Check-point w Qalandijji, prowadzący z Zachodniego Brzegu Jordanu do Jerozolimy. Zasieki, wieże wartownicze, nafaszerowany elektroniką mur, zwany przez Palestyńczyków „murem apartheidu”, przez Izraelczyków „murem bezpieczeństwa” Dzieci palestyńskie sprzedające balony i herbatę, kolejki samochodów i autobusów.

 

Lokalni muszą z autobusów wyjść i przeprawić się przez check-point pieszo. Zrobiliśmy to raz, mimo że nie musieliśmy, by zobaczyć, jak wygląda życie Palestyńczyka, przecież mocno uprzywilejowanego (sic!), czyli takiego, który ma prawo jeździć do Jerozolimy.

 

Labirynt okratowanych przejść, prowadzących do mini-terminalów, przy których nudzą się izraelscy żołnierze- dzieci. Pogoda stężała na 8 wietrznych stopniach Celsjusza. Terminale nie są ogrzewane, cześć z nich zamknięto. Kłębimy się przy jedynym otwartym- w jednym rzucie przez bramkę rentgenowską mogą przejść trzy osoby, które wpuszczane są przez obrotowe zakratowane drzwi, blokowane elektrycznie przez dzieci-żołnierzy.

 

Bywa, że czwarta osoba zatrzaskiwana jest w środku i musi czekać na odblokowanie drzwi. Nikt jednak tego nie zrobi wcześniej, niż po sprawdzeniu pierwszej trójki. Zatem przez mniej więcej piętnaście minut jest się pomiędzy światem palestynskim a izraelskim, odseparowanym od jednego i drugiego metalem krat. Zdarzyło się to młodej Francuzce, która stała przed nami. Nikt nie reagował na jej pytania i prośby, żeby ją wypuścić. więcej..>>

18/12/2011