ONZ, polityka i prawa człowieka



Z ROMANEM KUŹNIAREM ROZMAWIA MARCIN ŻYŁA


Ponieważ nasza rozmowa ma dotyczyć spraw z pogranicza polityki międzynarodowej i ochrony praw człowieka, chciałbym rozpocząć od pytania o ostatnie zmiany w świecie. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że do listy tradycyjnych czynników, które mają wpływ na poszanowanie praw człowieka, takich jak konflikty etniczne lub interesy państw trzecich, doszły zjawiska nowe: terroryzm w skali dotąd niespotykanej lub problem tzw. państw upadłych. Czy dostrzega Pan takie fenomeny, charakterystyczne dla ostatnich kilku, kilkunastu lat?

Na początku lat 90. świat zaczął się zmieniać w sposób bardzo obiecujący. Panował wówczas ogromny optymizm w odniesieniu do upowszechniania praw człowieka poza zachodnim obszarem kulturowym. Przedtem główną przeszkodą był blok komunistyczny, za którego plecami chowały się niektóre kraje Trzeciego Świata. To wszystko runęło: najpierw prezydent Jimmy Carter trafił w dziesiątkę swoją kampanią na rzecz praw człowieka. Przy pomocy kilku zaledwie przemówień zepchnął komunizm do głębokiej defensywy. Ten, w warstwie ideologicznej, nigdy już się nie odrodził. Uznano, że kiedy żelazna kurtyna upadła, rozpoczął się nowy etap w dziejach popularyzowania idei praw człowieka. Szybko przyjęto kilka ważnych dokumentów: w 1991 roku na spotkaniu KBWE w Moskwie, w którym brałem udział, przyjęto klauzulę, iż prawa człowieka „są przedmiotem uzasadnionej troski wszystkich państw członkowskich KBWE”. Później ta zasada została przeniesiona na szczebel uniwersalny: taki sam zapis znalazł się w Deklaracji Wiedeńskiej i Programie Działania – dokumentach przyjętych na zakończenie II Światowej Konferencji Praw Człowieka w 1993 roku. Swego czasu miałem w zwyczaju mówić, że lata 90. to „dekada tsunami”: prawa człowieka, niczym wielka fala tsunami, wdarły się na powierzchnię życia międzynarodowego: był to wielki pochód i tryumf tej koncepcji, ale również przejmowania przez kolejne kraje standardów w tej dziedzinie.

Prawa człowieka były ważnym tematem podczas wszelkiego rodzaju rozmów i spotkań. W Organizacji Narodów Zjednoczonych trwała nieustająca kampania na ich rzecz. Ogromną, pozytywną rolę odegrali Amerykanie: administracja Billa Clintona była wyjątkowo uwrażliwiona na te zagadnienia. W tym czasie Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia bardzo wiele uczyniły dla upowszechnienia zasady uniwersalizmu praw człowieka, którą wcześniej kwestionowano z uwagi na podział świata na „trzy światy”. Choć zasada ta jeszcze w 1948 roku została wpisana do preambuły Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, to de facto jej nie akceptowano. Po upadku komunizmu Zachód wymusił na reszcie świata jej uznanie.

Było to ważne między innymi dlatego, że w owym czasie popularność zyskiwała koncepcja „wartości azjatyckich”. Szybko rozwijające się państwa Azji Wschodniej uznały, że prawa człowieka są przez Zachód używane jako narzędzie dywersji, zagrażające stabilności ich społeczeństw i rozwojowi gospodarczemu. Poparły je też państwa, które z zasady sprzeciwiały się demokracji i zachodniemu modelowi życia. Z udziałem kilkunastu krajów z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej powstała tzw. like-minded group – blok państw niechętnych upowszechnianiu praw człowieka.

Czy państwa te proponowały cokolwiek w zamian?

Ich dyplomaci uważali, że prawa człowieka mogą być przestrzegane o tyle, o ile istnieją do tego odpowiednie warunki ekonomiczne. Określili priorytety: najpierw rozwój, potem prawa człowieka. Mówimy tu o państwach nieco zapóźnionych w rozwoju, które obawiały się, że zachodnie standardy w różnych dziedzinach – nie tylko praw człowieka, ale też na przykład ochrony środowiska – będą hamowały nadrabianie tych zaległości. Albo też stały na stanowisku, że odmienności cywilizacyjne mogą być podstawą odmiennych koncepcji i standardów przestrzegania praw człowieka. Nie proponowały niczego w zamian: chciały jedynie, żeby Zachód dał im spokój z tym uniwersalizmem, który jawił się dla nich także jako przejaw westernizacji świata. Uważały prawa człowieka za element globalnej ofensywy Zachodu, której celem miała być homogenizacja innych rejonów świata po to, by przygotować grunt dla podboju ekonomicznego. Byłoby to zresztą zgodne z definicją globalizacji, którą wymyślił twórca tego terminu, Theodore Levitte. Zgodnie z nią jest to proces polegający na uniformizacji postaw i technologii umożliwiającej sprzedawanie tego samego produktu na całym świecie. Innymi słowy, należało zmienić kulturę, aby móc zdobyć rynek: wylansować pewne standardy kulturowe, obyczajowość, sposoby zachowania, tak aby ludzie zechcieli kupować przysłowiową coca-colę i inne produkty Zachodu.

Wartości azjatyckie są oparte na solidnym podłożu cywilizacyjnym. Azja Wschodnia: Chiny, Japonia czy Indie, ma niesłychanie silną tożsamość. W przeszłości jej brak asertywności brał się ze słabości ekonomicznej. Kiedy jednak odzyskała witalność gospodarczą, uznała, że nie musi już dłużej słuchać „kazań” Zachodu.

Cywilizacje krajów Dalekiego Wschodu opierają się na odmiennych fundamentach kulturowych. Występuje tam inne rozumienie porządku społecznego i międzynarodowego: wystarczy spojrzeć na, lansowaną przez Chiny, koncepcję „harmonijnego ładu”*. Cywilizacja zachodnia jest wewnętrznie dialektyczna, oparta na sprzecznościach; postęp wymusza tu konflikt, który zresztą jest immanentną właściwością życia społecznego i stosunków międzynarodowych. Dla Dalekiego Wschodu charakterystyczne jest pojęcie harmonii, długie dochodzenie do kompromisu, wsłuchiwanie się w racje innych. Uznaje się tam prawa człowieka – ale tylko w ramach szerszej społeczności: wspólnoty, wsi lub rodziny. Zgodnie z azjatycką hierarchią wartości nie ma kolizji między interesem władzy politycznej a prawami jednostki: władza zawsze najlepiej reprezentuje interesy szerszej społeczności i jednostki.

Nawet pojęcie przyrodzonej godności człowieka, a więc fundament praw człowieka, jest zupełnie odmiennie rozumiane na Wschodzie. Czy – przynajmniej w obiegu naukowym – istnieją teorie, które dopuszczają możliwość syntezy wartości azjatyckich oraz praw człowieka w rozumieniu zachodnim?

Nie widzę możliwości pogodzenia tych dwóch systemów. Koncepcja praw naturalnych – fundament zachodniej idei praw człowieka – ma rodowód grecko-judeochrześcijański i nie występuje w ogóle w tradycji Wschodu. Tak silnie podkreślane u nas pojęcie autonomii jednostki tam po prostu nie istnieje! W kwestii najbardziej elementarnych praw jesteśmy blisko siebie. Natomiast później zaczynają się schody. Na Zachodzie ciągle poszerzamy katalog praw człowieka oraz całe instrumentarium implementacyjne, które umożliwia wymuszanie przestrzegania tych praw. Dla przedstawicieli Azji Wschodniej trochę za bardzo wybiegamy w przód. W rozwoju społecznym Wschód jest od nas stabilniejszy. Rewolucje obyczajowe lub grupy nacisku domagające się praw dla różnych mniejszości są tam zjawiskami niepojętymi.

Ciekaw jestem, jak w praktyce dyplomatycznej wygląda znajdowanie punktów stycznych, uniwersaliów, kiedy do wspólnych rozmów zasiadają delegacje reprezentujące tak odmienne cywilizacje. Czy polega to na stopniowym odrzucaniu kwestii kontrowersyjnych i szukaniu wspólnego mianownika, czy też jest w tym wszystkim miejsce na dyskusję oraz przekonanie partnerów z Azji do niektórych z naszych racji?

Jest miejsce na dyskusję, szczególnie podczas spotkań nieformalnych. Czasem wystarczy złagodzić język dokumentu, kiedy jakieś sformułowania drażnią drugą stronę. Zdarza się jednak, że oficjalne posiedzenia nieoczekiwanie przekształcają się w dramatyczne widowiska: ktoś kogoś zaatakuje, potem odzywa się u przedstawicieli niektórych państw poczucie solidarności. Wtedy tabliczki z nazwami państw stawiane są na sztorc, zgłaszają się kolejni mówcy, dochodzi do usztywnienia stanowisk i rozpoczynają się pojedynki słowne, których żaden scenarzysta nie byłby w stanie wymyślić…

W 1998 roku przedstawiałem w ONZ zaproponowaną przez Polskę rezolucję, której celem było potwierdzenie zasady uniwersalizmu praw człowieka. Sprzeciwiało się jej wiele państw z Azji, ale także z Afryki i Ameryki Łacińskiej. Starcie między naszą delegacją a nimi nie polegało jednak wyłącznie na zderzeniu i przełamaniu oporu, lecz także na uwzględnieniu ich wrażliwości i sposobu rozumienia praw człowieka. Ani my nie byliśmy „dobrzy”, ani oni nie byli „źli”. Oczywiście, w grupie „like-minded” znajdowały się państwa notorycznie łamiące prawa człowieka. W naszym wewnętrznym żargonie określaliśmy je bardzo niesympatycznie. Staraliśmy się jednak respektować ich wyczulenie na społeczne, cywilizacyjne, religijne i ekonomiczne komponenty praw człowieka, bo Zachód, mówiąc szczerze, nie zawsze to potrafił robić.

Nad naszą rezolucją pracowaliśmy przez rok. Najpierw należało przekonać do niej naszych partnerów na Zachodzie. Wbrew pozorom także w obrębie naszej cywilizacji istnieją różne tradycje upowszechniania praw człowieka. Na inne kategorie praw kładą nacisk Anglosasi, a na inne kraje Europy kontynentalnej czy Skandynawowie.

Skoro prawa człowieka powszechnie uznaje się za fundament etyczny stosunków międzynarodowych, czy nie nadszedł już czas, aby spróbować wypracować nowe, ogólne standardy obejmujące nie tylko prawa człowieka, ale w ogóle wszelkiego rodzaju prawa? Zmierzam tu do zagadnienia „etyki globalnej”, które coraz częściej pojawia się w publikacjach na temat praw człowieka…

To bardzo nieostre pojęcie. Choć co najmniej od kilkunastu lat występuje w języku stosunków międzynarodowych, nie potrafiłbym go zdefiniować; nie sądzę też, abyśmy znajdowali się na etapie, który by to w ogóle umożliwiał. Zapewne świat zdąża w tym kierunku, ale w tym momencie społeczność międzynarodowa nie jest jeszcze zintegrowana na tyle, aby można było mówić o jednej, wspólnej etyce globalnej. Wycofujemy się już nawet z pojęcia bardzo popularnego w latach 90. – „wspólnota międzynarodowa”. Świat jest w istocie bardzo pokawałkowany.

Prawa człowieka są także pochodną ogólnego poziomu rozwoju danego kraju. Jeszcze niedawno, bo z grubsza sto lat temu, nawet my, na Zachodzie akceptowaliśmy praktyki dzisiaj zupełnie niezrozumiałe. To niesłychane, jak późno dopuściliśmy kobiety do udziału w życiu publicznym, nie mówiąc o niewolnictwie czy segregacji rasowej! Martin Luther King, który nie zamierzał zostać prezydentem – był po prostu widocznym murzyńskim politykiem – zginął. Dziś Ameryka cieszy się, że ma prezydenta o innym niż do tej pory kolorze skóry.

Akceptacja nowych rozwiązań politycznych i nowych kategorii praw człowieka, dopuszczanie możliwości ich przestrzegania na skalę międzynarodową oraz zbudowanie systemu kontroli to proces stopniowy, rozłożony na lata. Na pewne rzeczy nie możemy się zgodzić nie tylko jako Zachód, lecz po prostu jako ludzie. Istnieje jakieś „minimum człowieczeństwa”, jeżeli chodzi o traktowanie jednostki: prawo do życia, zakaz tortur czy niewolnictwa, wolność osobista i wolność sumienia. Uważamy, że jest coś takiego jak przyrodzona godność człowieka i że wynikają z niej pewne prawa. I taki „elementarz praw człowieka” jest możliwy do stosowania wobec wszystkich ludzi. Dopóki jednak kraje rozwijające się nie zaspokoją swoich potrzeb elementarnych – nawet jeśli fakt, że do tej pory tego nie zrobiły, jest przede wszystkim ich winą – dopóty powinniśmy zapomnieć o domaganiu się od nich przestrzegania praw człowieka według takich samych, wyśrubowanych standardów, które przyjęliśmy i stosujemy u siebie.

Czy w kwestii poszerzania katalogu praw człowieka można wyznaczyć jakąś granicę? Na Zachodzie widać pewne zjawiska, które mogą utrudnić uważanie praw człowieka za prawa uniwersalne, powszechnie akceptowane i przynależne wszystkim. Słyszymy na przykład o apelach, aby za prawa człowieka uznać również działania lub zjawiska kontrowersyjne z powodów światopoglądowych lub religijnych. Przykładem jest prawo do aborcji lub eutanazji. Czy takie zjawiska uznaje Pan za trwałą tendencję, czy też może jest to po prostu wyraz demokracji: aktywności rozmaitych stowarzyszeń, ruchów obywatelskich i grup nacisku?

Jest to przede wszystkim efekt przemian obyczajowych, które dokonały się na Zachodzie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Wiąże się z tym także niebezpieczne odchodzenie od fundamentu naszej, zachodniej koncepcji praw człowieka, to znaczy od szkoły praw naturalnych. Jest to pewien problem, dlatego że domaganie się bardzo specyficznych praw – dla mniejszości seksualnych, prawa do aborcji lub praw odnoszących się do modyfikacji genetycznych – jest dla innych części świata nie do przyjęcia. Inne regiony rzeczywiście tego nie akceptują, uważają za przejaw pewnej aberracji. My – mam na myśli większość ludzi na Zachodzie – możemy uważać takie postulaty za rzecz postępową i oczywistą, ale dla innych cywilizacji jest to argument przeciwko akceptacji naszej wersji praw człowieka. Chcąc nie chcąc, poprzez to, jak się zachowujemy, wywołujemy również pewne reakcje i odbiór. Musimy tu być uważni. Nawet jeżeli sami fundujemy sobie „nowe” prawa człowieka i jeżeli nasze społeczeństwa uważają, że tak jest dobrze, byłoby czymś bardzo niefortunnym próbować od razu, na siłę, przekonywać do tego innych.

Koniec naszej niewinności

Wraz ze zdobywaniem przez ideę praw człowieka coraz większej popularności i akceptacji, jej hasła coraz częściej wypisuje się na sztandarach polityki zagranicznej różnych państw. Motywy, które temu przyświecają, są różne: czasem mamy do czynienia z działaniem dość cynicznym, w dodatku podejmowanym przez kraje, które same łamią prawa człowieka na własnym podwórku. Rosja, na przykład, uzasadniała wojnę z Gruzją właśnie ochroną praw mniejszości… Czy, paradoksalnie, sukcesem praw człowieka nie jest to, że przynajmniej w warstwie deklaratywnej wszyscy się na nie powołują? A może to pułapka?

Niektórzy protestują przeciw upolitycznieniu praw człowieka. Problem w tym, że gdyby nie polityka, nie wyszlibyśmy z bloków startowych: to ona niosła prawa człowieka w świat. Kraje zachodnie dzięki pozycji, jaką osiągnęły w świecie, dysponowały instrumentami przymuszającymi innych do akceptacji i lepszego przestrzegania praw człowieka. Dopiero później następowała ich internalizacja: miejscowe elity intelektualne danego kraju były „zarażane” koncepcją praw człowieka. W Polsce powstawały komitety helsińskie – no, ale u nas było łatwiej, bo zawsze byliśmy częścią cywilizacji zachodniej. A weźmy za przykład prawa człowieka w świecie islamu: na ich rzecz działają przede wszystkim intelektualiści islamscy, którzy kształcili się na Zachodzie. Generalnie rzecz biorąc, polityka pomaga w upowszechnianiu praw człowieka, choć oczywiście trzeba z tym uważać. Zarzut o upolitycznianie tematu podnoszą często ci, którzy tych praw po prostu nie chcą… Timothy Garthon Ash pisał kilka lat temu, że dla społeczeństw słabiej rozwiniętego Południa kiedy w przeszłości Zachód mówił „Chrystus”, myślał „bawełna”, a dziś mówiąc: „demokracja”, myśli: „ropa naftowa”. Niewątpliwie, coś w tym jest.

Wszystko jednak zmieniło się na początku obecnej dekady – w chwili, gdy zaczęła się wojna z terroryzmem.

Fakt, że z terroryzmem trzeba walczyć, nie ulega żadnej wątpliwości. Że trzeba walczyć bezwzględnie – też jest pewne. Natomiast podczas tej walki popełniono wiele błędów oraz, w celach ideologicznych, nadużyto samą koncepcję wojny z terroryzmem. Nie można, przykładowo, przedstawiać wojny w Iraku jako kampanii, której celem było obalenie tyrańskiego reżimu gwałcącego prawa człowieka, jeżeli w toku takiej wojny ginie kilkaset tysięcy ludzi, głównie cywilów. Takiej wojny nie można usprawiedliwić w żadnych kategoriach, a już na pewno nie w kategoriach praw człowieka czy upowszechniania demokracji! Kiedy dzieje się coś takiego, tracimy mandat moralny, legitymację, na którą długo pracowaliśmy. Sposób, w jaki popieramy prawa człowieka, może delegitymizować naszą pozycję. Ostatnio zdarzyło się nam, niestety, kilkakrotnie „strzelić sobie w stopę”. W efekcie w polityce państw zachodnich dyskurs na rzecz praw człowieka wyraźnie w ostatnich latach osłabł. Po „złotej dekadzie” lat 90. mamy obecnie okres regresu i odwrotu od praw człowieka.


Strony: 1 2 Następna »