Oczywiście ludziom z afrykańskich wiosek nasza działalność wydawała się dziwna.

S. W.: Czy okazywali swoje zdziwienie?

F. Th.: Opowiem o pewnym zdarzeniu. Zazwyczaj przemieszczałem się z wioski do wioski samochodem, aby omawiać ze studentami pracę na następny dzień. Pewnego dnia samochód się zepsuł, więc szedłem pieszo. Po drodze wstąpiłem do restauracji, żeby napić się czegoś zimnego. Jadłem też banany (są one dla Europejczyków pokarmem stosunkowo bezpiecznym). Miejscowi ludzie nie znali mnie, ale na widok mojego posiłku jeden z nich powiedział: "Aha, to ten biały, który przybył w nasze strony badać banany, i potem zrobić bananowy business".

S. W.: Czego nauczyły Pana doświadczenia afrykańskie?

F. Th.: Tego, że bieda nie musi koniecznie prowadzić do smutku. Afrykańczycy są ludźmi bardzo zrównoważonymi i pełnymi radości, dzięki czemu potrafią przezwyciężać wielkie trudności. Przez pewien czas pracowałem w akcji animowanej przez katolickie zakonnice w ubogiej dzielnicy miasta Douala. Chodziło o stymulowanie rozwoju rzemiosła, o wytyczanie nowych ulic itp. Zrozumiałem, jak funkcjonuje miasto, którego mieszkańcy nie mają pracy, jak istotne są wtedy więzi rodzinne, i jak ważna może być więź z przodkami, wyraźny porządek pokoleniowej ciągłości. Zrozumiałem także, jak szkodliwe bywa bezmyślne wprowadzenie innej cywilizacji, jak niszczy to ustalony porządek i relacje międzyludzkie. Ludzie tracą energię i nadzieję, tracą poczucie zakorzenienia, łatwiej nimi manipulować.

Każda społeczność powinna mieć możliwość rozwoju opartego na własnych podstawach, a adaptacja doświadczeń z innych kultur powinna uwzględniać rodzimą suwerenność. Inaczej mówiąc, sami ludzie powinni decydować, co chcą wdrożyć u siebie i w jaki sposób.

Pracowałem potem z ramienia Caritasu w Azji. Miałem możliwość porównania sytuacji w Afryce oraz w Nepalu i moje przekonanie o niszczącym działaniu kolonizacji umocniło się. Ludzie, którzy pozornie zaadaptowali się do świata nowoczesnego, naprawdę żyją podwójnym życiem. Z jednej strony zachowują osobowość tradycyjną utrzymującą rodzinne więzi, solidarność rodzinną, a z drugiej strony prowadzą życie nowoczesne w małej rodzinie, pod rządami nowoczesnej administracji, w wolnorynkowo zorganizowanej gospodarce. Te dwa światy nie współistnieją harmonijnie i wiele osób żyje w konflikcie osobowościowym. Myślę, że to właśnie jest ważnym elementem wyjaśniającym zapóźnienia w rozwoju Afryki.

Strony: 1 2 3 Następna »