Z antropologiem kultury, prof. Aleksandrem Jackowskim rozmawiają Adam Dobrzyński OP i Wojciech Dudzik OP

Chcecie rozmawiać o pobożności ludowej? To znaczy o czym? O tym co było, czy o tym, co z tego pozostało dzisiaj?

Może zaczniemy po prostu od tego, czym jest pobożność ludowa?

Pobożność ludowa jest pobożnością powszechną, ale płytką, pobożnością chodzenia do kościoła, przynoszenia wieńców, kwiatów. Jest w niej dużo elementów zewnętrznych po to, żeby ludzi przyciągnąć. Obraz bywa ważniejszy od idei, tak np. uważa się, że “nasza” Matka Boska jest lepsza od “ich”, bo robi więcej cudów. W takiej pobożności mało jest miejsca na głębokie życie duchowe człowieka. Dlatego bym się nie smucił, gdyby pobożność ludowa przeszła do historii. Życie człowieka powinno być życiem nastawionym na wartości duchowe. I powinna być to coraz głębsza więź.

Dawniej, odrzucało mnie to, co robił Prymas Wyszyński, wzmacniając religijność ludową. Potem, gdy się okazało, że wtedy był to bardzo silny argument przeciwko komunizmowi, przyznałem, że nie miałem racji. Siła tej pobożności odróżniała nas od innych krajów podległych dominacji rosyjskiej. Religijność ludowa, te wszystkie historie, które wtedy mnie denerwowały, jak na przykład wędrówki Obrazu Matki Boskiej i tym podobne rzeczy, pozwoliły wówczas ocalić prawdziwe wartości. Ale sądzę, że dzisiaj pobożność ludowa nie ma większego uzasadnienia.

Panie profesorze, spróbujmy wyjść jednak szerzej. Profesora irytuje pobożność ludowa, która istniej obok pobożności innej - nazwijmy ją - “wysoką”, “elitarną”. Ale przecież tak samo można powiedzieć, że mamy sztukę wysoką, tworzoną przez zawodowych artystów i którą jest w stanie zrozumieć niewiele osób, oraz sztukę ludową, mniej wymagającą, dla większości. I czy, analogicznie, owa sztuka ludowa, taka nieprofesjonalna, naiwna, czasami zniekształcająca wartości, które chce przekazać, nie powinna irytować odbiorców sztuki wysokiej. A przecież wiemy, że często bywa wprost przeciwnie. Nierzadko z tej właśnie sztuki, ludowej, naiwnej, profesjonaliści czerpią (czy też czerpali) inspiracje. Tak samo może być z pobożnością ludową. Choć niedoskonale, niewątpliwie odzwierciedla ona pewne emocje człowieka związane z wartościami, które niesie. A my jako “ludzie Kościoła”, wiemy również, że nierzadko jest w niej zawarta także autentyczna pobożność, prawdziwe wartości religijne. Innym z kolei tematem jest, że te dwie rzeczy często się łączą: pobożność ludowa i sztuka ludowa.

To prawda. Ona rzeczywiście odzwierciedla, jest obrazem pobożności bardzo wielu ludzi. Jeżeli jednak tutaj mówię o tym, że chciałbym większego uduchowienia, to mówię to w tym sensie, że oczekuję większego pogłębienia tych rzeczy. Gdyż widzę, jak u wielu ludzi pobożność bywa bardzo płytka. Weźmy choćby przykład artystów ludowych, z których znałem przecież wielu. Nierzadko obserwowałem, że niektórzy byli niesłychanie pobożni, chodzący w niedzielę na mszę z książeczką, ze wszystkim innymi akcesoriami, a jednocześnie okrutni dla swej rodzimy, okrutni dla żony, okrutni dla dzieci. Nie łączyli jednego z drugim. Dlatego mówię o tym, że rzeczą niezmiernie ważną jest, żeby życie religijne było życiem głębokim, życiem, które człowieka organizuje, które stanowi jakiś podstawowy punkt wyjścia dla człowieka.

Wydaję mi się, że teraz rzeczą niesłychanie ważną jest zastanowienie się nad relacją: kapłan - wierny. Pytanie, co zrobić, żeby te dwadzieścia parę tysięcy kapłanów w Polsce miało rzeczywiście kwalifikacje, które pozwalają im z innymi ludźmi obcować, ludzi kształtować? Przecież odchodzenie od religii jest związane, jak to ktoś mądrze powiedział, mniej przez “Dzieła” Lenina i “Kapitał” Marksa, a bardziej przez niedobrych proboszczów.

Czyli tak naprawdę to rysuje się nam tutaj opozycja nie: pobożność ludowa – pobożność dobrze ugruntowana teologicznie; ale: pobożność płytka, często nie mająca kontaktu z życiem a pobożność, która przenika każdy aspekt codziennego życia, która...

...która powinna być, niezależnie od tego, czy ona jest ona ludowa, czy nie. Na początku należy jednak przypomnieć, że kultura religijna ludu, obrzędowość, zwyczaje i wszystko inne, co się z tym wiąże, zostały nałożone na istniejące przed tym tradycje pogańskie. Katolicyzm przejął wiele dat, jak na przykład okresy przesilenia, czy inne święta pogańskie przemienił w katolickie. Wciąż istnieje święto kupały, wozi się koguta, jajka wielkanocne, te symbole płodności. Wciąż żywy jest kult świętych źródełek. Kapliczki, a nawet kościoły budowano na wzgórzach, w miejscach eksponowanych, tam gdzie dawniej stały pogańskie chramy. Jeszcze do niedawna czczono w Puszczy Knyszyńskiej święte drzewa, już zamarłe, a święte dla ludzi. Do teraz na drzewach wiesza się szmatki, symbolizujące prośby. Pogaństwo zapewne wywarło wpływ na tak silne umiłowanie przyrody, na świąteczność naszej wsi. Natomiast na osobowość, tożsamość parafii duży wpływ wywarła identyfikacja z miejscem, odrębność stroju, poczucie tego, że to “my” - a tamci to “inni”. To przetrwało do dziś, ponieważ tak bardzo “ludzkie”, naturalne jest hierarchizowanie tego, co lepsze i co gorsze. To widać też u kibiców piłkarskich Wisły i Cracovii, czy Widzewa i Legii.

Wracając jednak do naszego tematu. Ludowość jest formą. Formą dawną, która już jest przeszłością. Z tym, że my sobie to wszystko często też dzisiaj inaczej wyobrażamy, niż to było faktycznie. My widzimy ją tylko jako ludowość kolorową, świętującą, roześmianą. Natomiast trzeba pamiętać, że ta ludowość, to była ludowość nędzy. Czym był Frasobliwy? Dlaczego tak się przyjął w Polsce? Ano dlatego, że o Frasobliwym chłopi mówili - oczywiście to było takie chłopskie gadanie - że Chrystus zszedł na ziemię polską po to, żeby pocieszyć i wzmocnić los tego biednego Polaka. To był Chrystus frasobliwy, który się lituje nad biednymi ludźmi. W kapliczkach, które zdobiły rzeźby Frasobliwego, ludzie się modlili. Były to miejsca, w których się mówiło wszystko to, co jest najważniejsze. Człowiek mówił o Matce Boskiej tak, jak się mówi do swojej własnej matki. Wiele razy, jak rozmawiałem z żyjącymi jeszcze artystami ludowymi, czy obok tych ludowych, widziałem, że gdy oni myśleli o Matce Boskiej, to myśleli o Niej w ten sposób, jak myśli się o kimś najbliższym, kimś, kto jest w stanie zrozumieć mój los, moją dolę, moje nieszczęścia, do kogo się mogę zwrócić. W religijności ludowej olbrzymią rolę odgrywali też święci. Każdy miał przecież swego świętego patrona, którego imię mu dano. Było się emocjonalnie związanym z wizerunkiem Świętej Osoby. Z “naszą” Matką Boską, naszym Krucyfiksem, na którym wisiał Jezus ukrzyżowanym za nasze grzechy. Częsta także była wiara w to, że Święta Rodzina żyła w Polsce, chodziła po naszej ziemi, że to w Polsce było Betlejem. Przecież i teraz w szopkach wśród orszaku pasterzy są Żydzi, górale, krakowiacy. Poziom wiary nie był głęboki, zresztą księża nie pozwalali czytać Pisma Świętego, zwłaszcza Starego Testamentu w obawie przed herezjami. Dla tych ludzi Kościół był wspólnotą. Bóg był wszędzie. Kwiaty miały nazwy wywodzone od świętych, święte były źródełka. Sądzę, że religia ludowa mogłaby zostać uznana przez ekologów za ich własną, ponieważ kult Boga to był też kult Jego darów, zboża, bydła. Jeszcze teraz święta zbiorów są podniosłą uroczystością; jeszcze do niedawna święciło się pierwsze ziarna rzucane w ziemie. Świat Boski i ludzki jednoczyły się w modlitwie, w śpiewie, w wierze, że wszędzie czuwa nad nimi Oko Boże. Cechą ludowej religijności była jej powszedniość. Wszyscy byli w niedzielę w kościele, gromadzili się na Nabożeństwach Majowych, wszyscy stanowili wspólnotę, podkreślaną strojem, a widoczną w procesjach, w pielgrzymkach.

To była sprawa związana z tą religijnością, z tymi kapliczkami, rzeźbami, obrazami. Z wiarą związana też była sztuka ludowa świąteczna. W kulturze ludowej była bowiem z jednej strony bieda, ciężka praca, która trwała przez cały tydzień, praca, która też była, w jakimś sensie pracą z poczuciem religijności, z poczuciem tego, że jest to powołanie, powinność człowieka. A z drugiej strony było święto, odświętność, która pozwalała na to, żeby oderwać się od tego trudu i żeby mieć czas wypoczynku. Jednocześnie to był czas modlitwy, kiedy się chodziło do kościoła. Oczywiście różnie, zależy w jakim okresie. W tym, który ja znam - a w tej chwili mam dopiero 85 lat, w kościele były zwłaszcza starsze kobiety, zresztą młode dziewczyny też. Ale nie mężczyźni. Młodzi chłopcy przyjeżdżali w niedzielę, na koniach, potem rowerami, motocyklami, ale po to, by paradować przed kościołem. No i czekali i na te dziewczyny. Kościół był miejscem, wokół którego, i w którym coś się działo. Chłopak poznawał dziewczynę. Brał z nią w kościele ślub A potem dokąd szedł chłopak? Do knajpy. To były dwie instytucje, które we wsi wszędzie były najistotniejsze. Tu był kościół, a tam była knajpa, czyli miejsce gdzie można było się spotkać, porozmawiać. Nierzadko ta rozmowa była, powiedzmy, troszkę pokrwawiona, często wylatywano przez okna.

Strony: 1 2 3 4 Następna »