Pęknięta tożsamość – Romowie w Holandii, Marek Isztok


Krajobraz niczym żywcem wyjęty z obrazów Rembrandta, małe, kolorowe drewniane domki, równina upstrzona kwiatami i soczystą zielenią łąk, wszystko to nadaje aurę bajkowości. Jest jednak coś niepokojącego w tym sielankowym klimacie, wyczuwa się jakieś podskórne napięcie przechadzając się po osiedlu zamieszkałym przez „czarnych holendrów”, jak pogardliwie określa się tu Romów. W większości jednak ludzie określani tym mianem nie czują się członkami tej społeczności, należą do innej grupy etnicznej zwanej Sinti i czują wyraźny dyskomfort, kiedy zwraca się do nich – Romowie.


Z perspektywy przybysza z Europy Środkowo-wschodniej Holandia jawi się jako kraina szczęśliwości, dostatku i bezpieczeństwa, gdzie kwestie multikulturalizmu i ochrony praw mniejszości stały się naczelnymi zasadami, wpisanymi wręcz „DNA” tamtejszych instytucji państwowych i społeczeństwa. Słysząc o tolerancji i integracji niemal machinalnie myślimy o kraju tulipanów. Polityka multikulturalizmu jest niemal tożsama z państwem holenderskim, które na gruncie europejskim jest powszechnie uważane za jego twórcę i największego orędownika. Obraz ten jednak nie końca jest prawdziwy, Holandia się zmienia, tak jak przeobraża się cała Europa i niestety nie jest to zmiana na lepsze. Nacjonalizm, strach przed imigrantami, globalizacja, rosnące poczucie zagubienia i wyobcowania coraz szerszych kręgów społeczeństwa trwały się integralnymi elementami niderlandzkiego pejzażu społecznego.


Takie wydarzenia jak zabójstwa znanego reżysera Theo Van Gogha oraz charyzmatycznego polityka Pima Fortuyna, czy też wymuszona decyzja o opuszczeniu Holandii i wyjeździe do USA przez znanej posłanki, feministki oraz publicystki pochodzenia somalijskiego Ayaan Hirsi Ali bezpowrotnie zmieniły ten kraj. Ukazały, że za kryształowym, nieskazitelnym wizerunkiem Holandii, kryje się jego prawdziwe wnętrze, już nie tak kolorowe i przyjazne, pełne zaś konfliktów społecznych, nienawiści, rasizmu, przemocy, wykluczenia. Zdarzenia te stały się kamieniami milowymi na drodze do całkowitego fiaska polityki multikulturalizmu.


W tą zafałszowaną, fasadową rzeczywistość holenderskiego społeczeństwa znakomicie wpisują się losy tamtejszych Romów, a właściwie Sinti i Romów. Historia tej grupy (grup) jest bardzo skomplikowana i dalece odbiega od sielankowej, optymistycznej wizji dziejów tego kraju. Od chwili pojawienia się pierwszych grup romskich w tym kraju ok 1420 roku, które przybyły tutaj jako pielgrzymi z dalekiego Egiptu, musieli oni zmagać się z fala represji i przemocy. Na fali fobii anty islamskiej określano ich mianem szpiegów tureckich, władze – na początku XVI wieku, wydały zakaz osiedlania się na terytorium Niderlandów i z całą surowością go egzekwowano.


Dla Romów (Sinti) w Holandii brzemię historii jest o wiele cięższe i nieporównywalne większe niż ich pobratymców z Europy Środkowo-wschodniej. Na wschód od Łaby Romowie wprawdzie także od chwili swojego przybycia byli wykluczeni poza nawias ram społecznych, to jednak anarchia, chaos i brak silnej władzy centralnej na tych terenach sprawił, że za wyjątkiem terenów dzisiejszej Rumunii, cieszyli się oni względną swobodą i mogli bez większych przeszkód praktykować swoją kulturę, język, zwyczaje i tradycyjny styl życia. W Niderlandach Sinti na długo przez tragedia holocaustu byli zagrożeni unicestwieniem i musieli walczyć o przetrwanie. Do połowy XVIII stulecia urządzano na terenach Niderlandów prawdziwe polowania, mieszkańcy wiosek i miasteczek przynosili do siedzib władz trofea złożone z odciętych głów nieszczęsnych Romów za co otrzymywali gratyfikacje pieniężną. Sinti byli zmuszeni organizować specjalne „milicje”, oddziały samoobrony, chroniące swoich bliskich przed terrorem. Większość Sinti opuściła Holandię, udając się na emigracje do krajów ościennych, głównie Niemiec i Francji. Okres intensywnych prześladowań wycisnął piętno na kulturze, mentalności i stosunku do świata zewnętrznego Romów. Ogromne zdolności adaptacyjne, wycofanie się na absolutne peryferia życia społecznego sprawiło, że z czasem Sinti w Holandii stali się „niewidzialni” dla otoczenia. Ich przezroczystość pozwoliła przetrwać ich odrębności etniczno-kulturowej. Przyjęta taktyka okazała się na tyle skuteczna, iż w okresie między 1750-1868 władze uznały, że problem romski został rozwiązany i Holandia jest już wolna od problemu „Egipcjan”. W związku z tym zaprzestano prowadzenia polityki prześladowań.


Dodatkowo jako wyspecjalizowani dostawcy usług artystycznych z czasem zyskali zaufanie ze strony nieromskich sąsiadów. Powszechnie szanowano i doceniano ich talenty w takich dziedzinach jak: muzyka, taniec, sztuka cyrkowa i akrobatyka. Sinti byli dostarczycielami wysokiej jakości rozrywki, zwłaszcza dla mieszkańców mniejszych ośrodków miejskich oraz wiosek.


Okres od polowy XVIII do połowy XIX wieku to złoty okres dla niderlandzkich Sinti – wolni od represji, mogli cieszyć się względnym spokojem i szacunkiem, poświęcić się pracy zarobkowej, zapewniającej stabilizację i bezpieczeństwo im rodzinom. Okres beztroski i dobrobytu skończył się dla Sinti wraz z przybyciem na początku lat 70-tych XIX wieku Romów z grupy Kelderasza z Węgier oraz Niedźwiedników (Ursari) z Bośni. Czas prosperity dla Sinti skończył się bezpowrotnie. Hałaśliwy, kolorowi, wyraźnie różniący się od kulturowo i obyczajowo od swych „niderlandzkim pobratymców” przybysze ze wschodniej Europy szybko ściągnęli na siebie złość i nową fale represji ze strony ówczesnych holenderskich władz i społeczeństwa. Stali się „niechcianymi obcymi”, których należy się pozbyć. Odium dyskryminacji i przemocy spadło także na miejscowych Sinti, o którym istnieniu przypomniano sobie wraz z pojawieniem się Romów z Węgier i Bałkanów. Marzenie o normalnym życiu prysło niczym bańka mydlana, demony przeszłości wróciło z wielka siłą. Sinti przestali być docenianymi artystami na powrót stając bandą „żebraków, złodziei i oszustów”, zyskując pogardliwy przydomek „czarnych holendrów”. Negatywny wizerunek Sinti pogorszyła dodatkowo nowa fala imigrantów romskich z Europy Wschodniej, którzy przybyli do Holandii na początku XX wieku. Byli to Romowie z grupy Lowari. Zarówno ich jak i przybyłych wcześniej Kelderaszów darzono nienawiścią i pogardą, jednak mimo wszystko tolerowano ich obecność, tylko z jednego powodu, mianowicie okazali się oni wysokiej klasy specjalistami w tak wówczas ważnych dziedzinach życia jak kowalstwo, metalurgia czy handel końmi. Stali się oni ważnym ogniwem dla niderlandzkiej ekonomi, będącej jej prawdziwym kołem zamachowym. Ówczesne rolnictwo, drobny przemysł, handel nie mogły się obyć bez usług ze strony romskich „pariasów ze wschodu”. Trudne dziedzictwo historyczne, ponad wiek kontaktów na linii Sinti-Romowie nie przyczyniły się do wytworzenia więzi między obu grupami. Chłód i dystans to najłagodniejsze określenia, którymi można opisać ich relacje.


Kiedy rozmawiam z Jeroenem Kuiperem, publicystą, dziennikarzem, działaczem holenderskiej organizacji Spolu, intelektualistą pochodzącym z grupy Sinti, pod gładkimi sformułowaniami spod znaku politycznej poprawności wyczuwam wyraźny żal i resentyment. Kiedy temat schodzi na temat Romów, łagodne oblicze mojego rozmówcy niepostrzeżenie zmienia się, nabiera odcienia hardości, przyjmując konfrontacyjny charakter. W szczerym wyznaniu przyznaje W swojej codziennej pracy działam na rzecz dobra całej społeczności romskiej, niezależnie od ich przynależności grupowej, jednak muszę przyznać, że bardzo często muszę walczyć z własnymi uprzedzeniami wobec Romów z Europy Środkowo-Wschodniej. Pamiętam jak w mojej rodzinie mój dziadek powtarzał mi – nigdy nie zadawaj się z Romami, to ”obcy” przez których cierpimy, unikaj ich, chłopcze!. Urazy i pretensje wobec swoich rodaków ze wschodu jest ciągle żywy wśród Sinti. Nie mogą im zapomnieć tego, że to przez nich zostali zepchnięci na margines życia społecznego, są fałszywie postrzegani przez pryzmat patologicznych, przestępczych praktyk, które są im obce i od których stanowczo się odcinają.


Obserwując ich wyczuwa się różnice – inaczej wyglądają i zachowują się. Ich oblicza są delikatniejsze, bardziej kruche i jednocześnie bardziej dostojne i władcze. Odznaczają się jaśniejszą karnacją, ich rysy są bardziej wyraziste, szlachetniejsze. Posługują się odmiennym, „gardłowym” dialektem. W ich oczach maluje się melancholia i smutek, są bardzie stonowani, oszczędniejsi w ruchach, słowach, gestach. Na pierwszy rzut oka widać, że na ich kulturę, mentalność, sposób bycia wyraźny ślad odcisnęła religia protestancka, z jej surową etyką i moralnością. Skromność, oszczędność, kult pracy są wartościami wysoko cenionym przez holenderskich Sinti. Kwintesencją różnic dzielących Sinti i Romów jest muzyka – zupełnie inny sposób jej postrzegania, estetyki, poziomu ekspresji – po romskiej stronie dominuje żywiołowość, spontaniczność, ekstrawertyzm, szaleńcze tempo, efekciarstwo podczas gdy muzyka wykonywana przez Sinti jest zupełnie inna, bardziej stonowana, głęboką, intymna, kameralna, introwertyczna.


Wyraźne różnice można dostrzec także w tym jak mieszkają obie społeczności. Mieszkańcowi Europy Środkowo-wschodniej przyzwyczajonego do obrazu tamtejszych osad romskich, pełnych chaosu, rozgardiaszu, bałaganu, gdzie wszystko wydaje się prowizoryczne, pozostawione przypadkowi, widok utrzymanych w idealnych porządku kempingów wzbudza mieszankę ciekawości i zdumienia. Tutaj wszystko wydaje się zaplanowane, dobrze zorganizowane, idealnie czyste, kolorowe, niemal idylliczne. oczy uderza umiar, praktyczność i solidność, tak dalekie od tak częstej kiczowatości i blichtru preferowanego przez Romów. Przykładem takiego „kempingowe wzorowego miasteczka” jest Haghors na południu Holandii. Zdecydowana większość holenderskich Sinti prowadzi życie „nowoczesnych” nomadów”, mieszka w „kamperach”, prawdziwych domach na kółkach, z kuchnią, salonem, sypialnią, łazienką, wyposażone w nowoczesny sprzęt elektroniczny i AGD. Pomimo tego, że od lat 70-tych XX wieku władze holenderskie usilnie forsowały politykę sedentaryzacji, to jednak Sinti w zdecydowanej większości jej nie ulegli. Co prawda zamieszkują na stałe w miasteczkach kempingowych, jednak nie porzucili podróżowania, zastępując jedynie konia jego mechanicznym odpowiednikiem. To kolejna cecha odróżniająca ich od Romów, którzy w większości zamieszkują w blokach komunalnych na przedmieściach wielkich holenderskich miast – Amsterdamu, Rotterdamu czy Hagi.


Ciągle silnie żywa i pielęgnowana wśród Sinti jest postawa dystansu wobec holenderskich instytucji i społeczeństwa większościowego. Jest ona przekazywana z pokolenia na pokolenie. Sinti nie zapomnieli tego, że w przeciwieństwie do innych krajów Europy Zachodniej, w Holandii to lokalne władze w czasie II wojny światowej przeprowadzili ich internowanie i deportacje do obozu zagłady w KL Auschwitz-Birkenau. Pamiętają także to, iż w latach 30-tych XX wieku władze holenderskie przeprowadzili rejestracje Romów, ewidencjonując każdego Sinti i Roma, co zostało wykorzystane po inwazji hitlerowskiej przy organizowaniu „pociągów śmierci”.


Wszystko to sprawia, że Sinti w Holandii charakteryzują się wysokim stopniem endegamiczności. Badacze kultury i historii Romów w Holandii tacy jak Leo Lucassen i Wim Willems uważają, że jedynie 5 % Sinti wchodzi w związki małżeńskie poza obrębem swojej grupy etnicznej.


Jest coś fascynującego, a zarazem niepokojącego w tej społeczności. Ich bezkompromisowa postawa potęguje wyraźne pęknięcie tożsamości Romów w Holandii, uniemożliwia skuteczną współpracę między Sinti i Romami. Nie wszyscy jednak muszą się kochać, trzeba uszanować drogę, którą obrali Sinti w Holandii.