JB: A jak w dzisiejszym świecie (a także w samej Polsce) określił by Ksiądz Profesor rolę badacza zajmującego się światem islamu i problemami Bliskiego Wschodu? Czy można tu mówić o pewnego rodzaju misji do spełnienia? Jakie dziedziny badań dotyczące tego regionu geograficznego i kulturowego uważa Ksiądz Profesor za priorytetowe?

Ks. Prof. Kościelniak: Wydaje mi się, że my naukowcy powinniśmy nie bać się prawdy. Prawda oczywiście może być zbudowana na rzetelnej faktografii. Jak to zwykle bywa z faktografią, może być ona różnie interpretowana. Ale nie powinno być tematów tabu. Mam tu na myśli nie tylko pewne sytuacje związane z chrześcijanami w Sudanie, czy innych muzułmańskich krajach, ale również z mniejszościami muzułmańskimi. Dobrze wiemy, że sytuacja szyitów w sunnickiej, wahabickiej Arabii Saudyjskiej jest równie tragiczna jak chrześcijan. I tych problemów jest stosunkowo wiele. To, na co narażona jest orientalistyka, również w Polsce, jest chęć bycia political correct – poprawnym politycznie. Bywa tak, że reprezentujemy konkretne frakcje, np. proamerykańską, antyamerykańską, prożydowską, propalestyńską. Jest to po części uprawomocnione, każdy ma prawo do swoich poglądów politycznych. Niemniej naukowiec opisujący pewne fakty powinien starać się być ponad tym. Prawo do własnego zdania jest oczywiste, ale należy się starać opisać fenomen wszechstronnie. Właśnie to pomaga uniknąć bardzo radykalnych ujęć, takich jak na przykład kwestia palestyńska. W tej materii spotykamy często tak przeciwstawne ujęcia, że często przeciętny słuchacz Kowalski jest wręcz zdezorientowany i zdziwiony radykalnością pewnych wypowiedzi. Wielostronne spojrzenie na fenomen powodowałoby natomiast, że na wiele zjawisk patrzylibyśmy spokojniej, starając się rozumieć racje poszczególnych stron. To dotyczy historii, ale także kultury. A zatem, nie należy bać się trudnych tematów, demonizować przeciwnika. To jest metoda niestety typowo polityczna

Vice versa, jeślibyśmy potraktowali naukę, czy orientalistykę jako wyszukiwanie potknięć i błędów jednej strony przeciwko drugiej, też możemy stworzyć, dość czarny obraz przeciwnika, albo wyznawców religii. Wydaje się, że nauka umiejętności niezgadzania się ze sobą bez wzajemnego obrażania się jest wyjątkowo trudną sztuką w orientalistyce. Myślę, że z pewnymi teoriami nie musimy się zgadzać, ale powinniśmy szanować różne punkty widzenia i rzetelnie opisywać badane fenomeny. Jest to postulat, który wszyscy dobrze znamy, ale łatwo jednak zarażamy się poprawnością polityczną lub jakimś układem.

Co zaś do drugiej części Pani pytania, to sądzę że większość orientalistów się ze mną zgodzi, iż islam stanowi całościowy system. Państwo-religia-społeczeństwo stanowią jedność. A zatem stwierdzenie, że w świecie islamu, racje socjologiczne są ważniejsze od religii, nie są do końca prawdziwe, ponieważ religia rzutuje na socjologię. Jeśli ktoś nie zna tego elementu, nie rozwija tych badań, no to wtedy nie rozumie społeczeństwa. Po prostu wszystkie te elementy są ważne. Rzecz jasna w zależności od dyscypliny, poszczególni badacze mają swoje priorytety. Językoznawcy bardziej skupią się na literaturze, politolodzy na aspektach politycznych, a kulturoznawcy na przejawach cywilizacyjnych. Politycy i wojskowi, którzy na przykład posiadają swoich żołnierzy w Iraku będą zainteresowani jeszcze czymś innym. Trudno zatem znaleźć jeden globalny priorytet, badania zależeć będą od potrzeb konkretnych ludzi i metod badawczych. Natomiast na pewno aktualnym będzie postulat wspominany przeze mnie uprzednio – aby spojrzeć możliwie najgłębiej na badany fenomen, wielostronnie. Nie można posługiwać się utartymi kliszami.

JB: W maju w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim odbyły się dwie ciekawe konferencje z udziałem międzynarodowych badaczy: Oriental City zorganizowana przez Instytut Filologii Orientalnej oraz Change and Stability. State, Religion and Politics in the Modern Middle East and North Africa zorganizowana przez Katedrę Studiów Bliskiego i Dalekiego Wschodu, którą Ksiądz Profesor współtworzy. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie bardzo niewielkie zainteresowanie dla obu konferencji ze strony zwykłej publiczności (tzn. tej, bezpośrednio nie związanej ze światem naukowym) i ze strony mediów. Czy zdaniem Księdza Profesora istnieje jakiś skuteczny, a przy tym i wartościowy sposób, aby wiedza opuszczała mury uniwersyteckich budynków i stawała się dobrem nieco bardziej powszechnym? Czy nie byłoby również wartością budowanie bardziej efektywnych pomostów między naukowcami (mam tu na myśli zwłaszcza humanistów zajmujących się Bliskim Wschodem), a dziennikarzami, czy rozmaitymi organizacjami pozarządowymi i stowarzyszeniami, których rzutkość i mobilność pozwala dziś na lepszą popularyzację wiedzy w rozmaitych środowiskach? Co można byłoby zdaniem Księdza Profesora w tym zakresie zrobić?

Ks. Prof. Kościelniak: W Pani pytaniu jest jak zwykle kilka wątków. Po pierwsze, może Panią rozczaruję, ale nasza konferencja Change and Stability wcale nie miała na celu popularyzacji wiedzy o islamie. Jest to temat, który mógłbym porównać do działalnością fizyków, czy medyków, którzy debatują nad jakimś skomplikowanym problemem i wcale nie oczekują, aby przyszły tam tłumy. W czasie takiej konferencji rozmawiają specjaliści o bardzo wysokim poziomie kwalifikacji, o tematach, które należą do bardzo trudnych. Mieliśmy taką formułę, że zaproszeni naukowcy przygotowali specjalistyczne referaty, które nie koniecznie muszą być łatwo przyswajalne przez publikę. Odrębną zaś kwestią jest odpowiednia popularyzacja, przedstawienie prostym językiem efektów tych poszukiwań. Podejrzewam, że niektóre postronne osoby mogłyby być wręcz „zanudzone na śmierć”, słuchając na przemian arabsko-angielski tekst na temat jakiegoś fenomenu czy idei.

Ponadto, ze względów bezpieczeństwa, proszę pamiętać, że było tam blisko stu uczonych z całego świata, konferencja ta była nawet programowo zamknięta, do tego stopnia, iż wręcz ograniczaliśmy wstęp przypadkowym osobom. Poziom naukowy jest rzeczywiście bardzo ważny, aby naukowcy się spotykali i prezentowali efekty swoich badań i przemyśleń, na najprzeróżniejsze tematy polityczne, kulturowe, religijne. Z tego punktu widzenia uważam – a powtarzam to za panią prof. Angeliką Hartmann z Niemiec - że było nawet dużo słuchaczy jak na tego rodzaju przedsięwzięcie. Ostatecznie wykłady naukowe posiadają swój trudny, specjalistyczny język i nie sprzedają się jak książki Harlequina na przejściu podziemnym.

Popularyzacja ma też swój naturalny obieg. Jeżeli na Bliskim Wschodzie, pojawia się jakiś konflikt, atak terrorystyczny, to automatycznie wzrasta zainteresowanie społeczeństwa tym regionem. Ostatnio zainteresowanie mass mediów skoncentrowało się na Dalekim Wschodzie. Tak to już jest, że wokół nas pojawiają dyżurne tematy, które dominują w środkach masowego przekazu. Orient jest tylko jednym z wielu wątków. Trudno mi oczekiwać, aby przeciętni ludzie żyli wydarzeniami bliskowschodnimi jak ktoś, kto się zajmuje profesjonalnie tym regionem.

Druga część Pani pytania jest moim zdaniem wyjątkowo cenna. Środowisko krakowskie, zarówno przedstawiciele Instytutu Filologii Orientalnej, jak i naszych nauk politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, podejmuje inicjatywy otwartych spotkań popularyzacyjnych, a także stara się publikować prace i artykuły, które byłyby „strawne” dla przeciętnego obywatela. Pisanie językiem prostym wcale nie oznacza, że się pisze nieprawdę. Prof. Tatarkiewicz napisał kiedyś takie zdanie, że za największą obelgę poczytuje sobie to, gdy, ktoś powiedział mu, że go nie zrozumiał. Ten historyk filozofii napisał Historię Filozofii, która doczekała się kilkudziesięciu wydań i mimo, że dotyczy tak trudnej sfery czyta się ją ze zrozumieniem. Nie widzę przeszkód, aby o tematach związanych z Bliskim Wschodem nie można było mówić językiem prostym i zrozumiałym. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z pewnego wyboru, który orientaliści dokonują prezentując dany temat. Właśnie konieczność wyboru, uogólnienia i prosty język niosą niebezpieczeństwo uproszczenia perspektywy. Wówczas takie naukowe dyskusje i kolokwia chronią nas nawzajem przed uproszczeniami. Detaliczne opisywanie badanego tematu pozwala nam uniknąć uproszczeń, ale z drugiej strony szczegółowa prezentacja utrudnia percepcję dla nieorientalisty. Uproszczenie powoduje, że trzeba wyeliminować dużą ilość szczegółów, ale wraz z uproszczeniem może dojść do przekręcenia, jak w krzywym zwierciadle. Popularyzacja jest po części pewną syntezą i w dokonywaniu tych syntez trzeba jednak zbiorowej pracy, tym bardziej, że Bliski Wschód jest rejonem, jak już podkreślałem, bardzo złożonym. Nie jest to tylko świat arabski, ale również światy kultury tureckiej, perskiej, kurdyjskiej, syriackiej, koptyjskiej, ormiańskiej itd.. Również nie jest to świat jednej religii, a w obrębie poszczególnych religii spotykamy się z licznymi podziałami. Wszystko to powoduje, że na planie politycznym, kulturowym, religijnym, jest to wielka mozaika i wszelkie uogólnienia zawsze niosą niebezpieczeństwo uproszczenia rzeczywistości.