• <i>Cmentarz żydowski w Szczuczynie,<br>miejsce śmierci i pochówku <br>bliskiego krewnego<br> Naczelnego Rabina Polski<br> /fot. Internet (K. Bielawski)</i>
    Cmentarz żydowski w Szczuczynie,
    miejsce śmierci i pochówku
    bliskiego krewnego
    Naczelnego Rabina Polski
    /fot. Internet (K. Bielawski)

W Krakowie o 5 rano burzowa chmura wysącza z siebie ostatnie krople. Pociąg jest pusty, wyludniona w niedzielny wakacyjny poranek Warszawa. Z dworca pod synagogę Nożyków, skąd wyruszy autobus do Jedwabnego, idzie się 10 minut.

 

Na parkingu przy synagodze krząta się energicznie Miriam Gonczarska. Rozdziela schodzących się powoli przybyszów pomiędzy niewielki autobus i ośmioosobowe auto, rozdaje odbite na ksero i porządnie spięte jakieś materiały, prowadzi krótkie konwersacje po hebrajsku z rabinem Michaelem Schudrichem, żartuje z zajmującymi miejsca w pojazdach. Po kilkunastu minutach ruszamy.

 

W pliku kserówek znajduję modlitwę Kadisz za zmarłych, ze wskazaniem, które jej części mogą odmawiać wszyscy. Jest też pełny tekst artykułu Anny Bikont z 2001 r. o masakrze w Radziłowie, wsi odległej od Jedwabnego o 17 km, w której 7 lipca 1941 r. mieszkańcy wymordowali prawie 1000 swoich żydowskich sąsiadów, połowę ludności. To jedna z ponad 60 miejscowości na Podlasiu, w których latem owego roku doszło do podejmowanych przez Polaków masowych mordów na Żydach. Jedwabne, o którym głośno stało się dziesięć lat temu za sprawą książki Jana T. Grossa, jest dziś – o czym za kilka godzin będę miała okazję się przekonać – wyspą upamiętnienia w morzu niepamięci. Pozostałe miejscowości nadal czekają na swojego (a może po prostu na tego samego) Grossa.

 

Lektura trwa długo. Znałam ten tekst we fragmentach. Siedząca obok mnie pani, składając płachtę „Tygodnika Powszechnego” (i tam jest artykuł o Jedwabnem) podsuwa mi nieśmiało kawałek czekolady.


- Ale pewnie teraz, po przeczytaniu tego, nie będzie pani miała ochoty?... – domyśla się. Na miejsce dojeżdżamy w pełnym porozumienia milczeniu.

 

Autobusy zatrzymują się na skraju szosy, w miejscu, gdzie żwirowana droga znika między ogrodzeniami zadbanych obejść. Miriam daje komuś do niesienia duży wieniec, kto inny trzyma torebkę z kilkoma zniczami. Strzyżone trawniki, ozdobne klomby, jakie dziś widzi się wszędzie na polskiej wsi. Ludzie stoją na progach domów i przyglądają się idącym. Szukam w myślach, kto mógłby pomóc im wyjść z cienia własnych domostw na tę zalaną słońcem drogę i ruszyć razem z nami.

 

Na miejscu pod polowym zadaszeniem kilka rzędów krzeseł ustawionych na wprost ułożonego z kamienia obrysu stodoły. Pośrodku niewielki obelisk z wmurowanym fragmentem zwęglonej drewnianej ściany o kształcie macewy. Mikrofony, natrętne stadko reporterów celuje obiektywy w oficjalnych gości wymieniających między sobą nieoficjalne uściski dłoni. Rabin Schudrich z biskupem Cisłą, Tadeusz Mazowiecki z Aleksandrem Kwaśniewskim, wojewoda podlaski z ocalonym z masakry Icchakiem Lewinem. Wszyscy mrużą oczy, bo blask leje się z nieba, podduszanego już burzowymi zwiastunami.

 

Początek obchodów. Tadeusz Mazowiecki czyta list Prezydenta RP, który podkreśla kilkakrotnie, że w Jedwabnem zabrakło państwa polskiego, zginęli polscy obywatele, a „sprawcy mordu (...) sami tego nie rozumiejąc, podpalili wielowiekowe ideały Rzeczypospolitej. (...) Odczuwamy do dziś ból i wstyd z powodu tego co się wtedy stało”. Przypominając kanon polskiej świadomości historycznej – o ratujących Żydów pomimo groźby śmierci, o bohaterskich czynach podziemia i martyrologii narodowej – prezydent Bronisław Komorowski nazywa zbrodnię bez ogródek: „Zginęli mężczyźni, kobiety i dzieci, starzy i młodzi. Ocaleli tylko nieliczni, którym w porę udało się zbiec. Zginęli – spaleni żywcem – niemal wszyscy żydowscy obywatele Jedwabnego. (...) Wielu ludziom trudno było uwierzyć, że ten odrażający mord został popełniony polskimi rękami”. I na koniec mówi: „Wtedy nie było tu Rzeczypospolitej. Ale dziś ona jest. Jest i słyszy skargę, niegasnący krzyk swoich żydowskich obywateli. Dziś – w Jej imieniu – oddaję cześć ich cierpieniom. I raz jeszcze proszę ich o przebaczenie”.

 

Ten mocny akord naznacza całą uroczystość. Władysław Bartoszewski mówi o Kainie i Ablu, a zarazem podkreśla znaczenie jakie powinno mieć upamiętnienie tej masakry dla wszystkich, którym bliska jest postać nowego polskiego błogosławionego – Jana Pawła II.

 

Bartoszewski jest jednym z ostatnich żyjących świadków faktu, że niebawem po dokonaniu zbrodni wiadomość o niej za pośrednictwem uchodźców z tych terenów dotarła do środowisk niepodległościowych w Warszawie. Czemu nie wzbudziła poruszenia w Londynie? Czemu przysypano ją warstwą niepamięci na długie dziesięciolecia powojenne? Wytłumaczeń jest wiele, żadne jednak nie czyni ciężaru tej pamięci lżejszym. Przewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa nie jest optymistą. Mówi, że spotkanie pod pomnikiem pierwszego polskiego hierarchy, który oficjalnie uczestniczy w obchodach – biskupa Mieczysława Cisły kierującego w episkopacie Komitetem ds. Dialogu z Judaizmem – być może przyczyni się do takiego „ukształtowania świadomości ludzi”, by za 20 – 30 lat można było zrozumieć te wydarzenia.

 

Sam biskup Cisło dystansuje się w swojej mowie od rozpamiętywania zbrodni. Przypomina nabożeństwo ekspiacyjne polskiego episkopatu odprawione dziesięć lat temu tuż przed pierwszymi obchodami rocznicy w Jedwabnem i słowa przeprosin, które tam wtedy padły. Wzywa: „Nad mogiłami tych męczenników musimy zbudować mosty pojednania”.


Radość z pojawienia się kościelnego dostojnika zawiesza w powietrzu niewygodne i niedyplomatyczne pytania: Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nie z towarzyszeniem miejscowego biskupa? Łomżyńskim ordynariuszem jest bp Stanisław Stefanek, stały katecheta Radia Maryja. Gdy – brutalnie łamiąc konwenanse – pytam z głupia frant biskupa Cisłę, czemu nie ma wśród nas miejscowego proboszcza, patrzy zdziwiony.


- Cieszmy się tym, co jest – odpowiada z miłym uśmiechem. – Może proboszcz nie dostał zaproszenia?...

 

No, cóż. Dostał, jak potwierdzają panie z Rady Pamięci Walk i Męczeństwa organizującej obchody.


Na stronie internetowej Gminy Jedwabne nie ma na temat uroczystości najmniejszej wzmianki. Jakby rzecz działa się nie na obrzeżach miejscowości, ale na innym kontynencie.

 

Ciężkie spojrzenia mieszkańców Jedwabnego odprowadzające przybyłych uroczystość budzą ciężkie refleksje. Na tych ludzi, w żaden sposób nie splamionych zbrodnią, spada odpowiedzialność trudna do pojęcia.


Myślę o syndromie „drugiego pokolenia” łączącym dzieci ocalonych z Holokaustu. „Urodziliśmy się po wojnie. Każdy z nas ma już własną, dorosłą biografię. Łączy nas dramat rodziców, niekiedy starszego rodzeństwa” – piszą w swoim statucie założyciele Stowarzyszenia Drugie Pokolenie – Potomkowie Ocalałych z Holokaustu. „Nosimy w sobie cień Zagłady. Większość z nas niewiele wie o swoich przodkach. Nie znamy ich twarzy”.


Zabrzmi to jak profanacja, ale przecież te słowa – odwróciwszy znaki – można w wielu wypadkach odnieść do osób mijanych na uliczkach Jedwabnego. Może doświadczenie potomków ocalałych – gromadzących się latami wokół psychoterapeutki Marii Orwid – mogłoby się okazać pomocne także w odniesieniu do „drugiego pokolenia morderców”?

 

Pisze ks. Adam Boniecki: „Jeśli odkrywanie prawdy o historii sprzed 70 lat było dla większości Polaków procesem traumatycznym, o ile bardziej musiało być takim dla mieszkańców tego miasteczka? (...) Choć ich tam nie było, a być może nie było tam przodków wielu z nich – znamię pozostaje”. (Grzech Kaina, „Tygodnik Powszechny” nr 29, 17 lipca 2011).

 

Jednym z bohaterów reportażu Anny Bikont jest inżynier Jan Skrodzki z Gdańska. Miał 6 lat, gdy zza firanki rodzinnego domu w Radziłowie obserwował pędzonych do stodoły na całopalenie Żydów – starców, kobiety, dzieci jak on i mniejsze. Lata strawił, by dowiedzieć się, co robił tego dnia jego ojciec. Tak, był przy płonącej stodole. Sam pan Jan zawdzięcza życie Żydowi z Radziłowa, który jego matkę uprzedził o wywózce na Syberię za rządów sowieckich.

 

Wielu mieszkańców Podlasia może nie mieć odwagi inżyniera Skrodzkiego. Dla nich zjeżdżające 10 lipca do Jedwabnego autokary i rządowe limuzyny mogą być jak oskarżenie za winy, których nie popełnili. Czego trzeba, by mogli uporać się z ciężarem win przodków? Czy naprawdę nie wypada w takiej sprawie oczekiwać pomocy lokalnego Kościoła? Czy naprawdę jest nietaktem pytanie o obecność proboszcza na uroczystościach rocznicowych? Struktury hierarchiczne Kościoła katolickiego chętnie posługują się paternalistyczną terminologią, odwołują się do takich pojęć, jak „ojciec” czy „pasterz”, o parafianach zaś powiada się: „owieczki”. W Jedwabnem, Radziłowie, Szczuczynie i innych parafiach te owieczki zostają same z ciężarem, który – nienazwany – musi przerodzić się we wrogość wobec wszystkiego, co dotyka tragicznej przeszłości.

 

Ambasador Zvi Rav-Ner rozkładając szeroko ramiona woła spod pomnika: „Nie wszyscy sąsiedzi byli jak ci tutaj!”. I przypomina o ponad 6 tysiącach polskich „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. Tak, byli też sprawiedliwi w Radziłowie i Jedwabnem. I im także groziła kara śmierci – choć nie ze strony niemieckich okupantów, ale z rąk tych samych sąsiadów, którzy zaganiali Żydów do stodoły. Dzięki odważnym ludziom może dziś stanąć pod pomnikiem ocalony z pogromu w nieodległej Wiźnie Icchak Lewin, by odmówić Kadisz. Piotr Kadlčik, przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, mówi że dobro i zło się przenikają.

 

Rabin Schudrich modli się za męczenników. Towarzyszy mu chazan Symcha Keller i odczytujący psalm biskup Cisło. Pod wyraźnie już burzowym niebem słowa hebrajskiej modlitwy płyną z miejsca, które lepiej omijać wyobraźnią, tak straszne obrazy podsuwa.

 

Wreszcie korowód składających pod pomnikiem wieńce, uroczysty, z zapowiedzią przez megafon, w wojskowej asyście. Pod koniec podchodzą ludzie, zapalają znicze, kładą na szczycie obelisku kamyki.


Odchodzimy.

 

Jednak nie po to, żeby zawrócić i odjechać do Warszawy.


Autobus rusza wąskimi drogami do Radziłowa. Przy drodze znajdujemy niepozorny płot otaczający wyżwirowany spłachetek, na środku którego stoi nieduży obelisk z tablicą. Na niej coś o „faszystach”, którzy w tej miejscowości wymordowali „-00 osób narodowości żydowskiej”. Pierwsze cyfry zamalowane na czarno przez obrońców narodowej cnoty, jakby kryptonim „faszyści” był zbyt czytelny. „500 osób spalili żywcem w stodole. Cześć ich pamięci!”. Tablica, niezmieniona, znajduje się tu zapewne od lat 50. Rabin recytuje modlitwę, składamy wieniec, kamyki i jedziemy dalej, do Szczuczyna. Oparta o obelisk została w Radziłowie tablica przywieziona przez nas z Warszawy – na niej tekst upamiętniający ofiary mordu. Obok kilka odbitek artykułu Anny Bikont, w plastikowych koszulkach. Może ktoś znajdzie, przeczyta...

 

Pośpiech jest konieczny, bo droga przed nami daleka, a w Warszawie na rabina Schudricha czeka z weselnikami para młoda. Żydowskim zwyczajem w dniu ślubu obowiązuje ich post aż do weselnej uczty.


A tymczasem kolejnego podlaskiego miasteczka naprawdę nie możemy pominąć. Pan rabin po drodze opowiada:


- Mój dziadek wyemigrował z rodziną ze Szczuczyna dawno, w 1907, może 1908 roku. Ale został tam jeden jego syn, brat mojego ojca. Widziano go w lipcu 1941 r. wśród prowadzonych na żydowski cmentarz, gdzie ich mordowali. I potem ktoś znalazł tam jego okulary.



Zapomniane miejsce. Ogrodzenie z siatki, dawno temu pomalowane na zielono i niebiesko; spomiędzy chodnikowych płyt, którymi wyłożony jest ten nieduży teren, wyrastają metrowe badyle chwastów. Rabin wskazuje sięgający zagajnika ugór za ogrodzeniem:


- To wszystko jest żydowski cmentarz.
Spomiędzy krzaków wychodzą krowy.
Tu także na podobnej jak w Radziłowie tablicy można wyczytać, że 600 „osób narodowości żydowskiej” wymordowali w Szczuczynie „faszyści”.

 

Rabin Schudrich kładzie na modlitewniku włączony telefon. Po drugiej stronie globu, przy drugim aparacie, słucha słów modlitwy rodzina zamordowanego tutaj przez swoich sąsiadów Aleksandra Zyskinda. Dwie panie z zarządu Polskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata bezradnie kiwają głowami. Czy to tak musi wyglądać?...


- Krok po kroku, krok po kroku – uśmiecha się rabin wychodząc z cmentarza. – Na szczęście obok chwil smutnych są też radosne. Żydowski ślub w Warszawie, właśnie dziś – przecież to wspaniałe! Jedźmy, młodzi czekają...

 

Anna Pawlikowska