• fot. J. Bocheńska
    fot. J. Bocheńska

PKK

Zetknęłam się tu ponownie z nieco mniej świetlaną twarzą PKK - kurdyjskiej partyzantki. Spotkałam się z Nihatem, który rok temu z uśmiechem od ucha do ucha pokazywał mi siedzibę Stowarzyszenia Echmede Chaniego i opowiadał o swojej działalności i planach na przyszłość. Teraz, gdy się spotkaliśmy wzrok miał posępny, a głos ściszony, prawie ledwie słyszalny. Przemknęliśmy do znajomej kafejki internetowej, w której wyznał mi, że Stowarzyszenie już nie istnieje, gdyż pojawiły się problemy. Otóż, kiedy z więzienia wyszła jego dziewczyna, oboje postanowili się pobrać (odsiadywali wyrok za działalność w PKK, tylko on wyszedł wcześniej i jak mi rok temu wyznawał opuścił też szeregi Partii). A jak już się pobrali, to zakomunikowano mu, że człowiek żonaty nie może kierować Stowarzyszeniem. A że nikt inny się do roli kierownika nie kwapił to Stowarzyszenie się rozpadło. Na moje pytanie, o to, kto mu zakomunikował taką dziwną informację, władze, czy żołnierze odpowiedział, że zabroniła mu Partia, czyli PKK.

Powód był błahy, nawiązywał do ideologii ugrupowania, która w żelazny sposób zabraniała związków męsko-damskich. W rzeczywistości stanowił raczej pretekst, nie wykluczam również, że Nihat nie opowiedział mi całej prawdy.
Tak czy siak możliwa do uzyskania niezależność takiego Stowarzyszenia nie mogła być przez Partię tolerowana. A jeśli czytać to wedle interpretacji pt.: „PKK jest narzędziem w ręku tureckiej armii”, można przypuszczać, że chodziło o ograniczenie rozwoju kultury, który wiązałby się z uzyskaniem przez mieszkańców świadomości własnej bogatej przeszłości i otwarciem tego regionu na świat zewnętrzny. W zeszłym roku z dość dużym rozmachem zorganizowano tu Festiwal Ehmede Chaniego, który zwrócił na miasteczko uwagę zagranicy. Tego rodzaju zainteresowanie nie leży jednak w interesie ludzi pragnących sprawować nad tym rejonem kontrolę.

Nihat powiedział, że sprzeciwić się nie mógł. Z tonu jego głosu i spuszczonego spojrzenia wyczytać można było tylko jedno- strach. Potwierdza to dokładnie to, co słyszałam od przyjaciół w Diyarbakır – PKK, lub przynajmniej spora część tej organizacji, jest dziś w Kurdystanie siłą opresyjną, uzurpującą sobie monopol władzy w regionie, atakującą wszystkie inicjatywy, które nie pochodzą od niej. Wyraża pragnienie władzy, jest siłą autodestrukcyjną, takim społeczno-politycznym nowotworem.

Nie jest zatem najbardziej istotne, czy stoi za tym turecka armia czy nie. Nawet, jeśli stoi, to raczej jako „czynnik rakotwórczy”, który przecież nie zawsze implikuje chorobę. Jak mogę wywnioskować z różnych kurdyjskich opowieści i doniesień prasowych działanie tureckiego opresora polega głównie na umożliwianiu, prowokowaniu lub na odwrót na nie ingerowaniu i przede wszystkim używaniu skutków „międzykurdyjskich porachunków” do własnych celów. Tak naprawdę wszystko trzyma się na pragnieniu władzy, chęci kontrolowania wszystkiego i wszystkich.

Gorzej, że ciągłe wieszanie winy na tureckich władzach, które w myśl obiegowej opinii krwiożerczo pragną kurdyjskiej niedoli przesłania istotę problemu. Trudno zaprzeczyć, że w interesie polityki niektórych sił w Turcji (niekoniecznie należy od razu zaliczać do nich partię sprawującą obecnie w Turcji władzę, czyli AKP) na rękę jest istnienie PKK- brzydkiego kaczątka, winowajcy niedoli regionu i terrorysty, którego likwidacja powinna leżeć w interesie całego świata. Istnienie wewnętrznego wroga legitymuje działania i znaczenie armii, zapewnia poczucie „bycia potrzebnym” zwykłym szeregowym żołnierzom. Przy okazji można goniąc za terrorystą poszantażować trochę sąsiada z południa zwanego Północnym Irakiem, pod którą to nazwą kryje się nie uznawany Region Kurdystanu. Wpływ istnienia Kurdystanu irackiego na pozostałe części Kurdystanu jest bardzo duży i oznacza dla Kurdów przede wszystkim mobilizację do walki o swoje prawa w obrębie pozostałych trzech krajów.