• obraz  Aborygena
    obraz Aborygena

 

DZIEDZICTWO 500 POKOLEŃ


W dyskusji nad "reconciliation" - pojednaniem - przedstawiciele wspólnoty aborygeńskiej zwracają uwagę na istotny, a często nie brany przez białych pod uwagę fakt, iż struktura aborygeńskiej społeczności wygląda zupełnie inaczej niż ta stworzona przez anglosaskich przybyszów. W związku z tym, by coś wspólnie osiągnąć, trzeba nauczyć się porozumiewać na różnych płaszczyznach. W Australii istniało około 500 plemion o zupełnie odrębnych tradycjach, których nie łączyły żadne więzi; dialog w takim razie należy prowadzić na szczeblu istniejących komórek społecznych aborygeńskiej społeczności, a nie na poziomie wymyślonej przez białych reprezentatywnej grupy powołanej do załatwienia problemu...

Niektórzy lewicowi entuzjaści idei "reconciliation" uważają, że pojednanie jest kontynuacją poprzedniego kolonialnego myślenia i stanowi tylko jego kolejna fazę. Ma się odbyć teraz, bo tak wymyślili biali Australijczycy, na warunkach, na które oni się zgodzą i ma wreszcie zlikwidować poczucie winy, które przeszkadza potomkom białych osadników mieć dobre samopoczucie. Jest bardziej potrzebne białym, by mogli wreszcie zalegalizować moralnie swoje panowanie nad Australia. Trzeba przyznać, że trudno podważyć konstrukcję logiczną takiego rozumowania, choć wynikające z niego implikacje stawiają pod znakiem zapytania możliwość uczynienia w tej kwestii czegokolwiek.

Wykradzione pokolenie

Widmem hańby, która wisi nad dzisiejszą Australią i psuje dobre samopoczucie wrażliwych społecznie Australijczyków jest prowadzona jeszcze w latach 60-tych "white Australia policy" - polityka na rzecz białej Australii. Jej najbardziej wstydliwym epizodem jest sprawa tzw. "stolen generation" - wykradzionego pokolenia - prawnie usankcjowanej praktyki, która polegała na zabieraniu rodzicom dzieci pochodzących z mieszanych, biało-aborygeńskich związków (białego ojca i matki Aborygenki) i przekazywanie ich pod kuratelę państwa. Wiedza na ten temat jest ciągle wyrywkowa a statystyki niekompletne. Odbieranie, często przemocą, dzieci rodzicom uzasadniano racją wyższą i dobrem samych dzieci, które wychowane według anglosaskich wzorców szybko miały się dostosować do życia w białej społeczności. W większości przypadków rodzicom nie pozwolono utrzymywać dalszego kontaktu z dziećmi.

Za tymi racjami kryły się jednak meandry ideologii, która miała szybko przemienić Australię w kraj białego człowieka i raz na zawsze skutecznie rozwiązać problem aborygeński. Akcja odbierania dzieci nie dotyczyła Aborygenów pełnej krwi, według ówczesnego przekonania oni, jako "rasa niższa", byli skazani na wymarcie. Nawet nie warto było, w rozumieniu tworców tej polityki, "ratować" ich dzieci.

Prawdziwym niebezpieczeństwem dla "czystej rasowo" Australii były "hybrydy" - dzieci z mieszanych związków. Odebranie ich aborygeńskim matkom i oddanie pod kuraletę domom dziecka czy przybranym białym rodzicom było pierwszym etapem ich asymilacji, która miała zakończyć się w kolejnych pokoleniach całkowitym wyginięciem rasy pierwotnych mieszkańców Australii. Ci, w żyłach których płynęła niewielka domieszka krwi aborygeńskiej, czuliby swoją przynależność do "wyższej", białej kultury i w kolejnych pokoleniach, wchodząc w związki z potomkami osadników i emigrantów z Europy, stawaliby się białymi Australijczykami.

Ta specyficzna "rasowa" inżynieria społeczna jest dziś przedmiotem wstydu, choć nadal można znaleźć w Australii ludzi, którzy uważają, że wszystko było robione w dobrej wierze i rząd australijski nie ma za co Aborygenów przepraszać. Inni uważają zaś, że rząd popełnił czyn porównywalny ze zbrodnią ludobójstwa, gdyż dążył, wprawdzie innymi środkami niż np. Stalin czy Hitler, do fizycznej eksterminacji całego narodu.

 

 

EKSPERYMENT


Przerażeniem napełniają opowieści świadków i odseparowanych od rodziców dzieci, które były wtedy na tyle dorosłe, że zapamiętały moment odebrania ich matkom. Mało kto odważył się wtedy głośno protestować. W anglosaskim systemie, inaczej niż w sowieckim, prawo było przez ludzi traktowane poważnie...

Policjanci siłą odrywali dzieciaki od matek i wrzucali na tylne siedzenie samochodu. Można sobie wyobrazić przerażone, zapłakane, krzyczące maluchy, odjeżdżający z piskiem opon policyjny wóz i zrozpaczoną matkę patrzącą bezradnie w ślad za odjeżdżającym pojazdem. Można sobie wyobrazić ból tych kobiet. Na sam widok nadjeżdżającego samochodu policji aborygeńskie matki porywały dzieci na ręce i uciekały do buszu. Czasem udawało im się zmylić pogoń i wydłużyć czas spędzony razem z synem czy córka. Za kolejnym razem policjanci urządzali skuteczną zasadzkę i kobietom pozostawały tylko ból i rozpacz. Z pewnością byli także różni policjanci, tacy którzy wypełniali rozkaz przełożonych bardziej, czy mniej skwapliwie.

Do najbardziej przerażających opowieści należą te, które mówią o rozdzielonych siłą siostrach i braciach, którzy zetknęli się później jakimś fatalnym przypadkiem i nie wiedząc, że są rodzeństwem współżyli ze sobą seksualnie. Odkryli zaś, że są rodzeństwem również przypadkiem, np. już po urodzeniu się ich dziecka. Czy można sobie wyobrazić, co wówczas czuli?

Jedynym ubocznym, pozytywnym skutkiem tej niewątpliwie odrażającej procedury odbierania rodzicom ich dzieci, jest fakt, że w jej wyniku powstała wykształcona w białych szkołach elita aborygeńska. To ona teraz występuje jako rzecznik praw Aborygenów. Tak koło historii się zamknęło, a socjologiczny eksperyment zaowocował skutkami odwrotnymi od zamierzonych.

***

W National Gallery of Australia w Canberrze na płótnach pierwszych australijskich malarzy anglosaskiego pochodzenia, zmagających się z nierozwiązanym wciąż przez nich problemem światła i kolorów australijskiego pejzażu, zobaczyć można wczesne portrety Aborygenów. Ośmieszeni i smutni, ubrani w europejskie stroje z ubiegłego wieku wyglądają jak postaci nie z tej bajki. Czarny służący białej, dumnej anglosaskiej damy ma spojrzenie człowieka, któremu na zawsze zabrano radość. Jak zaklęte przez złośliwego czarownika wyglądają portretowane przez anglosaskich artystów postaci Aborygenów...

Biała cywilizacja zdecydowała, że należy kulturę aborygeńską sklasyfikować, opisać i jak martwego motyla przyszpilonego pod szkłem, wystawić na widok publiczny w muzeach. W gablotach pojawiły się dokumentujące rytuały aborygeńskiego pochowku zmarłych szczątki ludzkie. Aborygeni poczęli protestować, domagając się szacunku dla swoich przodków. Dopięli swego; dziś muzea w Australii współpracują ze społecznością aborygeńska, a prace jej artystów osiągają zawrotne ceny na światowych rynkach sztuki.

Jan PIEKŁO

 

Strony: « Poprzednia 1 2