Jednak absolwenci niełatwo znajdują pracę. Jeden z nich, bardzo zdolny, dostał się na uniwersytet kabulski. Inni natomiast otworzyli sklepiki, uczą na różnych kursach. Dowiaduję się, co się dzieje z tymi, których poznałam ponad dwa lata temu. Shireli, który namalował miniaturę dla Prezydenta RP, prowadzi swój sklepik, jest bardzo chory, ale nadal maluje. A Mohammad Saber, który dostał gitarę od Grzegorza Turnaua (jego własną spalili Talibowie), pracuje na uniwersytecie i prowadzi zajęcia muzyczne w naszych sierocińcach.

Szkoły w Kabulu są w najlepszej sytuacji, tutaj jest najbezpieczniej i są najlepsze warunki do nauki. Już na pobliskiej prowincji jest o wiele gorzej. W Kapisie (ok. półtorej godziny drogi na północny wschód), w miejscowości Muhammad Raqi funkcjonuje jedna szkoła – Muhammad Raqi Girls Lycee, do której chodzi ok. 3000 uczniów ze 120 pobliskich wiosek. Szkoła dysponuje budynkiem mogącym pomieścić mniej więcej 600 uczniów. Mieszczą się w tu podstawówka, gimnazjum i liceum. Na rannej zmianie uczy się 1500 uczennic, po południu 1400 uczniów. Taka liczba dzieci wpływa na jakość nauczania. W szkole brak prądu, więc dzieci mogą tu przebywać dopóki jest jasno. Dyrektorka szkoły żeńskiej, Amira Faez, bardzo nad tym boleje. Ona sama otrzymała solidne wykształcenie, studiowała pedagogikę ze specjalizacją nauki przyrodnicze na Uniwersytecie w Kabulu. Nie ukończyła studiów, bo rozpoczęła się wojna mudżahedinów i musiała wracać do domu. Naucza od 20 lat, od roku jest dyrektorką szkoły. Dyrektorka Przychodzi do szkoły piechotą, w jedną stronę zabiera jej to godzinę i czterdzieści minut. Większość dzieci idzie do szkoły godzinę lub dwie. Dyrektorka stara się organizować dojazdy na koniach dla 40 dzieci mieszkających najdalej, ale nie zawsze są na to pieniądze.

W całej prowincji Kapisa funkcjonuje zaledwie dziewięć szkół podstawowych dla dziewcząt i tylko jedna średnia. W prowincji jest 85 tys. uczniów, a i tak 70% dziewcząt w ogóle nie uczestniczy w lekcjach. Z wioski Khookyar Khil, z której pochodzi dyrektorka, w tej chwili do szkoły chodzą tylko trzy dziewczynki, a powinno co najmniej dziesięć razy tyle. To problem odległości i kosztów zakupu mundurka, ale również niechęci do kształcenia dziewczynek. Zresztą, i tak jest za mało nauczycieli. W jej wiosce tylko dwie kobiety umieją czytać i pisać, ona i jeszcze jedna sąsiadka, która nawet szkoły nie ukończyła. W prowincji Kapisa miały miejsce cztery ataki na szkoły, ale dotyczyło to dystryktów Alasay, Najrab i Tagab, uważanych za niebezpieczne.

W budynku szkolnym mieści się dwanaście klas, obok rozbito 6 namiotów, i wszyscy pozostali, czyli uczniowie dwunastu klas (każda z nich liczy około 50 uczniów), maja zajęcia po prostu na zewnątrz, w cieniu drzewa lub w cieniu budynku. Nie ma żadnej pracowni, nie ma biblioteki, brakuje również książek. Podręczniki rozdziela rząd, ale stale jest ich mało. Ostatnio zmieniły się programy nauczania od klasy pierwszej do czwartej i na 700 dzieci szkoła dostała 200 książek. Jeszcze gorzej jest z podręcznikami do angielskiego, a uczy się go pięć klas. Na jedną przypadają dwa, trzy podręczniki. W szkole jest tylko trzech nauczycieli angielskiego, w tym jedna kobieta. Kiedy próbuję z nią porozmawiać, nie możemy się porozumieć, jej angielski na bardzo słabym poziomie. Brakuje co najmniej dziesięciu nauczycieli.

Obserwuję lekcję angielskiego dziewczynek z piątej klasy. Na rozłożonej na ziemi płachcie siedzi ok. 50 uczennic w czarnych sukienkach z białymi chustkami na głowach. Przed nimi stoi oparta o stołek tablica, na której są wypisane litery alfabetu angielskiego. Nauczycielka trzyma w ręce karteczki z literami i odpytuje dziewczynki z ich nazw, za każdym razem, gdy któraś prawidłowo nazwie literkę, dostaje oklaski. Koło mnie zbiera się grupa ciekawskich i co bardziej odważnych dziewczynek. Zaczynają się pytania: skąd jestem, jak mam na imię. Nikt nie wie, gdzie jest Polska. Suomo ma 12 lat i chce być doktorem, codzienna droga do szkoły w jedną stronę zajmuje jej półtorej godziny. Doktorem chce też być Fatha. Kiedy pytam ją dlaczego, odpowiada, że chce mieć dobrą pracę. Ale to zależy od woli rodziców. Według słów dyrektorki, wiele dziewcząt jest bardzo zdolnych, ale nie wszystkie będą mogły kontynuować naukę. Dla rodziców ze wsi kształcenie córki w mieście to wstyd. A one chciałyby być lekarkami, nauczycielkami, inżynierami, farmaceutkami. Na razie w szkole dziewcząt dzieci tylko przybywa, bo dziewczynki za czasów Talibów nie chodziły do szkoły. Żaden rocznik nie ukończył jeszcze nauki.