• <small>Kablarso Ovcarska Klisura fot. Elżbieta Żak</small>
    Kablarso Ovcarska Klisura fot. Elżbieta Żak

W sobotni wieczór na południu Serbii nic nie wskazuje na jakiekolwiek ożywienie. Może jedynie nagły powrót zimy pobudza kierowców czy oczekujących na spóźniające się pociągi pasażerów.

 

Większość mieszkańców Brvenika leżącego nad rzeką Ibar siedzi przed telewizorami i ogląda serbską, a właściwie jugosłowiańską wersję Eurowizji. Słuchacze z całej byłej federacji, nawet z Bośni, głosują na występujących przed kamerami piosenkarzy. Serbowie na Chorwatów, Chorwaci na Serbów. Odnoszę wrażenie, że tylko ja wertuję gazety, szukając nowości z Kosowa. Dla ludzi tu mieszkających wszystko jest już wiadome.

 

Zapewne kilkadziesiąt kilometrów dalej w górę rzeki, w Kosowskiej Mitrowicy, gdzie Ibar przedziela miasto na dwie etnicznie i religijnie odrębne części, emocje są większe. Nazajutrz Kosowo ma ogłosić niepodległość, odbędą się więc zapewne demonstracje zwolenników i przeciwników tej decyzji. Musi też dojść do zamieszek na granicy chronionej przez oddziały KFOR-u. To raczej zwyczaj w byłej Jugosławii, nikt nie szanował tu dotąd sił rozjemczych. Ale wszystko już zostało przesądzone. Stany Zjednoczone i większość krajów Unii Europejskiej zapowiedziała przecież swoje poparcie dla secesji tego regionu. Sprzeciw Rosji czy Chin, zapewne chwilowy, nic nie zmieni.

 

Kilka dni później gazety odnotowują wypowiedzi polityków zachodnich, zaniepokojonych, a wręcz oburzonych „wywołanymi przez Serbów” rozruchami w Kosowie, na przejściach granicznych i burzliwymi protestami w Belgradzie: „Serbowie po raz kolejny objawiają swój agresywny nacjonalizm”.

 

Przedziwne, ale przylgnęła do nich metka strażaka regionu, gaszącego wszelkie zrywy niepodległościowe innych narodów. Od momentu rozpadu Jugosławii, zainicjowanego przez Słowenię, Zachód oskarża władze w Belgradzie o wszelkie możliwe zbrodnie. Zapomina, że wojna, która wybuchła kilkanaście lat temu, obudziła szowinizm u wszystkich, nie tylko u Serbów. Czystki etniczne dotykały tych, którzy znaleźli się po niewłaściwej linii frontu, szczególnie w Bośni. Winni w każdej chwili mogli przekształcić się w ofiary. Świat zapamiętał jednak głównie wydarzenia ze Srebrenicy, gdzie z rąk Serbów zginęło siedem tysięcy muzułmanów. W marcu 1999 roku NATO przez dwa miesiące bombardowało Nową Jugosławię (w tej „humanitarnej” operacji bomby spadały również na obiekty cywilne), oskarżając ją o masakrę ludności albańskiej w Kosowie.

 

Zarzuty te okazały się później mocno przesadzone, zresztą przemoc stosowały obie strony.

 

Zachód zapomina, że tradycyjnie nie popiera ruchów separatystycznych, uznając podział państw za zły sposób rozwiązywania problemów międzyetnicznych. Przywódcy USA i UE twierdzą, że Kosowo to przypadek szczególny, że nie dało się tu postąpić inaczej. Nie zauważają, że w byłej Jugosławii takich przykładów jest więcej. Niewielka i niestabilna wewnętrznie Macedonia ma 25% diasporę albańską, liczącą na szerszą autonomię, zamieszkującą dość zwarcie tereny przy granicy z Albanią i Kosowem. W Bośni, podzielonej w wyniku wojny na dwie części: Republikę Serbską i Federację Chorwacko-Muzułmańską, również odzywają się separatyści. Ambasador Stanów Zjednoczonych uznał niepodległościowe dążenia lokalnych Serbów za niedopuszczalne, argumentując, iż integralność terytorialną Bośni i Hercegowiny gwarantuje podpisany przed 12 laty układ pokojowy z Dayton. Nikt oprócz władz w Belgradzie nie chce pamiętać, że podobna klauzula dotyczyła Serbii i Kosowa a zawarta była w porozumieniu, kończącym NATO-wskie naloty 9 lat temu!

 

Tydzień po secesji Kosowa protesty w Belgradzie, tak krytykowane przez europejską i amerykańską prasę, powoli ucichają. Serbowie zdają sobie raczej sprawę, że niewiele one już zmienią. Decyzja zapadła poza ich plecami, stąd emocjonalne porównania do układu monachijskiego. Nie reagują też na krytykę ze strony USA, to przecież kraj, z którym utożsamiają niedawne naloty. Mają natomiast wiele uzasadnionej pretensji do Unii Europejskiej. Jej przywódcy nie chcą jakoś zauważyć zmian, jakie dokonały się w serbskiej polityce. To przecież sami Serbowie obalili Slobodana Miloszewicza, wprowadzili szereg reform demokratycznych, podporządkowali się nawet Trybunałowi w Hadze, który zajmuje się ściganiem zbrodni wojennych w byłej Jugosławii (można odnieść wrażenie, że głównie serbskich). Który kraj zgodziłby się oddać własnego, nawet byłego, przywódcę pod obcy sąd?! Ze strony wspólnoty płyną jednak głównie słowa krytyki i obawy o nawrót wielkoserbskiego szowinizmu, zachęt dla Serbów nie ma prawie żadnych.

 

Prasa w Belgradzie rysuje dwa scenariusze długofalowe po odłączeniu się Kosowa. Pierwszy to rozpamiętywanie własnych krzywd, zerwanie stosunków z Zachodem, zarazem zbliżenie z Rosją. Ale też kryzys ekonomiczny. Drugi zakłada przezwyciężenie dumy i ścisłą współpracę z Brukselą, aż do członkostwa w Unii. Wbrew pozorom Serbowie dokonali już wyboru. Dwa tygodnie przed „kosowską” niedzielą wybrali proeuropejskiego Borisa Tadicia ponownie na prezydenta republiki.

 

Najwyższy czas, by zauważyła to Unia!

 

Michał Kuryłowicz,

Instytut Studiów Regionalnych,

luty 2008