Po zajęciach rozmawiam z Zainab. Marzy o tym, by dostać się na studia, dlatego bardzo ciężko pracuje i uczy się pilnie, nie ma czasu na zabawy, każdą chwilę wolną od obowiązków w sierocińcu (sprzątanie, opieka nad młodszymi) poświęca na naukę. Zainab jest bardzo poważna jak na swój wiek, nie uśmiecha się, podczas naszej rozmowy powtarza wielokrotnie, że tutaj czuje się dobrze i nie chce wracać do swojego wujka, który jest dla niej niedobry. Rodzice i brat Zainab zginęli pięć lat temu w Mazar-i Sharif pod bombami, ją i młodszą siostrę zabrał wujek, który posłał ją do Pakistanu, gdzie pracowała na budowie. Potem wróciła do Kabulu, wujek ją bił, nie dawał jeść, zmuszał do pracy. Nie chciała już dalej tak żyć, poszła do pobliskiej szkoły. Tam spotkała nauczycielkę, która, wysłuchawszy jej historię, przyprowadziła ją do sierocińca. Jest tutaj od dwóch lat razem z jedenastoletnią siostrą. Kiedy wujek przychodzi po nią czasami, ukrywa się, nie chce iść. Zainab zaprogramowała sobie przyszłość bardzo dokładnie: właśnie studia, a potem będzie uczyła innych obsługi komputerów, to teraz dobry zawód. Na naszych kursach komputerowych nauczyła się już obsługi Worda, Exela i przygotowywania prezentacji w Power Point. Uwielbia nauczycielkę od komputerów, drobną Lailuma Shaiq Jamal, która studiowała w Pakistanie. Patrzę na smutną i zaciętą twarz Zainab i wierzę, że jej się uda, choć zastanawiam się, czy będzie miała środki na to, żeby studiować.

Proszę dziewczynkę o pokazanie mi pokoju, w którym śpi. Wychodzimy ze stołówki i idziemy do dwupiętrowego budynku, gdzie mieszczą się pokoje dla dziewcząt. Na ścianie klatki schodowej wymalowano płaczące dziecko, które głaszcze po głowie ręka wystająca z rękawa w kolorach flagi afgańskiej. Wszystko dookoła jest w sinoburych kolorach, dość przygnębiające. W holu przed telewizorem siedzą dziewczynki, z uwielbieniem oglądają wideoklipy z indyjskimi piosenkarzami. W nich świat jest kolorowy, pełen miłości, zieleni… W pokoju Zainab jest osiem łóżek, zasłanych burymi powłokami, ustawionych jedno przy drugim pod ścianami. Na podłodze leży wytarta wykładzina, w rogu pokoju stoją metalowe szafki, w których dzieci trzymają swoje prywatne rzeczy. W pokoju nie ma niczego, co nadawałoby znamiona jakiejś indywidualności – żadnej maskotki czy książki… Wszystko jest przeraźliwie zunifikowane. Pytam Zainab, czy ma coś własnego, osobistego, ale ona wstydzi się pokazać mi swoją szafkę.

Do pokoju wchodzą kolejne zaciekawione dziewczynki. Prawie każda z nich mówi po angielsku, to uczestniczki naszych kursów językowych. Po dwunastu miesiącach nauki mogą już swobodnie rozmawiać (trzeba pamiętać, jak wielkim wysiłkiem było dla nich samo nauczenie się innego alfabetu). Kursy dla grupy zaawansowanej odbywają się codziennie o 6.00 rano. Jest to jedyna pora, kiedy zarówno dziewczęta, jak i wynajęta przez nas nauczycielka, mają czas. Ale dziewczynkom nie przeszkadza wczesne wstawanie, za nic nie opuszczą żadnej lekcji. Wszystkie pochodzą z bardzo ubogich środowisk, umiejętność komunikowania się po angielsku jest dla nich szansą na lepsze życie. Każda z nich ma świadomość, że to jedyna taka okazja i nie chcą jej przegapić. Otoczyły mnie teraz, pytając, czy PAH będzie kontynuować kursy angielskiego i kursy komputerowe. Ania im powiedziała, że przyjedzie szefowa, która obejrzy sierociniec, a jeśli znajdzie pieniądze, PAH będzie mógł dalej płacić za ich naukę. Nie mogę im odmówić, zapewniam je, że kursy będą, i postanawiam sobie, że wydobędę te pieniądze choćby spod ziemi. Naprawdę warto, przekonuję się o tym na własne oczy, a właściwie – uszy. Szkoła w sierocińcu jest na bardzo niskim poziomie, lekcje trwają nie dłużej niż cztery godziny, ot tyle, żeby się czegokolwiek nauczyły. A one chcą więcej.

Czternastoletnia Zerifa jest bardzo bezpośrednia, nie tak nieśmiała i cicha jak Zainab. To ona mówi w imieniu innych dziewcząt o szkole i kursach. Ojciec Zerify zginął na wojnie sześć lat temu, dziewczynka ma jeszcze dwie młodsze siostry i brata, ale brat jest w innym sierocińcu. Jej mama jest pod opieką wujka i raz w miesiącu Zerifa z siostrami mogą ją odwiedzać. Zerifa chce być lekarzem, teraz Afganistan bardzo potrzebuje lekarzy (na każdego przypada ok. 6700 osób), a ona lubi pomagać innym. Na moje pytanie, czy jest im tu dobrze i czy dostają dobre jedzenie, odpowiadają jednocześnie: jedne mówią – tak, inne – nie, potem szturchają się ramionami i porozumiewają w dari, ustalając odpowiedź. Wtedy podchodzi Freszta i oświadcza odważnie: To nie jest dobre miejsce do życia, ale dobre do nauki. Freszta jest tu od 7 lat, od czasu gdy jej rodzice zginęli od miny na ulicy w jednej z miejscowości w prowincji Paktika. Dwie jej siostry także mieszkają tutaj, dwie w innym sierocińcu poza Kabulem, a brat u wujka. Freszta chce być sędzią. Przez moment wydaje mi się, że pomyliła słowa „judge” i „lawyer”, ale nie. Freszta chce być pierwszą kobietą sędzią w Afganistanie. Dlaczego? Żeby była sprawiedliwość. Każda z rozmawiających ze mną dziewcząt ma ambitne plany, pragną być nauczycielkami, dziennikarzami, inżynierami, tłumaczami i lekarzami. Przede wszystkim chcą się nauczyć jak najwięcej, a w przyszłości dobrze zarabiać i mieć lepsze życie.