Spotkanie w Bukareszcie polskiego jezuity, pracującego tu od ponad 15 lat, było okazją, by porozmawiać na temat obecnego stanu dialogu ekumenicznego w tym kraju, który jako pierwszy o większości prawosławnej zaprosił głowę Kościoła katolickiego.


Z ks. Tadeuszem Rostworowskim SJ rozmawia Anna Pawlikowska

Anna Pawlikowska: Jak czuje się ksiądz z kraju dominującego katolicyzmu w Rumunii, gdzie katolików jest zaledwie 10 %, a z nich połowa chwali Boga w obrządku wschodnim?

ks. Tadeusz Rostworowski SJ: Przyjechałem do Cluju w 1992 roku. Tam odradzała się właśnie wspólnota grekokatolicka. Mieszkaliśmy z greckokatolickimi księżmi w blokach. Nigdy wcześniej, jako księdzu w Polsce, coś takiego mi się nie zdarzyło. Zajmowaliśmy cztery mieszkania, z czego dwa w wieżowcach, na ósmym piętrze. Była to wspaniała okazja do bezpośrednich kontaktów z ludźmi, z sąsiadami. Tego chyba brakuje polskim parafianom. A był to czas, kiedy grekokatolicy dopiero odbudowywali swoją obecność w rumuńskim społeczeństwie, Kościół greckokatolicki był bowiem przez reżim Ceausescu zdelegalizowany, cerkwie oddano prawosławnym lub zamknięto. Odprawialiśmy msze św. i spowiadaliśmy pod gołym niebem, na głównym placu miasta. To było duże przeżycie.

Po roku pobytu w Cluju wysłano mnie do Jass pod Bukaresztem. Tam dopiero odczułem w pełni „mniejszościowość” Kościoła. Bardzo brakowało mi poczucia, że jest się Kościołem powszechnym. Księża obecni są tam w kościele, ale poza nim – na uniwersytecie, w życiu – prawie ich nie ma, są niewidoczni. Kościół katolicki był przez lata traktowany jak ubogi krewny, spychany na margines. Dopiero od niedawna trochę się to zmienia.

Jakie są relacje między obydwoma Kościołami w Rumunii?

- Prześladowania grekokatolików przez reżim komunistyczny bardzo skomplikowało sytuację w Rumunii. Przed wojną stosunki grekokatolików i prawosławnych były bardzo dobre, zwłaszcza w Transylwanii, gdzie unici stanowili większość. Słyszałem nawet, że zdarzało się, że księża wymieniali się za ołtarzem – prawosławny odprawiał greckokatolicka mszę, łącznie z modlitwą za papieża, a grekokatolik – liturgię prawosławną, z sekwencją modlitw za patriarchę. Miało to wpływ na obie wspólnoty, powodowało np. większą częstotliwość spowiedzi w cerkwiach prawosławnych, czy wprowadzenie tam Drogi Krzyżowej.

Po 1989 r., kiedy pozwolono działać grekokatolikom, zaczęli się oni upominać o swoje kościoły i swoje własności i to spowodowało, oczywiście, szereg zadrażnień i komplikacji. Ale wydaje mi się, że obecnie te konflikty powoli wygasają. Problemy wciąż jeszcze bywają na wsiach, gdzie prawosławni nich bardzo chcą oddawać greckokatolickie świątynie, nawet, jeśli tuz obok stoi cerkiew prawosławna, boją się bowiem odpływu wiernych.

Jan Paweł II zachęcał katolików rumuńskich do nieprzerwanego dialogu ekumenicznego. Czy po jego śmierci ten dialog jest kontynuowany?

- Jan Paweł II dokonał tu wielkich rzeczy. O swoją wizytę tutaj w 1999 r. walczył bardzo długo, przygotowywał się do niej, uczył języka. Okazał wielki szacunek dla tego kraju – nazwał go „ogrodem Maryi”, co bardzo ujęło Rumunów, których maryjna pobożność jest chyba nawet większa od polskiej. Żeby doprowadzić do tej wizyty, papież bardzo się uniżył, przyjął wszystkie warunki stawiane przez Cerkiew rumuńską, która bardzo się bała, że papież będzie uprawiać tu prozelityzm. Były to zatem ciężkie warunki. Wykluczały wszelkie podróże poza Bukareszt, odpadła więc wizyta w największym skupisku katolików – Transylwanii. Nie zaakceptowano w programie spotkania z młodzieżą, z mniejszością węgierską. Jan Paweł II wszystko to przyjął. Przyjął też i to, że dopuszczony został do udziału w liturgii prawosławnej tak jak zwykły wierny – siedział przed ołtarzem, w rzędzie, w palącym słońcu, a przemówić mógł dopiero po zakończeniu mszy. Ale dzięki temu, dzięki jego pokorze, otworzyły się przed nim inne kraje prawosławne – Bułgaria, Gruzja, Grecja. Nawet wizyta Benedykta XVI w Turcji także jest w jakiejś mierze owocem tamtej pielgrzymki Jana Pawła II do Rumunii.

Swoją postawą papież nie tylko podniósł obraz Kościoła katolickiego w oczach Rumunów, ale wskazał też drogę księżom katolickim. Jego śmierć na pewno wiele zmieniła. W styczniu tego roku rozmawiałem z patriarcha Teoktystem (który zmarł we wrześniu). Powiedział wtedy, że bardzo brakuje mu Jana Pawła II. On otwierał drogi, dodawał ducha w dialogu. Teraz jest inny etap, wyraźnie inna sytuacja. Prawosławie bardzo to odczuło.

Czy tamto spotkanie otworzyło pole jakiegoś współdziałania katolików i prawosławnych na poziomie praktycznym, duszpasterskim czy społecznym?

- Tak, istotnie – jest takie pole. Tu, w Bukareszcie, jest około 10 tysięcy tzw. dzieci ulicy. Są całe gangi dzieci, które żyją na marginesie tego wielkiego miasta, kradną, narkotyzują się publicznie, z każdym dniem tracąc szansę na powrót do normalności. Najgorsza jest narkomania – człowiek, który wącha butapren, degeneruje się nieodwracalnie, niszczy sobie mózg. Trzeba naprawdę ogromnego wysiłku, żeby tę wielką rzeszę zagrożonych ratować. Pierwsze organizacje pomocy dzieciom ulicy były tworzone wspólnie przez katolików i prawosławnych. I na tym polu ich współdziałanie jest rzeczywiście bardzo owocne i zgodne.

Podobnie w więzieniach. Katolickie duszpasterstwo więzienne ma szacunek i pomoc ze strony Cerkwi. Skomplikowana sytuacja jest w szpitalach. Jestem, jak wiadomo, jezuitą. W Krakowie nasz dom mieści się pośrodku kompleksu szpitala uniwersyteckiego. Do szpitali chodzi się więc dwa razy dziennie – rano z Komunią św, a wieczorem żeby spowiadać, rozmawiać, wspierać chorych. Tu jest inaczej. Prawosławny ksiądz przychodzi do szpitala, kiedy go ktoś wezwie. Dlatego kiedy zacząłem i tutaj chodzić w szpitalu po salach, pytając, czy ktoś nie potrzebuje kontaktu z księdzem, bałem się, że spotkam się z oporem księży prawosławnych i hierarchii. Ale nie – zostałem bardzo życzliwie przyjęty.

Obecny patriarcha Daniel często podkreśla też pomoc, jakiej duszpasterze Cerkwi rumuńskiej doświadczają ze strony Kościoła zachodniego, gdy idzie o organizowanie opieki duszpasterskiej tym milionom Rumunów, którzy w ostatnich latach wyjechali do Irlandii czy do Włoch. Kościół katolicki zaprasza prawosławnych księży, udostępnia im kaplice, daje oparcie.

Natomiast tu patriarcha Daniel, jeszcze jako metropolita Bukowiny założył radio Trinitas, obejmujące obecnie swoim zasięgiem całą Rumunię. Radio to w Jassach ma swoja rozgłośnię i studio, w którym przygotowywany jest całodobowy program. Jest ono otwarte na katolików – nadaje wiadomości z życia Kościoła, zaprasza katolickich komentatorów. Innym wyrazistym znakiem otwarcia na dialog był fakt, że niedawno doktorat honoris causa uniwersytetu w Cluju, pierwszy, który został tam przyznany na wniosek wydziału teologicznego, otrzymał czeski jezuita ks. Tomaš Špidlik. W tym samym transylwańskim mieście, w samym centrum, budowana jest prawosławna cerkiew, do której mozaikę zaprojektował artysta ze Słowenii, który jest katolickim księdzem, skądinąd także jezuitą. A to jest poważna rzecz, zwłaszcza, że wiadomo, jak ścisłym regułom poddana jest tam sztuka sakralna.

Czy spotkanie ekumeniczne w Sibiu cos zmieniło w rumuńskim życiu religijnym?

- Na początku tego roku katoliccy biskupi poprosili, by w ramach przygotowania do tej konferencji nawiązać osobiste kontakty z prawosławnymi księżmi, z miejscowymi proboszczami. I to się rzeczywiście udało – zaczęliśmy odwiedzać się wzajemnie, rozmawiać, zapraszać także na nieformalne na spotkania. To bardzo duży krok w stronę przezwyciężenia wzajemnych uprzedzeń – i chyba najwyraźniejszy ślad konferencji w Sibiu. Trzeba zresztą dodać, że w przygotowanie do niej zaangażowani byli przede wszystkim katolicy; prawosławni wystąpili w roli uczestników obrad. Katolicyzm jest stale obecny w życiu publicznym, choć nie w takim stopniu, jak w Polsce. Księża uczą na uniwersytetach – ja sam, na przykład, wykładam katolicka naukę społeczną na wydziale nauk politycznych w uniwersytetu w Bukareszcie. Jest możliwość zabrania głosu w radio i w telewizji – oczywiście, jeśli się ma cos do powiedzenia… Otwarcie jest, jeszcze wciąż istnieje.

Jeszcze?...

- Tak, zaczyna się bowiem także w Rumunii gwałtowna laicyzacja życia. Straty ponoszą wszystkie denominacje. Działają tu różne sekty, stowarzyszenia parareligijne, do których wstępują Rumuni – głównie zresztą prawosławni. Rzeczywistość stawia nam wszystkim nowe wyzwania.

Dziękuję za rozmowę.

Bukareszt, 27 listopada 2007