Specyfiką bolesnej polsko-żydowskiej (choć nie lubię tego określenia – przecież Żydzi byli Polakami?) historii jest to, że nie można krytykować polityki Izraela. To znaczy, nie jest to zabronione, ale krytykujacy musi się liczyc z tym, że zostanie okrzykniety antysemitą, choć może się zdarzyć, że tak naprawdę jest filosemitą (ja się zaliczam do tej kategorii), tyle, że nie podoba mu się mocno parę rzeczy, jakie państwo Izrael robi Palestyńczykom. Nie podoba mu się także wiele rzeczy, jakie niektórzy Palestyńczycy robią lub chcą robić Izraelczykom.

 

(Jak to trafnie ujął francuski reporter wojenny, Jean Hatzfeld, zapytany o swoje sympatie polityczne: „Kiedy samoloty bombardują Palestyńczyków, to jesteś za Palestyńczykami, a kiedy wylatują w powietrze kawiarnie w Hajfie, współczujesz Izraelczykom.” To podsumowuje moje powyższe dywagacje)

 

Dlatego takie rozmowy przeprowadza się w kuluarach. Może mamy jakieś wyrzuty sumienia, jako Europejczycy? Wobec Żydów? Że kto nic nie robi w obliczu zła, ten się do zła przykłada?

 

Nie będę wnikać w to, czy to słuszne, czy nie, bo nie o tym jest ten tekst. Napiszę parę słów o izraelskim do bólu, rozkochanym w swojej ojczyźnie syjoniście, Amosie Ozie, który w krótkiej, a bardzo ważnej książce „Help us to divorce, Israel and Palestine: Between Right and Right” z 2004 (wydawnictwo Vintage) kładzie kawę na ławę: konflikt palestńsko-izraelski jest, dla niego, konfliktem między jedną stroną, która ma uzasadnione prawa do ziemi a drugą stroną, która ma nie mniej uzasadnione prawa do tej samej ziemi. I tyle. Przy czym i jedna i druga strona nie mają szczęścia do liderów, zatem utknęły w impasie..więcej..>>


27/04/2011 @ 20:06