„NIE POSTĄPIŁEM POZA KSIĘGĘ HIOBA

Niemożliwe, żeby ludzie tak cierpieli, kiedy Bóg jest na niebie i koło mnie. /Czesław Miłosz , Wysokie tarasy/

Ja też nie rozumiem, ale co poradzę. /Czesław Miłosz , W parafii /

 

Jarosław Gowin w filmie o księdzu Józefie Tischerze ‘Życie w opowieściach’ tak wspominał swoje ostatnie z nim spotkanie: On już wtedy umierał, bardzo cierpiał. (...) Rozmawialiśmy o różnych sprawach, on od czasu do czasu pisał coś na karteczce, bo już w ogóle nie mówił, ale stopniowo zaczynaliśmy mieć poczucie, że robi się nam coraz bardziej nieswojo. Ta rozmowa była coraz bardziej obok niego. I nagle z takim wysiłkiem zaczął coś szeptać, patrząc na mnie bardzo intensywnie. Długo nie mogłem odczytać z ruchu warg, co to za słowo. Wreszcie za którymś razem zrozumiałem, że to są słowa: ‘Nie uszlachetnia’. To było nawiązanie do którejś z naszych rozmów o tym, czy cierpienie uszlachetnia człowieka (...). ‘Nie uszlachetnia’. Takie było jego ostatnie, bardzo gorzkie, Hiobowe doświadczenie.


Najuczciwszą postawą wobec cierpienia jest zamilknąć. Co wiem o ogromie ludzkiego bólu? Jakie mam prawo tłumaczyć doświadczenie, które nie jest moim? A przynajmniej – dopóki nie stanie się moim? Wiedzieć i doświadczyć – to przecież nie to samo. Nawet kiedy doświadczam, to mogę mówić tylko o tym, co moje; do uogólnień nie mam prawa. Ale istnieje głęboki związek pomiędzy jednostkowym, nieprzetłumaczalnym na wspólny język doświadczeniem cierpienia i ponawianym przez każdego cierpiącego, uniwersalnym pytaniem – dlaczego? I - po co? Pytaniem o przyczynę i cel cierpienia, czyli o sens. Nie idzie tu o łamigłówkę intelektualną (wie o tym każdy, kto został doświadczony). Idzie o wybór, tym trudniejszy, im cierpienie większe i trudniejsze do wytłumaczenia; idzie o uwolnienie od absurdu.

 

(No tak, ale czy koniecznie trzeba o tym przypominać? Może lepiej uczciwie się krzątać, nie dopuszczając trwogi do świadomości, żyć w świecie ‘bez podejrzeń’, ‘to znaczy całkowicie nowoczesnym’. ...tylko że kiedyś musi przyjść przebudzenie. Więc żeby mieć wtedy odwagę i nie uciec.)

 

„Dlaczego nie przyznać, że nie postąpiłem w mojej religijności poza ‘Księgę Hioba’?” – pyta Miłosz w ‘Traktacie teologicznym’. Czyli poza pytanie „dlaczego”. Dlaczego cierpienie? Śmierć? Dlaczego ja? Bo przecież niemożliwe, żeby decydował przypadek, żeby to od niczego nie zależało. Dlaczego cierpię, skoro jestem niewinny? – pyta Hiob. Przecież Bóg, wierzy na początku Hiob, daje znaki swej obecności: upomina, kiedy grzeszysz, obdarza powodzeniem, gdyś święty... Ale Hiob nie popełnił grzechu i jest tego świadomy; czyżby stał się zabawką, zakładnikiem Boga? Przecież Bóg nie musi siebie samego przekonywać o heroiczności i prawości Hioba (jest wszak wszechwiedzący); czy możliwe, żeby przekonywał szatana? Zaraz, zaraz – jakim kosztem? Udowodnić diabłu, że miało się rację, a niech Hiob zapłaci?... Niech zapłacą jego dzieci? ... Nie, gdyby Bóg się Hiobem bawił, nie byłby Bogiem. Gdyby Bóg się bawił tobą. Gdyby bawił się twoim dzieckiem. Hiob nie może być argumentem, jakim Bóg przekonywałby szatana, że istnieją święci – człowiek nie może być instrumentem dla kogokolwiek, niczyjego cierpienia nie wolno tłumaczyć korzyścią kogo innego, choćby najszlachetniejszą (ileż trzeba pychy, żeby powiedzieć: choroba dziecka niech będzie waszym nawróceniem...) A jednak pytanie o sens uparcie powraca. Komu potrzebne są nędza, śmierć dzieci i trąd Hioba? Bogu nie. Szatanowi, który co prawda przekona się o świętości Hioba, też nie; bo Bóg nie mógłby przekonać go kosztem ludzkiego cierpienia. A jeśli los Hioba dał jemu samemu szansę sprawdzenia, kim jest, był dla niego ‘próbą ognia’? ‘Nie zdradziłem’, mówi Hiob, a w dowód całkowitego, nadludzkiego zaufania zwraca się do Boga, żeby rozstrzygnął ‘spór człowieka z Bogiem jak gdyby człowieka z człowiekiem’ – czyni z Boga, który jest stroną w sporze, sędziego - i wie, że Bóg go nie oszuka. Czyli wysokość poprzeczki miałaby świadczyć o wielkości człowieka? Cierpienie jako szansa świętości? Uszlachetnia???

 

A co z tymi, którzy niewinni i nieświadomi? A skoro nieświadomi, to niewinni? A co z dziećmi?

Jak to możliwe, żeby ‘patrzył na miliardokrotny ból’? Oczywiście, ból, którym karano tych niewinnych, zawsze wydawał się im tym, czym był w istocie, to znaczy zjawiskiem gorszącym. Ale dotychczas gorszyli się przynajmniej w sposób abstrakcyjny, ponieważ nigdy nie oglądali twarzą w twarz, tak długo, agonii niewinnego. (...) Kiedy płomienna fala dosięgnęła je znowu (...) i uniosła nieco, dziecko skurczyło się, cofnęło w głąb łóżka w trwodze przed płomieniem, który je palił, i wstrząsnęło obłędnie głową, odrzucając przykrycie. Wielkie łzy trysnęły spod rozpalonych powiek i zaczęły spływać po ołowianej twarzy, i pod koniec ataku, wyczerpane, kurcząc kościste nogi i ręce, których ciało rozpłynęło się w czterdzieści osiem godzin, przybrało na spustoszonym łóżku pozę groteskowego krucyfiksu. /A. Camus, Dżuma/

Strony: 1 2 3 Następna »