• fot. J. Bocheńska
    fot. J. Bocheńska

Ararat

Ararat przywitał mnie z łaskawością właściwą wielkim monarchom. Tego roku na jego szczycie nie pozostało zbyt wiele śniegu, wygląda więc nawet nieco niepoważnie w przykrótkiej szacie, ale króluje nad swoją równiną z niewzruszonym dostojeństwem. Jest to dla mnie osobiście najpiękniejsze miejsce na Ziemi, a to zapewne dlatego, że za każdym razem zachwyca mnie od nowa, a zachwyt zaskakuje świeżością odczucia i radością przeżywania. Równina, rozciągająca się u królewskich stóp i nieliczna świta dworzan – pomniejszych wzniesień dookoła – ukazały się moim oczom wkrótce po świcie, zmiękczone mgiełką jesieni i lekkie, jak gdyby ta nowa pora roku zamierzała odebrać im część przygniatającej na co dzień materialności. Zaś brzydkie, szpecące okolicę wnętrze Doğubayazıt zdawało się z tej perspektywy dodatkiem zupełnie niegroźnym, czasowym i godnym zlekceważenia. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zaufać takiemu przekazowi potężnej Góry, pokłonić się jej pokornie i przejść do swoich zwykłych ludzkich zadań.

Żołnierze

W Doğubayazıt są tej jesieni żołnierze. To znaczy w Doğubayazıt żołnierze tureccy są zawsze, gdyż jest to miejsce położenia ogromnych koszar, ale tym razem ich obecność na ulicach jest jakby bardziej zauważalna. Może to Ramadan, a może jesień, dość, że coś wymiotło ich z koszar i rozleźli się jak mrówki po całym tym zgrzebnym miasteczku. Potykam się o nich na ulicy, w sklepie spożywczym i papierniczym, przechodząc przez ulicę i wsiadając do auta. Mój synek z zachwytem wskazuje na ich długie karabiny. Ja z nieco mniejszym zachwytem śledzę ich masywne i pewne kroki, wyciosane dyscypliną rysy twarzy, których gładkość i jednoznaczność przeciwstawia się nieurodzajnym i drobnym w tym regionie, ale jakże mocno związanym z tą górską ziemią twarzom kurdyjskim.
W ten sposób uliczki miasta zdają się być podzielone na dwie przestrzenie. Jedną z nich konstruują stroje khaki, tupot buciorów i jednostajne oblicza. Drugą przemykające miękko chude sylwetki w na ogół przydużych, jak gdyby zdjętych ze starszego brata ubraniach.

I tak, jedni maszerują, a drudzy przemykają. W sferze buforowej natomiast znalazły się twarze uczniów, które mimo że otoczone jednolitym szkolnym garniturkiem, są zawsze żywe, choć na pewno nie zawsze radosne.
Mrówcza obecność żołnierzy sprawia, że czuję się trochę jak na poligonie. Choć taka świadomość raczej mi przeszkadza, to jednak dyskomfort ma w tym wypadku raczej wymiar estetyczny i polega na niesmaku, a nie na strachu. Mimo to z zaufaniem uśmiecham się do przebranych w khaki młodych chłopaków. Nawet gdzieś pod jednoznacznością i niemożliwą do zakwestionowania pewnością rysów skrywają się przecież zwykli chłopcy… Przyglądanie się im rozbudza moją ciekawość. Przyjeżdżając tu jestem przecież zawsze odrobinę przybyszem ze Wschodu nie tylko z Zachodu, z upodobaniem odnajduję więc tu różne tatarskie ślady.


I tak, moi gładkolicy żołnierze, mimo braku skośnookich spojrzeń są w prostej linii spadkobiercami polityki Czyngiz Chana, nawet jeśli ich duchowy ojciec zwie się dziś Atatürk. To polityka zdobywcy, pewności siebie, brutalności i sprytu. Może część z nich to nawet Tatarzy przygnani tu do pełnienia służby ze stepów zachodniej Anatolii, pod słowem Turek skrywa się przecież w tym kraju wiele tożsamości.

Wspólność pochodzenia do czegoś mnie zatem zobowiązuje. Ponieważ nie dołączę do kultu wodza, staram się wyszukać wspólne nam geny, a tym samym, jak wierzę, możliwość rozumienia. Na początek, od czasu do czasu, obdarowuję któregoś z nich nieco bardziej powłóczystym spojrzeniem. Ta subtelna zabawa ma na celu oswojenie rzeczywistości, gdyż pozorny beton i jednoznaczność skrywają przecież znacznie bardziej wielobarwne ludzkie istnienia.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 Następna »