• Timothy Garton Ash
    Timothy Garton Ash

Po co potrzebna jest nam Europa?

Wydaje mi się oczywiste, że instytucje Unii Europejskiej (podobnie jak liberalna demokracja oraz system finansowy) są w tej chwili, za sprawą kryzysu, poddawane ważnemu testowi. Wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego pokażą, jakie poparcie uzyskają partie odwołujące się do haseł nacjonalistycznych i ksenofobicznych. Niemal wszędzie w Europie mamy do czynienia z niebezpieczeństwem protekcjonizmu. Również strefę euro czeka egzamin. Osoba, która z bliska obserwowała japoński kryzys z lat 90., powiedziała mi, że najważniejszą lekcją, jaką możemy wyciągnąć z tamtych doświadczeń, jest to, że polityka walutowa musi być jak najściślej powiązana z polityką fiskalną. W strefie euro mamy jeden system monetarny i 17 fiskalnych, z których każdy funkcjonuje inaczej. Egzamin, który czeka Europę, określi, czy nadal będziemy posuwać się do przodu czy trochę się cofniemy. Dla państw takich jak Polska czy Wielka Brytania, które pozostają wciąż poza strefą euro, nadal aktualne jest pytanie, czy lepiej być wewnątrz czy poza tą strefą. Idę o zakład, że Polska znajdzie się w strefie euro przed Wielką Brytanią, a już zwłaszcza przed Wielką Brytanią pod rządami konserwatystów.

Fundamentalne pytanie w 2009 roku dotyczy tego, po co potrzebna jest nam wspólna Europa. Przez ostatnie 60 lat zestaw argumentów za zjednoczoną Europą różnił się w zależności od kraju, ale zawsze miał pewną cechę wspólną. Niemal niezmiennie, niezależnie od tego, skąd pochodziły, argumenty proeuropejskie przybierały formę życzenia: chcemy oddalić się od pewnego złego miejsca, w którym już byliśmy, w kierunku lepszego, z którym kojarzymy Europę. Dla Niemców owym „złym miejscem” mógł być nazizm i związany z nim wstyd. Dla Francuzów mogło nim być doświadczenie okupacji i porażki. Dla Brytyjczyków „złe miejsce” miało charakter ekonomiczny – było to wspomnienie głębokiego kryzysu gospodarczego w latach 60. i 70., który popchnął Londyn w stronę Brukseli. Dla Hiszpanii i Portugalii było nim doświadczenie dyktatury, dla Europy Środkowej i Wschodniej – doświadczenie komunizmu i radzieckiej hegemonii. Argumentacja była jednak zawsze podobna: lepszym miejscem była w niej „Europa”.

Problem powstaje w chwili, kiedy w tym lepszym miejscu już się w końcu wszyscy znajdziemy. Tak jest właśnie teraz. Co w tej sytuacji mogłoby być nowym argumentem za Europą? Powiedziałbym, że jeszcze zanim nastał kryzys gospodarczy, projekt integracji europejskiej stał się w pewnym sensie ofiarą swojego własnego sukcesu. Mieszkańcy Europy, również w niedawno przyjętych do Unii państwach, przyzwyczaili się do poczucia bezpieczeństwa, pokoju, dobrobytu – wolności, które gwarantuje im wspólnota. Czego więcej mogliby chcieć?

Rozpocznę od kwestii oczywistej dla każdego znającego historię. Musimy zrozumieć i poznać „złe miejsca”, w których byliśmy. Uświadomić sobie, że w historii było wiele alternatyw i że również teraz stoimy przed różnymi możliwymi drogami. Kwestia, o której przychodzi mi mówić w 2009 roku, nie dotyczy naszych relacji z innymi w Europie, lecz raczej pozycji naszego kontynentu w coraz bardziej nieeuropejskim świecie. Coraz więcej z tego, co się zdarza w naszych krajach, nie jest już powodowane przez jakiekolwiek działania naszego rządu, lecz jest raczej wynikiem rozwoju sytuacji w świecie i wyzwań przed nim stojących. Okazało się to w ciągu ostatnich sześciu miesięcy: odkryliśmy, że nasze prywatne oszczędności były bezpośrednio dotknięte przez skutki rozwoju sytuacji w odległych krajach, a nawet na innych kontynentach. Na naszą sytuację wpływa również zglobalizowany system finansowy, międzynarodowa przestępczość zorganizowana, masowa migracja, zmiany klimatyczne i uzależnienie od dostawców energii, co dotkliwie odczuło wielu mieszkańców Europy, marznąc na początku roku w swoich domach na skutek sporu, który rozgorzał pomiędzy Rosją i Ukrainą, daleko poza granicami Unii Europejskiej.

Tuż przed rezygnacją Tony’ego Blaira ze stanowiska premiera Wielkiej Brytanii odbyłem z nim rozmowę. Zapytałem go między innymi o największą zmianę, jakiej doświadczył w czasie swojego dziesięcioletniego urzędowania. Odpowiedź była zaskakująca: „Kiedy zostałem premierem – powiedział Blair – wydawało mi się, że mam wpływ na około 70 procent spraw, które dzieją się w Wielkiej Brytanii. Teraz myślę, że mam bezpośredni wpływ tylko na około 40 procent z nich”. Na przykład to, co robimy w Wielkiej Brytanii w celu ograniczenia emisji dwutlenku węgla, jest zupełnie nieistotne w porównaniu z tym, co uczynią Stany Zjednoczone, Indie i Chiny. Niczego w tej dziedzinie nie osiągniemy bez zaangażowania się w globalną dyplomację.

Żyjemy dziś w świecie, którego kształt wyznacza w coraz większym stopniu wzrost znaczenia potęg pozaeuropejskich. Chodzi w szczególności o Chiny, ale także o Indie i Rosję. Już od jakiegoś czasu zmniejsza się rzeczywiste znaczenie nawet największych europejskich państw, i tak też będzie w przyszłości. Jeżelibyśmy więc chcieli mieć jakikolwiek wpływ na sytuację na świecie, powinniśmy połączyć nasze siły.

W tym miejscu mogę powrócić do tego, o czym mówiłem w odniesieniu do roku 1989. Efektem wydarzeń, które rozegrały się wtedy, było wyważenie drzwi dla zjawiska, które określamy mianem globalizacji finansowej i gospodarczej. Dzięki temu, że zakończyła się zimna wojna, dzięki wprowadzeniu w życie porozumienia waszyngtońskiego oraz za sprawą włączenia do procesu globalizacji Chin i Indii setki milionów ludzi udało się wyrwać ze strefy biedy. Właśnie Chiny łączą w sposób szczególny wszystko, o czym mówię. 4 czerwca 1989 odbyły się wybory w Polsce, ale doszło też do masakry na placu Tiananmen. Nigdy nie zapomnę chwili, w której szedłem do biura „Gazety Wyborczej” w Warszawie, przekonany o zwycięstwie w wyborach Solidarności, kiedy na ekranie telewizora zobaczyłem pierwsze zdjęcia masakry na Tiananmen. Ludzie, których wywożono wtedy z placu, wyglądali dokładnie jak zabici w Gdańsku w 1970 roku. Wtedy Chiny i Europa zaczęły się poruszać w innych kierunkach. „Duch Tiananmen” towarzyszył nam przez cały ten rok cudów w Europie Środkowej. To, co później wydarzyło się w Chinach, oznaczało, że tamtejsze kierownictwo komunistyczne całkiem świadomie i celowo odrobiło lekcję z upadku komunizmu w Europie Środkowej i w Związku Radzieckim, a także lekcję z placu Tiananmen. System, który mamy teraz w Chinach, jest świadomym produktem powstałym po odrobieniu tamtych lekcji z 1989 roku – lekcji polskiego i chińskiego 4 czerwca. W chińskim systemie roi się od oczywistych sprzeczności i napięć, jednak byłoby nierozsądnie uważać, że w jakiejś bliskiej perspektywie system ten upadnie w sposób podobny do tego, w jaki upadł komunizm w Europie Środkowej i Wschodniej oraz w Związku Radzieckim.

Wyjąwszy zatem argumenty odnoszące się do samej historii, podstawową odpowiedź na pytanie: „dlaczego Europa jest nam potrzebna?”, przynosi analiza obecnej sytuacji w świecie – połączenie stojących przed nami wszystkimi wyzwań z nowym obliczem polityki globalnej i wielobiegunowego świata, coraz bardziej zdominowanego przez potęgi pozaeuropejskie. Na koniec chciałbym zabrać głos nie tylko jako analityk, ale również jako spectateur en gag. Uważam, że jeżeli chcemy w świecie bronić naszych podstawowych interesów narodowych oraz jednostkowych, potrzebujemy wspólnej europejskiej polityki zagranicznej. Żadne państwo w Europie nie ma mocy, która wystarczyłaby do tego, by pojedynczo wpływać na losy świata. Dlatego też jest nam potrzebny traktat lizboński, aby stworzyć instytucje konieczne do prowadzenia skutecznej polityki. Budowa europejskiej polityki zagranicznej musi polegać na zdefiniowaniu naszych europejskich interesów, określeniu instrumentów, którymi dysponujemy do realizacji takiej polityki, oraz na refleksji nad naszymi wspólnymi wartościami, które wskażą, w jaki sposób wolno nam korzystać z owych instrumentów w celu realizowania naszych interesów.

Konieczna jest również wola polityczna. Nawet dysponując najlepszymi instytucjami na świecie, nie będziemy w stanie stworzyć wspólnej polityki zagranicznej, jeżeli nie powstanie strategiczna koalicja najważniejszych państw członkowskich Unii Europejskiej, która przekona inne państwa do potrzeby posiadania takiej wspólnej polityki. Nawet jeśli Niemcy, Francja i Wielka Brytania połączą w tym celu swoje siły, to i tak to nie wystarczy. Potrzeba do tego innych krajów. Polska jest w tej chwili członkiem G-6 – grupy sześciu najważniejszych państw Unii Europejskiej. Potrzebujemy was, waszego przywiązania do wolności i idei euroatlantyckiej.

Pozwólcie mi w tym miejscu zauważyć, że nasze problemy w tej kwestii różnią się nieco od siebie. W Wielkiej Brytanii mamy bowiem do czynienia z dość szeroką debatą na temat innych regionów świata, naszym problemem jest Europa. Z tego, co obserwuję w Polsce, wasze zrozumienie spraw europejskich jest całkiem dobre – ale obyczaj myślenia o innych częściach świata nie jest jeszcze tak powszechny i wyrobiony. Bardzo dobrze się stało, że Polska zaproponowała Unii projekt Partnerstwa Wschodniego oraz że zwraca uwagę na przykład na kwestie związane z bezpieczeństwem energetycznym. Jednak prawdziwy egzamin przychodzi wtedy, gdy trzeba się zaangażować w sprawy, w których dany kraj nie odnajduje na razie swojego bezpośredniego interesu.

Możecie powiedzieć: wiemy, że w Pakistanie trwa kryzys – co nam jednak do tego? Ilu ludzi pochodzących z Pakistanu żyje w Polsce? Problem w tym, że w Wielkiej Brytanii moglibyśmy równie dobrze powiedzieć to samo o Ukrainie. Jeśli decydujemy się na tworzenie europejskiej polityki zagranicznej, musimy zacząć się angażować nie tylko w sprawy, które dotyczą nas bezpośrednio, ale również w takie, które są ważne dla naszych europejskich partnerów.

Kończąc, wrócę do tego, co powiedziałem na początku o roku 1979. Istnieje w filozofii nowa, bardzo umowna koncepcja „normatywnej mocy warunków zastanych” (die normative Kraft des Faktischen), czyli tendencja do uznawania środowiska, w którym żyjemy, za normalne i takie, które wskazuje nam normy. Zgodnie z nią ludzie, którzy wyrośli w środowisku przestępczym, uznają je za swoje, uznają, że morderstwo lub kradzież mieszczą się w ich normach. Trzydzieści lat temu ludzie w Polsce, którzy mieli odwagę przeciwstawić się większości, udowodnili, że tę zasadę można złamać – nie tylko dlatego, że otrzymali normy i zasady z zewnątrz: od Jana Pawła II czy z Aktu Końcowego KBWE – ale również dlatego, iż mieli wizję tego, że może być inaczej, że pewne rzeczy mogą być możliwe, nawet jeżeli zdarzą się dopiero za 20 czy 30 lat – że może być inna Polska. Oczywiście, nie możemy przewidzieć przyszłości. Historia jest pełna niespodzianek i nikt nie jest nimi zwykle bardziej zaskoczony niż sami historycy. Ale nasza strategia postępowania polega na formułowaniu pewnych odnoszących się do przyszłości przypuszczeń – nawet jeżeli potem okażą się nieprawdziwe – które łamią ową normatywną moc zastanych warunków. Chciałbym powiedzieć na zakończenie, że o ile w 1979 roku trudnym do wyobrażenia skokiem było wyzwolenie Europy, a w 1989 roku jej pełne zjednoczenie, to dziś, w roku 2009, takim skokiem powinna być mobilizacja i wewnętrzna koncentracja Europy na tym, by mówiła silnym wspólnym głosem w oraz mniej europejskim świecie. W świecie, w którym Europejczycy i Zachód jako całość nie będą już dłużej kontrolować porządku zdarzeń i który będzie tak wyglądał w perspektywie najbliższych 30 lat. Już dzisiaj powinniśmy rozpocząć przygotowania do roku 2039.

 

TIMOTHY GARTON ASH

tłum. Marcin Żyła
źródło: Miesięcznik „Znak” nr 650–651, lipiec–sierpień 2009



[1] Obszerne fragmenty wykładu pod tytułem Triumph to crisis? Europe 1989–2009 wygłoszonego w Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego 15 maja 2009 roku w ramach obrad Polsko-Brytyjskiego Okrągłego Stołu. Skróty pochodzą od redakcji.

 


 

TIMOTHY GARTON ASH, brytyjski historyk i publicysta, prof. w Uniwersytecie Oksfordzkim, od 30 lat opisuje przemiany w Europie Środkowej.

Strony: « Poprzednia 1 2