Marokańska modlitwa

 

Lektura książki Ben Jellouna sprawia radość. Paradoksalnie. Gdyż jest to właściwie doskonale napisana relacja ze strasznego koszmaru – marokańskiego więzienia Tazmamart, mistrzowska adaptacja historii, która została pisarzowi opowiedziana. Mój zachwyt wynika jednak przede wszystkim ze świadomości, że powieść jest wspólnym dzieckiem „naszego wschodniego” i „naszego zachodniego” świata, a to dzięki temu, że łączy w sobie tak wiele literackich i filozoficznych doświadczeń Wschodu i Zachodu.

Można więc patrzeć na nią przez pryzmat języka francuskiego, w którym została napisana. Ta perspektywa pozwala dostrzec, że literatura francuska wzbogaciła się o doświadczenie muzułmańskiej mistyki (nie jedyne zapewne zresztą, gdyż warto wspomnieć chociażby, że ostatnią nagrodę Goncourtów zdobył piszący po francusku Afgańczyk Rahimi za powieść Kamień cierpliwości, a i sam Ben Jelloun został nią wyróżniony w 1987 roku, za książkę Święta noc, polskie wydanie PIW, 1990), ofiarowując w zamian europejskie szlaki literatury obozowej. Ben Jelloun pochodzi jednak z Maroka i nawet jeśli popatrzymy na tę powieść tylko przez pryzmat języka, to jej fabule trudno odmówić zaangażowania w sprawy ojczystego kraju, choć jest to tu wątek bardzo subtelny i nie narzucający się.

Ale najważniejszym i skierowanym do obu bliskich pisarzowi światów motywem jest umiejętność kochania i wybaczania, jaka rodzi się w sprzeczności z potwornością świata, kiełkując niejako wbrew rzeczywistości i wbrew wszelkim racjonalnym prognozom. W myśl sufickiej tradycji cierpienie staje się tu sposobem zbliżenia z Najwyższym. Warto jednak od razu podkreślić, że w dziele Ben Jellouna nie wynika ono z jakiejś umartwiającej praktyki, czy samobiczowania, ale jest strasznym wyrokiem losu, zbiegu historycznych okoliczności i przede wszystkim rezultatem ludzkiej umiejętności zadawania bólu drugiemu człowiekowi. Jest więc cierpieniem narzuconym, a sposób zmierzenia się z nim, podjęcia wyzwania i jego żmudnej realizacji, czasem tak bardzo zdawałoby się bezsensownej, staje się głównym tematem powieści Marokańczyka.

Główny bohater trafia do Tazmamartu wraz z innymi żołnierzami, którzy mieli zostać wykorzystani przez swych przełożonych do dokonania zamachu stanu i obalenia króla (10 lipiec 1971). Zamach się jednak nie powiódł, a całe wyszukane ostrze zemsty skierowano na szeregowych żołnierzy, których zamknięto w celach przypominających groby. Na osiemnaście lat pozbawieni możliwości ruchu i światła, wydani na pastwę karaluchów, skorpionów i wielu najprzeróżniejszych chorób, a także na przygniatające poczucie absolutnej beznadziejności, braku wyjścia, strach i kiełkującą nienawiść, więźniowie starają się w najprzeróżniejszy sposób stawić czoło rzeczywistości. Skazanie na więzienie jest tak na prawdę wyrachowanym wyrokiem śmierci, zadawanej powolnie i co ważniejsze w wyniku upojenia „cywilizacyjnymi” zdobyczami nauki medycznej. A jednak niemal każdy z więźniów, mimo deklarowanej pozornej woli jak najszybszego„skończenia męczarni” stara się wydrzeć śmierci kolejny dzień, w ciągu osiemnastu lat samobójstwo „udaje się” popełnić tylko jednemu.

Zamknięci ludzie wynajdują najprzeróżniejsze sposoby, aby nadać sens kolejnym dniom. Jeden staje się dyżurnym zegarem odmierzając godziny, dni, tygodnie, miesiące i w końcu lata. Inny recytuje wszystkim Koran, zaś główny bohater opowiada dzieła światowej literatury. Jednocześnie próbuje całkowicie wykreślić ze swojej pamięci przeszłość – świadectwo innego życia:

Kiedy czułem, że chcą mną zawładnąć wspomnienia, mobilizowałem wszystkie siły, żeby je stłamsić i do siebie nie dopuścić. Aby się ich pozbyć, wypracowałem specjalną metodę: najpierw przygotowuję ciało, by dosięgło umysłu; długo oddycham przeponą, koncentruję się tylko na oddechu. Potem pozwalam wyłaniać się obrazom. Kadruję je, odpędzając od siebie wszystko, co pojawia się dookoła. Mrugam oczami tak, by obrazy stały się nieostre. W końcu wybieram jeden z nich. Patrzę na niego długo, aż znieruchomieje. Widzę tylko ten jeden obraz. Oddycham głęboko i myślę, że to, co widzę nie jest niczym więcej, jak tylko obrazem, który powinien zniknąć. W myśli wprowadzam na moje miejsce kogoś innego. Muszę przekonać samego siebie, że nie jestem tam do niczego potrzebny. Wciąż i wciąż powtarzam: to wspomnienie nie jest moje. To pomyłka. Nie mam przeszłości więc nie mam też pamięci. (s.33-34)

Strony: 1 2 3 Następna »