• fot. J. Bocheńska
    fot. J. Bocheńska

Azjatycki step wypluł nas pewnego dnia z wielką siłą, przemienioną w galop i niszczenie. I choć minęło od tego dnia wiele czasu, to nieśmiało wydaje mi się, że przestrzeń stepu jest wciąż obecna w oczach napotkanych przeze mnie żołnierzy. Ich wzrok nie zatrzymuje się bowiem na żadnym dostępnym realnie elemencie otaczającej rzeczywistości, pozostaje utkwiony gdzieś w nieznaną nikomu dal, bezkresną, odległą, lepszą, wymarzoną, ale nieobecną. Wiąże się z tym brak zainteresowania dla otaczającego realnego świata, pogarda do niego i niechęć rozumienia. Świat otaczający nie jest po prostu wart takiej uwagi. Bo i po co, kiedy istnieją jakieś dalsze cele, ważniejsze i godne poświęcenia, np. obrona niepodzielnej jedności ojczyzny i lojalność wobec wodza. Towarzystwo podobnych sobie bohaterów i społeczna akceptacja manifestowana w mediach są wystarczającym wsparciem i wytłumaczeniem słuszności obranej drogi. Odbieranie komunikatu płynącego ze zwykłej ulicy staje się najzupełniej zbędne. Ale czy tym samym ojczyzna właśnie nie zostaje podzielona? Nie znając świata wokół siebie broniący nie wie nawet przecież czego broni. Żeglowanie w ideologicznym wakuum zapewnia również swoiste poczucie bezpieczeństwa – czyli brak konieczności stykania się ze światem, który jako niezrozumiały lub gorszy wydaje się też niebezpieczny, a obowiązkiem każdego „ucywilizowanego mieszkańca nowocześnie zmodernizowanej ojczyzny” jest jego przekształcanie.

Oczywiście pod określeniem „przestrzeń stepu” można umieścić jeszcze kilka słów próbujących wyjaśnić to samo, np. światopogląd muzułmański, wiarę w los, itp. Ale ponieważ razem z mymi żołnierzami reprezentujemy spuściznę turańską, która hołdowała i hołduje tradycji żołnierskiej, bo w niej byliśmy mistrzami, dlatego powracam właśnie do obrazu rozległego stepu, który pewnego razu wypluł nas ze swych otchłani. Tym razem jednak głównym narzędziem walki nie jest łuk, lub - może lepiej - łuk ten i strzały zbudowano z nieco innego materiału, a są nim słowa nacjonalizm, cywilizacja, modernizacja, nowoczesność, wycelowane i wbite z niezmienną zapalczywością i zapamiętaniem, przy jednoczesnym niedostatku refleksji.

A gdyby tak wizję wpatrzonego w step niszczyciela zamienić wizją rodem z jednego z wierszy Nazima Hikmeta – galopującej klaczy, wyciągającej głowę w stronę Morza Śródziemnego. W tym prostym obrazie obecna jest nadzieja, ale także zaufanie, wynikające być może ze zwykłej wiary w dobroć i przychylność mieszkającego tu przedstawiciela gatunku homo sapiens.

Pod pałacem Ishaka Paszy gromadzi się tłum żołnierzy, którzy przybyli tu, aby pozwiedzać. Stroje khaki mają tu ruchy lekkie i zawadiackie, obdarzają mnie szczerym i szczodrym uśmiechem. Siedzę sobie pod bramą i dość tępawym wzrokiem wpatruję się w książkę o Ehmede Chanim, którą właśnie niedawno ktoś mi sprezentował. Grób tego wielkiego kurdyjskiego poety znajduje się powyżej. Na wielkiej tablicy napisano tam w języku tureckim pochwalny tekst na temat wielkiego myśliciela, duchownego i poety, ale w żadnym miejscu nie podano, w jakim języku napisał on swoje dzieła. Przecież wcale nie po turecku, jak mógłby wywnioskować ktoś niewtajemniczony.

Żołnierze fotografują się z bramą i ze mną i z moją książką i z widniejącą na niej podobizną Chaniego w tle. Ja pewnie zaraz znowu napiszę coś niepochlebnego o tureckiej armii i jej władykach, a oni wrócą do swoich koszar by być posłuszni rozkazom. Ale w tym jednym miejscu przenikamy się z sympatią i serdecznością, na chwilę jesteśmy zwykłymi ludźmi.