Czy widzi Pan możliwość zmiany tej sytuacji w związku z dojściem do władzy w Stanach Zjednoczonych Baracka Obamy? Jaka jest szansa na przyznanie się Amerykanów do ostatnich błędów popełnionych w imię walki o prawa człowieka?

Istnieje taka możliwość, choć z drugiej strony do tej pory w wypowiedziach Obamy nie dostrzegłem zbyt dużego zainteresowania prawami człowieka na świecie.

Ameryka jest krajem najbardziej zasłużonym w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w upowszechnianiu praw człowieka. Na obecnym sumieniu Ameryki ciąży jednak na przykład Guantanamo. To jest coś nie do zaakceptowania. Jeśli Obama zamknie ten obóz, Stany Zjednoczone odzyskają trochę z poprzedniej pozycji, choć nie musi to oznaczać, że znów będą się angażować pozytywnie, tak jak robili to prezydenci Carter, Reagan czy Clinton. Nie widzę na to ochoty w amerykańskim establishmencie. Być może dlatego, że kraj jest skoncentrowany na sobie, przeżywa głęboki kryzys wewnętrzny – jest to też kryzys sumienia w związku z tym, co się stało: rewolucja neokonserwatywna i jej następstwa to był proces, którego znaczenia my w Polsce, zapatrzeni w Amerykę jak w „miasto na wzgórzu”, zupełnie nie doceniamy. Kiedyś Richard Lee Armitage powiedział w wywiadzie dla jednej z polskich gazet, że Ameryka nieprędko stanie się siłą dobra, skoro po 11 września eksportowała głównie złość i nienawiść. Kto to mówił? Numer 2 w Pentagonie! To dowodzi, że w samym społeczeństwie amerykańskim mamy do czynienia z szeroką akceptacją dla polityki nieprzyzwoitości.

Pamiętam, jak wiosną 2002 roku pięćdziesięciu czołowych intelektualistów USA ogłosiło memoriał „What we are fighting for”. Była to odpowiedź na rosnącą krytykę wojny w Afganistanie na świecie. Oni nie rozumieli, że „słusznej wojny” nie można toczyć niesłusznymi środkami. Polemizowałem z tym memoriałem na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Dopiero teraz Amerykanie zaczynają sobie zdawać sprawę, że zabrnęli za daleko.

Co jakiś czas docierają do nas informacje o nieskuteczności działań instytucji międzynarodowych w zapobieganiu łamania praw człowieka na świecie – w połowie listopada o bezczynność w obliczu ludobójstwa oskarżył ONZ rząd Kongo. Skąd wynika słabość tych instytucji i w jaki sposób należałoby zreformować ONZ, aby mogła nieść pomoc nie tylko post factum?

Organizacje międzynarodowe to są nasze instrumenty. Posługując się nimi, mamy do dyspozycji wiele możliwości – ale zwykle są one wyłącznie potencjalne. Gospodarzami ONZ jest prawie dwieście państw o odmiennych rodzajach wrażliwości i interesach. To jest targowisko, market place, na którym te wszystkie państwa próbują forsować własne interesy, idee i potrzeby – to scena nieustannych przetargów, zmagań i negocjacji. Spójrzmy zresztą na dość homogeniczną Unię Europejską – jak długo tam dochodzi się do kompromisu! W nieprawdopodobnych bólach przyjęliśmy Traktat Konstytucyjny – jeśli chodzi o procedurę był to jednak najbardziej demokratycznie wynegocjowany traktat w historii dyplomacji. Ale i tak ostatecznie upadł. Co więc dopiero mówić o ONZ?

Choć nam, Zachodowi, zawsze się wydaje, że skoro czegoś chcemy, to chcemy dobrze, w rzeczywistości nie zawsze tak jest. Przez pewien czas po upadku żelaznej kurtyny zachowywaliśmy się, jakbyśmy ciągle śpiewali: „we are the champions”, „we are the world” – wydawało się nam, że uosabiamy intencje całej społeczności międzynarodowej, która może jest słaba, może niedomaga, ale my potrafimy ją niejako wyręczyć – chociażby w kwestii interwencji humanitarnej.

Lata 90. niektórzy nazywają wręcz „dekadą interwencji humanitarnej”…

Interwencja humanitarna była wtedy modnym tematem w życiu międzynarodowym. Doszło do kilku takich akcji, mniej lub bardziej udanych, podejmowanych w szczerych intencjach: za przykład niech posłuży amerykańska interwencja w Somalii, autoryzowana zresztą przez ONZ – Amerykanie nie mieli w Somalii żadnych interesów…

Potem jednak, ignorując Radę Bezpieczeństwa, postanowiliśmy sami interweniować w Kosowie w 1999 roku. I co z tego wyszło? W czasie spotkania ministrów obrony NATO, już kilka miesięcy po nalotach, jeden z uczestników powiedział: „nigdy więcej takiej interwencji humanitarnej” – i wszyscy się z nim zgodzili.

Może i naruszyliśmy wtedy reguły gry, ale z drugiej strony podnosi się wiele głosów, że dzięki tamtej interwencji udało się skutecznie zapobiec rozprzestrzenieniu się konfliktu serbsko-albańskiego na sąsiednie kraje bałkańskie.

Nie twierdzę, że nie należało interweniować w ogóle. Chodzi natomiast o sposób i motywację tamtej akcji. Z wojskowego punktu widzenia była to operacja źle przeprowadzona. Nie da się jej obronić. Zginęło wielu Serbów i Kosowian, a po trzech miesiącach bombardowań otrzymaliśmy dokładnie to, na co Serbowie i tak zgadzali się przed wojną. Miloszewić zaakceptował wszystkie postanowienia tzw. grupy kontaktowej z wyjątkiem dwóch ostatnich punktów. I w rezolucji 1244 Rady Bezpieczeństwa kończącej tę wojnę te dwa punkty się nie znalazły. Wojna była niepotrzebna.

Za interwencją w Kosowie nie stały wyłącznie szlachetne pobudki. Chcieliśmy po prostu ukarać Miloszewicia. Uznaliśmy, że to jest dobry moment, by odpłacić mu za lata 90. i różne nasze niepowodzenia. Chciano także przeforsować własną wizję ładu w tej części Europy. Mówię to z całą odpowiedzialnością, dlatego że przyglądałem się z bliska całemu procesowi decyzyjnemu. Jest taka maksyma: „if force is used to do justice, law will follow”. Tak jednak w tym przypadku nie było.

Kiedy zatem po wojnie w ONZ chcieliśmy doktrynę interwencji humanitarnej ubrać w szaty prawa międzynarodowego, cały świat powiedział: „mowy nie ma! – nie tak mają wyglądać interwencje humanitarne!”. Co więc uczyniono? Przedstawiciele Kanady wrócili do sprawy, zainspirowali powstanie międzynarodowej komisji, która nazwała interwencję humanitarną inaczej – zasadą „odpowiedzialności za ochronę” (responsibility to protect). Świat nie chciał słyszeć terminu „interwencja humanitarna” i dlatego zastosowano ten arcyinteligentny wytrych językowy: w Dokumencie Końcowym ze szczytu ONZ z okazji sześćdziesięciolecia tej organizacji, w roku 2005, zapisano zasadę „odpowiedzialności za ochronę”. Problem w tym, że jak dotąd nie skorzystano z tej klauzuli, mimo że było już kilka okazji – choćby Darfur czy Kongo – w których Rada Bezpieczeństwa mogłaby się do niej odwołać i wysłać oddziały ONZ.

Czy wpływ na to ma fakt, że po 2001 roku i rozpoczęciu tak zwanej wojny z terroryzmem Stany Zjednoczone coraz częściej mówią o wojnie prewencyjnej i operacjach wyprzedzających?

Zdecydowanie tak. W Kosowie „strzeliliśmy sobie w stopę” w kwestii interwencji humanitarnej, a poprzez to, w jaki sposób prowadzimy wojny w Iraku i Afganistanie, upośledziliśmy się w kontekście zasady „odpowiedzialności za ochronę”. Wyraźnie przeceniamy zdolności siły militarnej do stabilizowania sytuacji czy budowy lepszego świata. W przypadku obu konfliktów ignorujemy polityczny wymiar ich rozwiązywania. Sposób przeprowadzenia operacji irackiej to było fundamentalne pogwałcenie Karty Narodów Zjednoczonych. Do ONZ można mieć wiele pretensji, ale zawsze, kiedy coś nie wychodzi, szukanie winy należy zacząć od samego siebie: gdzie popełniliśmy błąd?

Trzeba bardzo wyraźnie powiedzieć, że w ciągu kilku ostatnich lat Zachód stracił serce dla praw człowieka. Stało się tak za sprawą utraty znacznej części jego legitymizacji w tej dziedzinie wobec reszty świata; ale przestał się również nimi interesować, bo priorytetem stały się inne sprawy. To niepojęte, ale prawa człowieka niepostrzeżenie wyparowały z dyskursu politycznego świata zachodniego!

W kontekście praw człowieka próbowano usytuować igrzyska w Pekinie. Sam byłem temu przeciwny. Mamy pretensje do Chińczyków o Tybet. Ale gdyby rozbił Pan pojęcie demokracji na kilkanaście czynników i oddzielnie poddał je analizie, to okazałoby się, że Chińczycy cały czas robią postęp! Zdarzają się, niestety, takie sytuacje jak ostatnio w Tybecie. Ale czy podczas olimpiady w Salt Lake City w 2003 roku ktoś mówił, że nie należy jechać do Ameryki dlatego, że trwa wojna w Iraku? Nie bądźmy hipokrytami!

Milion min w magazynie

We wrześniu polska prasa cytowała ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, który bronił użycia broni kasetowej przez Gruzję. Są to zasobniki zawierające mniejsze bomby, które, po uwolnieniu, rażą na dużym obszarze. Problemem jest też to, że niektóre z nich nie wybuchają, stanowiąc śmiertelne zagrożenie dla ludności cywilnej na długo po zakończeniu walk. Wypowiedź Sikorskiego, a także fakt, że Polska nie ratyfikowała jeszcze konwencji ottawskiej z 1997 roku o zakazie min przeciwpiechotnych i przechowuje tysiące takich min w wojskowych magazynach, bardzo zaniepokoiło obrońców praw człowieka nad Wisłą…

Po pierwsze, nie da się obronić koncepcji broni kasetowej. Ona naprawdę nie służy bezpieczeństwu. Jest par excellence niehumanitarna. W Gruzji do tej pory giną cywile, dzieci, bo ona czyha na swoje ofiary jeszcze długo po zakończeniu konfliktu. Jest tak, mimo że na Kaukazie posługiwano się urządzeniami tego rodzaju najnowszej generacji! Podobnie było po nalotach NATO na Jugosławię w 1999 roku.

Po drugie, jestem nieszczęśliwy, że Polska wypadła z grona krajów aktywnych w sprawie praw człowieka. Był taki czas w latach 90., kiedy nasza polityka zagraniczna była zainteresowana tymi sprawami, to było jeszcze pokłosie „Solidarności”, potrzeba kontynuacji, poczucie misji do wypełnienia. Byliśmy też pozytywnie odbierani – kiedy Polacy przemawiali, zabierali głos, nierzadko komentowano: „No tak, z Polski, bo tam była »Solidarność«”.

Potem staliśmy się, jak gdyby, światłem odbitym, a właściwie cieniem Ameryki. W dniu, w którym odbywała się inauguracja pierwszej sesji Rady Praw Człowieka z udziałem wielu ministrów z całego świata, polska minister spraw zagranicznych Anna Fotyga wybrała się do Waszyngtonu na spotkanie z amerykańskim ministrem – ministrem kraju, który głosował przeciwko powstaniu Rady Praw Człowieka. To był sygnał, że jeśli chodzi o prawa człowieka, mamy już do czynienia z inną Polską.

Prawa człowieka zeszły w Polsce na drugi plan. Staniemy w obronie Tybetańczyków, ale głównie po to, żeby dołożyć Chińczykom, bo taki jest mainstream na Zachodzie. Ale już tam, gdzie trzeba zrobić coś konkretnego, a czasem nawet pójść „pod prąd”, jesteśmy nieobecni. Mam sygnały od moich kolegów z Europy, którzy w dalszym ciągu zajmują się prawami człowieka. Pytają: co się dzieje? Jeżdżą od was na konferencje ludzie, którzy nie otwierają w ogóle ust! Siedzą tylko cicho za tabliczką z napisem „Poland”.

To wszystko ma swój praktyczny wyraz w tym, o co Pan pyta: w naszym negatywnym stosunku do dwóch bardzo ważnych porozumień międzynarodowych, które zmierzają do ograniczenia czy wyeliminowania broni niehumanitarnej, broni niedyskryminacyjnej – takiej, która nie odróżnia cywilów od żołnierzy. Chodzi o konwencję ottawską o zakazie min przeciwpiechotnych i konwencję dublińską, która niedawno została przyjęta jako zwieńczenie procesu z Oslo zmierzającego do eliminacji broni kasetowej. To, że Polska nie wykazuje najmniejszej gotowości modyfikacji swojego negatywnego stanowiska wobec tych dwóch ważnych instrumentów międzynarodowych, jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Nie ma operacyjnego uzasadnienia dla tych kategorii broni. Jeżeli z min przeciwpiechotnych zrezygnowała nawet Finlandia, która trzymała tę broń na wypadek próby ofensywy ze strony Rosji (a przy tym Finlandia nie jest członkiem NATO), to znaczy, że Finowie uznali, iż to jest już naprawdę niepotrzebne...

Jest to odzwierciedlenie słabszej wrażliwości Polski na kwestie moralne W to miejsce pojawił się język prymitywnej nierzadko Realpolitik oraz cynizmu w podejściu do praw człowieka. Pamiętam wypowiedź prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który widział nasz udział w wojnie w Iraku w tym, że pozycja Polski – powiedział to publicznie – zyskała na znaczeniu pośród najbardziej wpływowych grup na świecie… To nie tylko brak wrażliwości, to także brak wyobraźni: niektóre dziś popełnione błędy czy zaniechania wracają do nas i trzeba będzie za nie zapłacić. Nazywam to prymitywnym realizmem.

Fakt, że się upominamy o prawa Polaków na Białorusi, nie ma nic wspólnego z prawami człowieka – dbamy tu wyłącznie o polski interes narodowy. Tam, gdzie mowa o prawach człowieka, tam potrzeba postawy prawdziwie altruistycznej. Jeśli uda się z prawami człowieka pogodzić jakiś narodowy interes, to dobrze, ale to nie może być zasadniczym celem. Postęp w walce o prawa człowieka dokonał się dzięki polityce altruistycznej. Również Polskę powinno być na to stać. Warto być przyzwoitym także w polityce zagranicznej, bo to, długofalowo, zawsze się opłaca*.

Czy wśród rozpoznawalnych w świecie postaci apelujących o poszanowanie dla praw człowieka są jacyś Polacy?

W latach 90. mieliśmy wielu dobrych ludzi. Zwłaszcza w ONZ i OBWE reprezentowali nas świetni specjaliści (Marek Antoni Nowicki, Marek Nowicki, Zdzisław Kędzia, Krzysztof Drzewicki, Roman Wieruszewski), nie brakowało też polityków, dla których prawa człowieka wiele znaczyły: wystarczy wspomnieć Tadeusza Mazowieckiego, Hannę Suchocką czy Bronisława Geremka. Kiedy Krzysztof Skubiszewski obejmował urząd ministra spraw zagranicznych, stawiał na te kwestie duży nacisk. Legendą praw człowieka, walki o godność, wolność i sprawiedliwość był oczywiście Lech Wałęsa. I chyba można było wtedy mówić o „polskiej szkole praw człowieka”. Albo raczej: o grupie ludzi przekonanych, że prawa człowieka są ważne.

Dziś trudno wskazać polityka, który byłby zaangażowany w walkę o prawa człowieka. Bardziej interesuje nas bezpieczeństwo energetyczne lub system antyrakietowy. Nie ma, niestety, w Polsce osób, które z namysłem potrafiłyby upominać się o prawa człowieka lub choćby o samą przyzwoitość w polityce zagranicznej.

Miesięcznik „Znak” nr 643, grudzień 2008

*Czytelników zainteresowanych koncepcjami „harmonijnego ładu” oraz „zrównoważonego rozwoju”, a także chińskim podejściem do koncepcji praw człowieka odsyłamy do wakacyjnego numeru „Znaku” (Świat patrzy na Chiny, nr 638–639), w którym na ten temat pisali m.in. Krzysztof Łoziński, Krzysztof Gawlikowski, Erpin Zhang oraz ks. Roman Malek (przyp. red.).

*Por. świetną pracę A. Bińczyk-Missali, Prawa człowieka w polskiej polityce zagranicznej po 1989 roku, Warszawa 2005.

prof. dr hab., wykładowca w Instytucie Stosunków Międzynarodowych UW
Strony: « Poprzednia 1 2