• fot. J. Bocheńska
    fot. J. Bocheńska

Rozumienie tutejszego kurmandżi też sprawia mi kłopot lub mówiąc po prostu często raczej go nie rozumiem. Wynika to z faktu, że nie jest to język intelektualnych elit, ujednolicony i skodyfikowany (jakiego uczę się w dalekiej Polsce), ale mowa podlegająca tu fonetycznej odmianie zgodnie z tradycją regionu. Można by ją zapewne nazwać gwarą, gdyby nie fakt, że gwara stanowi tu normę, a płaszczyzną porozumienia ze światem zewnętrznym stał się turecki. Jego brzmienie wykazuje też pewne osobliwości, może nawet odrobinę zbliżone do języka azerskiego.

Mimo oficjalnej zgody na otwarcie kursów „języka nietureckiego” wydanej kilka lat temu przez władze Turcji, w Doğubayazıt nie ma kursów języka kurdyjskiego. Oficjalna zgoda nie koniecznie oznacza w tych stronach faktyczne przyzwolenie (częściej jest to demonstracja własnego ucywilizowania przed Zachodem), ale nie usprawiedliwia to również słabego zaangażowania w tę sprawę strony kurdyjskiej.

Cóż zresztą po kursie, jeśli język jest jego nosicielom znany, nie umieją w nim tylko czytać i pisać, nie wiedzą też, co w tym języku mogliby czytać. Wychodzące od kilkunastu lat publikacje w języku kurdyjskim nie należą raczej do szeroko dostępnych. A abstrahując od czytania, które przecież wyszło już z mody, to gdzie jeszcze mogliby znajomość tego języka wykorzystywać. Przecież oficjalna struktura państwa nie dopuszcza użycia w edukacji lub biurach języka innego niż turecki. Dlatego owa kurdyjska niechęć i słabe zaangażowanie mają w istocie swoje uzasadnienie. Czy nie jest jednak tak, że od czegoś trzeba by zacząć?


Oświecenie

Napotkałam również tureckich nauczycieli. Grupa młodych krzewicieli oświaty przysłanych do Doğubayazıt z zachodu Turcji wynajmuje pokoje w hotelu Isfahan, w którym często bywam, więc mam okazję na bliższe się im przyjrzenie. Stanowią grupkę sympatycznych młodych ludzi. Los przygnał ich w teren tak nie przychylny, jak wschodnia Turcja i Doğubayazıt. Nauczyciele nie znający kurdyjskiego to najlepsza droga do szybkiej asymilacji miejscowych dzieci. Jedni mierzą się ze swym trudnym wyzwaniem dzielniej inni mniej dzielnie. W tym wypadku dzielność oceniam jedynie po zewnętrznej minie i pewności siebie bądź jej braku. Młoda dziewczyna, która przyszła do hotelu wraz z mężem pytać o cenę pokoju była poważnie zdziwiona nie tym nawet, że jestem nauczycielem języka kurdyjskiego gdzieś na uniwersytecie w dalekiej i nieznanej Polsce (być może nawet doszła do wniosku, że kurdyjski jest językiem ojczystym Polaków, któż to wie), ale bardziej moim oświadczeniem, że przybyłam tu na urlop. Urlop w takim „obskurnym” miejscu jest dla nich czymś absolutnie niewyobrażalnym. Z ich wzroku wyczytuję jednak, że „obskurność” znaczy w tym wypadku także dystans, niechęć, a nawet lęk …