Proces pojednania między Rosyjską Cerkwią Prawosławną a polskim Kościołem katolickim jest bodaj ważniejszy od spotkań prezydentów czy premierów. Cerkiew i Kościół docierają do milionów ludzi, a ich wzajemne zbliżenie wymaga przemiany duchowej. Tego na ogół nie przynoszą spotkania polityczne.


Z ADAMEM D. ROTFELDEM ROZMAWIA MARCIN ŻYŁA

 

Wkroczyliśmy w nowy etap stosunków z Rosją, być może najbardziej dla Polski korzystny od czasów krótkiego „odprężenia” za kadencji prezydenta Borysa Jelcyna. Pan jednak, konsekwentnie, unika określenia „przełom”. Dlaczego?


Często nadużywa się tego słowa. Przełomy zdarzają się rzadko, stosunki między państwami należą do kategorii procesów. Są w tych procesach czasy poprawy, ale bywają też okresy ochłodzenia, a nawet swoistego zawieszenia stosunków.


Wrześniowa wizyta premiera Władimira Putina na Westerplatte oraz zaproszenie premiera Tuska na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej to ważne wydarzenia. Świadczą one o pewnej zmianie jakościowej – ale to z pewnością nie jest jeszcze przełom. Przełomem byłoby, gdyby Polska i Rosja należały do wspólnoty państw, które kierują się tymi samymi zasadami i wartościami oraz przestrzegają wspólnie uzgodnionych reguł. Tak jednak nie jest.


Polsko-rosyjskie zbliżenie w czasach Jelcyna, o którym Pan wspomniał, przywodzi na myśl jego wizytę w Warszawie w sierpniu 1993 roku. Zgodził się wtedy na formułę, że każdy kraj ma prawo swobodnie określać swoją politykę bezpieczeństwa. Odczytano to jako otwarcie dla Polski drogi do NATO. Jednak w trzy tygodnie po powrocie do Moskwy – o czym opinia publiczna w Polsce nie była informowana – Jelcyn wysłał poufny list do czterech zachodnich przywódców: prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona, kanclerza Niemiec Helmuta Kohla, prezydenta Francji François Mitterranda i brytyjskiego premiera Johna Majora, w którym napisał, że rozszerzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego byłoby „niepożądane”. Również dzisiaj Rosja uważa, że NATO stanowi dla niej zagrożenie. A ściśle: przybliżanie infrastruktury militarnej Sojuszu do granic Rosji oceniane jest w Moskwie jako „niebezpieczeństwo” (opasnost’).


Jak Pan wie, wchodzę w skład międzynarodowej grupy przygotowującej nową koncepcję strategiczną Sojuszu. Mogę tylko powtórzyć to, co przedstawiciele NATO oświadczali już wielokrotnie: Sojusz nie traktuje Rosji jako wroga. Upadek „żelaznej kurtyny” i rozwiązanie Układu Warszawskiego wytworzyły sytuację, w której współczesne państwo rosyjskie – sukcesor prawny Rosji carskiej i bolszewickiej – nie może być i nie jest postrzegane jako prosta kontynuacja Związku Radzieckiego.


Według Stalina wojna Rosji z demokratycznym Zachodem była nieuchronna. Jej wybuch był tylko kwestią czasu. Jego następcy powoli odchodzili od tej tezy. Po upadku Związku Radzieckiego stało się jasne, że jedynie demokratyzacja Rosji stanowi gwarancję, że nigdy nie dojdzie do konfliktu zbrojnego między Zachodem a Federacją Rosyjską. Po raz pierwszy w Europie – jest to fakt bez precedensu w historii – żadne demokratyczne państwo nie przygotowuje napaści na swoich sąsiadów. Stąd dla Europy, dla Sojuszu i dla Polski sprawą kluczową jest to, by Rosja dokonała definitywnego wyboru na rzecz rozwoju demokratycznego.

 

Jak na to wezwanie odpowiada Moskwa?


W Rosji są w tej sprawie różne szkoły, różne podejścia. Są tam „technolodzy polityki”, którzy twierdzą, że zachodnie dyskusje na temat wartości sprowadzają się do frazesów. W istocie o wszystkim decyduje wyłącznie siła i interesy. W systemie międzynarodowym liczą się tylko państwa potężne i silne, które podporządkowują sobie słabsze. Jest to nostalgia za doktryną z czasów Świętego Przymierza: wielkie mocarstwa układają się między sobą, ustalają strefy wpływów i ich przestrzegają. Są politycy, którzy uważają, że jest to model pozytywny, wzór do naśladowania – również na XXI wiek. Są też inne szkoły – nowoczesne, liberalne – nastawione na modernizację i otwarte na świat.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 Następna »