Małymi furtkami – o antropologii międzykulturowej i edukacji europejskiej opowiada profesor Joanna Nowicki w rozmowie z Tomaszem Ponikło.

 

Uczestnicząc w Pani zajęciach z antropologii międzykulturowej, odnoszę wrażenie że fundament w Pani pracy stanowi filozofia dialogu. Zgadza się?

Tak. To nie przypadek, że zajęłam się analizą kultur nie w aspekcie socjologicznym czy komparatystycznym. Zawsze najbardziej interesowało mnie, o czym ludzie rozmawiają. Wyrażając się poprzez kultury, co zrobić, żeby były one narzędziem porozumienia a nie pretekstem do tworzenia nacjonalizmów, konfliktów albo przemocy psychologicznej.

Zasadnicza jest dla mnie myśl Józefa Tischnera. To ktoś, kto przeżył doświadczenia totalitaryzmów, kto doskonale wyczuwał czym jest przemoc. Był zakotwiczony w rzeczywistości, a nie tylko w abstrakcyjnej myśli filozoficznej, co często widzę u moich kolegów filozofów na Zachodzie. Co jest mi bliskie w myśli Tischnera: jego lekcją jest żywy człowiek. Teorie teoriami, ale w ostateczności oceniamy – jeśli ewentualnie ocenić musimy – żywego człowieka w konkretnym kontekście.

Właśnie to mnie interesuje na styku kultur. Nie pisanie teorii kultur, ale zobaczenie w jakim sensie te abstrakcyjne rozważania pomagają w rozumieniu nas samych, po to, żeby zaakceptować innych. Zainteresowało mnie również w nauce (w sensie scence) księdza Tischnera równoczesne uwrażliwienie na subiektywizm, na wolę każdego człowieka do pokazania się takim, jakim jest – to humorystyczne stwierdzenie „świnta prawda, gówno prawda i tyz prawda” to przypomnienie, że potrzeba nam trochę relatywizmu, żeby wyjść ze swojego punktu widzenia i dotrzeć do punktu widzenia innego człowieka. Ale nie wszystko jest „gówno prawda”. Myślę, że to jest siła doświadczenia księdza Tischnera: naraz poszukiwanie prawdy i świadomość, że jesteśmy wszyscy uwarunkowani tym, co przeżywamy i tym, kim jesteśmy. I wyrwać się z tego całkowicie nie potrafimy.

Czyli to będzie Pani metoda: zajmować się tym, co rzeczywiście dzieje się między żywymi ludźmi. Ale między ludźmi na „styku kultur”.

Tak. To są moje zainteresowania. Oczywiście najbardziej zajmuje mnie styk Wschód-Zachód Europy. Głównie Europa Środkowa i Zachodnia. Właśnie na tym styku padamy ofiarami dziedzictwa intelektualnego zimnej wojny i wiążących się z nią przesądów - głównie politycznych, ale też dotyczących naszego (nie wspólnego!) doświadczenia.

Pracuję na uniwersytecie, więc moim głównym polem obserwacji jest inteligencja. Nie mogę powiedzieć, żebym znała dobrze inne środowiska. Kiedy obserwuję środowiska inteligencji Polski i Francji, widzę niezliczoną liczbę nieporozumień, które wynikają z tego, co nazwałabym intelektualnymi przesądami. Bardzo mnie interesuje analiza stereotypów powielanych często przez osoby skądinąd wykształcone. Są one silnie zakotwiczone w obu krajach. I sprawiają, że obustronne zrozumienie jest bardzo trudne. Wyeliminowanie ich wymaga czasu i bardzo dużej otwartości – wymaga czegoś jeszcze, co jest trudne dla obu inteligencji: zrezygnowania z własnych piórek.

Te „pawie piórka” widzę przybierane przez kolegów na uniwersytecie z powodu posiadanej wiedzy, tytułów, tego, co się sobą reprezentuje w społeczeństwie. Tak długo, jak głównie tym się człowiek kieruje w pracy intelektualnej, do niczego ciekawego się nie dotrze. Wizyta księdza Tischnera na moim uniwersytecie była dla mnie wielką lekcją pokory. Nie wystarczy dobra wola, uprzejmość, chęć zaproszenia kolegi z innego uniwersytetu – a to była moja głęboka satysfakcja, że gościliśmy go przez miesiąc. Odnosiłam wrażenie, że tylko jedna dziesiąta jego osobowości dotarła do moich kolegów. Barierą absolutnie nie był język. Ksiądz Tischner władał biegle francuskim. To też przesąd, że wystarczy mówić w danym języku, żeby dotrzeć do słuchaczy. Nieprawda, myślę że nie dotarł. To była myśl tak inna od tego, do czego przyzwyczaili się filozofujący Francuzi i tak niewiele wiedzieli o kontekście, z jakiego ta myśl wychodziła, że w gruncie rzeczy skończyło się na powierzchownym wyrażeniu uznania i sympatii. Ale ta myśl nie została zgłębiona.

Czyli styk kultur w Pani przypadku oznacza styk Wschód-Zachód Europy. Na pewno warto dopowiedzieć kontekst Pani myśli. Ma Pani głębokie doświadczenie bycia na tym styku. I to nie tylko na poziomie uniwersytetów, ale codziennego życia.

Oczywiście. Jestem wcieleniem takiego problemu. Dokładnie w tym roku obchodzę pewną rocznicę: połowę życia spędziłam w Polsce a drugą połowę we Francji. Moja babka była urodzona we Francji i wychowana przez francuską matkę i ojca Polaka. Wpojono mi kulturę francuską w polskim domu. Ale nie podróżowałam, więc nie mogę powiedzieć, żebym była osobą wychowaną we francuskiej kulturze w Polsce. Tak było w przypadku pewnego pisarza rosyjskiego. Andrei Makine dostał nagrodę Goncourtów za powieść „Francuski testament” (Testament français). Napisał ją bezpośrednio po francusku i dostał najwyższą nagrodę literacką we Francji, żyjąc na Syberii. To nie mój przypadek, choć w jego książce odnajduję sporo własnych doświadczeń.

Wychowałam się w frankofilskim domu, ale w absolutnie polskiej rzeczywistości. Wybrałam studia nad kulturą francuską, romanistykę, prawdopodobnie spontanicznie dążąc do kontaktu z tą kulturą, która była obecna w moim domu. Teraz - żyjąc we Francji, ale dużo pracując na polskich uczelniach - można powiedzieć, że jestem człowiekiem pogranicza, o którym napisałam habilitację. Tytuł brzmi „Człowiek pogranicza. Esej o antropologii międzykulturowej”. To próba nadania wymiaru teoretycznego doświadczeniu życia nie tyle na styku kultur, ile w dwóch kulturach. A to bardzo duża różnica. To nie życie na granicy kultur - bo można powiedzieć, że na styku to nigdzie. A ja mam poczucie, że głęboko jestem zakorzeniona i w jednej i w drugiej. Kiedy dzieje się coś ważnego we Francji i w Polsce to reaguję prawdopodobnie z takim samym zainteresowaniem i już dziś być może z podobną dozą emocji.

Zastanawiałam się nad tym wychodząc od kwestii językowych, ale to pierwszy krok. Claude Hagège - teoretyk dwujęzyczności - powiedział jasno: dwujęzyczność to nie perfekcyjna znajomość dwóch języków. Dwujęzyczność to mentalne życie w dwóch kulturach i odgrywanie pewnej roli w obu społeczeństwach. W myśl tej definicji jest bardzo mało osób dwujęzycznych. Myślę, że to wielka szansa współczesnego świata, która została niektórym dana. Jeżeli ma się tę szansę, to można sobie pozwolić na głębszą analizę niż tylko na spoglądanie na innych z zewnątrz. Ja sobie pozwalam na krytyczne spojrzenie na jedną i drugą kulturę - ale bez rozdrapywania ran z powodu życia na wygnaniu. Gombrowicz, choć jest mi bardzo bliski, sprawia na mnie wrażenie człowieka pozbawionego ojczyzny. Szuka jej, ale nie odnajduje. Stąd stworzył teorię, że ojczyzną jest spotkanie spojrzenia zakochanych: ojczyzna tworzy się tam, gdzie młodzi chłopak i dziewczyna spotykają się spojrzeniem. To bardzo romantyczne stwierdzenie, ale oznacza de facto ból braku ojczyzny.

Strony: 1 2 3 Następna »