Dziś o przynależności narodowej decyduje w pierwszej mierze świadomość narodowa dzielona z innymi ludźmi, a nie np. język czy terytorium. Pytanie czy prawo do samookreślenia się daje automatycznie prawo do tworzenia nowej narodowości stało się w ostatnich latach w Polsce aktualne w związku z kontrowersjami na temat Śląska.


W grudniu 1996 roku do sądu wojewódzkiego w Katowicach wpłynął wniosek o rejestrację Związku Ludności Narodowości Śląskiej. Sąd zezwolił na rejestrację organizacji pomimo braku pozytywnej opinii wojewody. Odwołanie od tego orzeczenia złożył wojewoda, który wskazywał, że celem powołania Związku jest skorzystanie z przywilejów, jakie mniejszościom narodowym daje ordynacja wyborcza.

Sąd Apelacyjny oddalił wniosek o rejestrację uzasadniając, że Ślązacy nie mogą być postrzegani jako mniejszość narodowa, lecz jedynie jako grupa etniczna. Sąd Najwyższy odrzucił wniosek o kasację i utrzymał w mocy orzeczenie Sądu Apelacyjnego.

W tej sytuacji założyciele Związku wnieśli skargę do Europejskiej Komisji Praw Człowieka, argumentując, że Polska naruszyła ich prawo do swobodnego zrzeszania się. W grudniu 2001 r. Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu ogłosił wyrok: Polska nie naruszyła konwencji.

W uzasadnieniu napisano, że w polskim prawie nie ma definicji pojęcia "mniejszości narodowej", a ordynacja wyborcza przewiduje preferencje dla mniejszości, które są uznane na mocy umów międzypaństwowych bądź posiadają zarejestrowane stowarzyszenia. Trybunał uznał, że jeśli celem skarżących byłoby wyłącznie realizowanie prawa do stowarzyszania, a nie korzystanie z przywilejów przewidzianych dla mniejszości, to bez trudu mogli usunąć ze statutu zapisy, które budziły wątpliwości.

Trybunał stwierdził również, że czasami konieczne jest ograniczenie naszych wolności w imię większej stabilności państwa jako całości. W jego ocenie dotyczy to zwłaszcza systemu wyborczego, który ma fundamentalne znaczenie dla państw demokratycznych. Trybunał uznał za zasadne działania państwa zmierzające do ochrony systemu wyborczego przed możliwościami nadużyć.

Narody nie są zbiorowościami ponadczasowymi, ale ich pojawianie się, przekształcanie i zanikanie to na ogół długotrwałe procesy historyczne. Świadomość, która konstytuuje narody, nigdy nie powstaje w oderwaniu od realnie istniejących warunków społecznych: kultury, tradycji, historii, polityki etc. Chociaż na Śląsku istnieje specyficzny folklor, część mieszkańców porozumiewa się lokalnym dialektem językowym, a w czasach II RP województwo dysponowało autonomią z własnym organem ustawodawczym o dużych kompetencjach, trudno uznawać te fakty za podstawę wystarczającą do proklamowania odrębnego narodu. Odmienność Ślązaków od Polaków można dobrze wyjaśnić zróżnicowaniem regionalnym.

Nie sposób z góry wykluczyć możliwość powstania w przyszłości narodu śląskiego. Jednak zamiast sztucznie podsycać nastroje, które łatwo mogą przerodzić się w nacjonalizm czy separatyzm, warto chyba zaangażować się w budowę takiej Europy, która będzie gwarantem zachowania tożsamości wspólnot regionalnych i - co więcej - której fundamenty stanowić będą właśnie "małe ojczyzny".

opr. Marek Tobolewski


Kazimierz Kutz: Jak się w tym kotle dobrze pogotuje, ludzie, którzy od dawna tu żyją: Ślązacy, ci z Polski centralnej i ze Wschodu, stworzą normalny, barwny pejzaż pewnej polskiej odmienności. Dynamika będzie w niej mocniej zakodowana niż w pokiereszowanej świadomości polskiej. Ta wielka aglomeracja może mieć więcej pomysłów, ludzie zaczną pełnymi garściami korzystać z zapisów laickiego państwa. Demokracja to są ogromne możliwości, które dopiero trzeba nazwać. I umieć z nich korzystać. Śląsk nie musi sięgać do obcych wzorów, ma tradycję europejskiej pracy, otwartości i wspólnoty.


Od Bismarcka, pierwszego nowoczesnego władcy Wielkich Prus, kapitalizm i germanizm – co tutaj jedno i to samo znaczyło – przeraźliwie wzmogły swe krwiożercze obroty na Śląsku. Zabierano ludziom ziemie pod huty i kopalnie, zapędzano od chłopięcych lat do nieludzko ciężkiej pracy – po czternaście do osiemnastu godzin na dobę – tak że ci co na kopalniach czy przy piecach pracowali, słońce widywali tylko w niedzielę, mieszkali po norach, głodowali, przeto tyfus głodowy zwany tutaj cholerą nawiedzał te strony częściej aniżeli gradobicie w lecie, a w Roździeniu i Szopienicach, które były jeszcze wtedy małymi wsiami, prosperowało 40 gospód i wyszynków, w których ta nowa szarańcza topiła swą nędzę i zezwierzęcenie. Gdyby każdemu z osobna się przyjrzeć, to każdy jeden wyglądał tak samo – na człowieka, co na chwilę z krwawej bitki wyskoczył na łyk powietrza – po ciężkim ciosie w żołądek – by natychmiast w skłębioną ciżbę powrócić.

Wtedy to niemota Ślązaków się zrodziła – terror i nędza jedynie jej przyczyną – od pokolenia mojego pradziada, gdy zaczęło się przepoczwarzanie chłopów w robotników za pomocą dyscypliny pruskiej, ich zimnej nienawiści do Słowian, niewyobrażalnej dziś nędzy, upodlenia, poszturchiwania żandarmskich gewerów i niemczyzny brutalnie wprowadzanej do szkół, kościołów i urzędów.

Wszystko, co w ludziach ich własne było – dziedziczne i tożsame – łącznie z językiem – obciosywano wyzyskiem, macerowano władzą i pruskim drylem. Zabijano w ludziach inteligencję – jeśli zgodzić się, że jest tym, co człowiek sam wie najlepiej – by zrobić z nich wołów do roboty i cofnąć ich do stworzeń bezrozumnych i tępych. To było w tych obłędnych otrzęsinach kapitalizmu najgorsze – i tego dziadek mój Wawrzek wydrzeć sobie nie dał. Bo wtedy karczowano i likwidowano nie tylko połacie pól, jak i lasów – ale głównie dusze ludzkie, zwłaszcza dusze tych, którzy uprawiali tę ziemię od wieków. Dziesięcioleciami tkwili w bezradności, w robotników spasować się nie mogli, i niemieli z czasem – i patrzyli, jak Niemcy przekształcają cały Górny Śląsk w jeden wielki naziemno-podziemny kopiec, ludzi do tego przypasowując i naturę zieloną. Patrzeli i mrówczeli. (Kazimierz Kutz, Piąta strona świata, „NaGłos” 1994, nr 15/16)

Strony: 1 2 Następna »