Dla dziewcząt nie dostanie się na studia oznacza często powrót do rodziny, ciężką pracę lub wczesne zamążpójście. Jedyna szansa dla nich to kursy pozaszkolne. W sierocińcu Allahudin oprócz kursów komputerowych i angielskiego są jeszcze zajęcia muzyczne, plastyczne, fryzjerskie i z wielokulturowości.

 

Chłopcy szukają możliwości

 

W sierocińcu Allahudin, który funkcjonuje od 25 lat, mieszka 450 dzieci – około 120 dziewczynek wieku 4-18 lat i chłopcy do dwunastego roku życia (potem przenosi się ich do Tahyie Maskan, gdzie przebywają do ukończenia 18 lat). Te dzieci straciły rodziców albo mają tylko matkę, która po śmierci męża nie może mieszkać sama i wychowywać potomstwa. Obowiązkowo musi się znaleźć pod opieką jakiegoś mężczyzny z rodziny, najczęściej swego brata lub brata męża, którzy nie zawsze są zainteresowani wzięciem jej z dziećmi, a wtedy dzieci trafiają do sierocińca. Matki niektórych dziewczynek i chłopców wyszły po raz drugi za mąż, a ich mężowie nie chcą utrzymywać potomków z poprzedniego małżeństwa. Według pani Soraya Hakim, prezydent Departamentu Sierot przy afgańskim Ministerstwie Pracy i Spraw Socjalnych, w Afganistanie mniej więcej 20 % dzieci (a więc około 2 mln) nie ma obojga rodziców. W całym Afganistanie jest teraz 27 sierocińców, przebywa w nich nieco ponad 10 tys. dzieci.

W drugim sierocińcu w Kabulu, Tahyie Maskan, mieszka 713 chłopców. Do czasu opuszczenia sierocińca, czyli do 18 roku życia, muszą albo nauczyć się zawodu, żeby móc pracować, albo zdobyć wystarczającą wiedzę, która pozwoliłaby im kontynuować naukę. Niektórych z nich już znam, brali udział w koncercie i pokazie rysunków, jakie w sierocińcu Allahudin urządzono z okazji mojej wizyty. Od razu rozpoznałam Kamaledina, który bardzo pięknie śpiewał o wiośnie. Ma 15 lat, w sierocińcu spędził już 10. Jego matka mieszka w domu ciotki, w ubogiej dzielnicy Kabulu. Kamaledin nie wie dokładnie, co się stało z ojcem, był wtedy małym chłopcem. Ma starszego brata, też mieszka w sierocińcu. Chłopiec stwierdza, że przyszłości chciałby być lekarzem, chociaż po środowym koncercie, kiedy chwaliłam go za piękny śpiew, mówił mi, że marzy o tym, by być muzykiem. No to jak, pytam, Kamaledin, chcesz być doktorem czy muzykiem? Jak się okazuje, jego ideał, Farhod Darya, jest doktorem i jednocześnie bardzo popularnym muzykiem. Pochodzi z Kunduz, ale mieszka w Europie, a dwa lata temu dał wielki koncert tu w Kabulu, z którego dochód przekazał na pomoc sierocińcom. W sierocińcu nie wykłada się przedmiotów, które są potrzebne do zdania egzaminu na medycynę. Dlatego robi wszystko, żeby uczestniczyć w kursach chemii, biologii i fizyki, studiuje też sam. Pokazuje mi podręczniki i lekcje, które ostatnio przerabiał. Chodzi też na kursy angielskiego poza sierocińcem, ma przyjaciela, który go uczy. Tutaj nauczyciele są mało aktywni, mało wiedzą, nie przykładają się do zajęć. Lekcje w szkole trwają krótko, potem, o ile nie uda się wyjść na jakiś kurs, dzieci nie mają co ze sobą zrobić.

Na kursy pozalekcyjne trzeba zarobić. Kurs jednego przedmiotu kosztuje od 100 do 200 afg (afghani) miesięcznie, angielski – 300 afg. Za kurs przygotowawczy na uniwersytet, który trwa rok, trzeba płacić 200 afg miesięcznie. Jest też kurs szybki, trzymiesięczny, jego cena – 1500 afg (1USD = 50 afg). Żeby zdobyć pieniądze na opłacenie takich kursów, Kamaledin i jego koledzy uciekają z sierocińca i pracują gdzie się da: na bazarze, sprzątają, roznoszą wodę, wykonują prace ziemne. Kamaledin zarabia, właśnie roznosząc towary na bazarze. Ponieważ kolega pożycza mu taczki, może zarobić więcej. Ale chodzenie na kursy, nawet jak już ma się pieniądze, nie jest proste. Kierownictwo sierocińca dwa miesiące temu oficjalnie zabroniło uczęszczania na kursy poza sierocińcem, stwierdzając, że skoro dzieci mogą zarobić na kursy, mogą się też utrzymywać. Kamaledin nie jest w stanie opłacić sobie wszystkich zajęć, a co dopiero utrzymać się. By pracować i douczać się, musi się więc wymykać nielegalnie, a jednocześnie z tego powodu może również być usunięty z sierocińca. Często on i koledzy muszą używać podstępu, czasami udaje im się przejść przez bramę, ale wtedy gonią ich strażnicy. Chłopiec prosi, by wstawić się za nimi u dyrektora.

Pytam Kamaledina, co się z nim stanie, gdy skończy 18 lat i będzie musiał opuścić sierociniec. Odpowiada, że to wie tylko Bóg. Prawda, mówię, Bóg wie wszystko, ale ty też masz swoje pragnienia. O czym marzy? Chciałby mieć lepsze życie. A co to znaczy lepsze życie ? Móc dobrze służyć swojemu krajowi i ludziom. U ciotki nie jest źle, ale gdy u niej mieszkał, nie mógł chodzić do szkoły, bo musiał pomagać w zarabianiu na życie. Tutaj może się uczyć i jest z tego powodu szczęśliwy. To, co się z nim stanie w przyszłości, nie zależy od niego. Choćby był najlepszym uczniem, jeśli straci miejsce w sierocińcu, straci też szansę na lepszą przyszłość.

Inni chłopcy też chcą mówić o sobie. Jestem być może pierwszą osoba, która interesują ich losy. Rozmawiam z 15-letnim Abdelhą Hassmanem, który imponuje wszystkim chłopcom znajomością języka angielskiego. W sierocińcu jest od czterech lat. Jego ojciec w 1999 roku został zabity przez Talibów. Matkę z dwoma siostrami zabrał wujek do Kunduz. Gdy Abdelha miał 11 lat, wujek odesłał go do sierocińca, żeby go tu żywili. A dla niego to przede wszystkim szansa na naukę, więc cieszy się z decyzji wujka. Abdelha chciałby w przyszłości być tłumaczem z angielskiego. Mówi już biegle, chociaż trochę niezrozumiale, interesuje się slangami amerykańskimi i szuka możliwości nauczenia się ich. Następnego dnia ma egzamin z angielskiego, jeśli zda, będzie mógł kontynuować naukę. Podaje mi książkę, prosi, by go przepytać. Chce się upewnić, że jest dobrze przygotowany. Jeżeli w przyszłości nie uda mu się dostać na studia, będzie się starał o pracę w którejś organizacji międzynarodowej jako tłumacz. W przyszłości bardzo chciałby poznać jeszcze włoski.