• Mardin
    Mardin

Kurdystan turecki - czyli ziemia spragniona dialogu

 

"Dialog to budowanie wzajemności". Zdanie to musi skłaniać do przemyśleń, gdyż z początku wydaje się tautologią. Czy nie tym dialog różni się od monologu, że angażuje obie strony dyskursu? Zgoda, ale po chwili stwierdzenie to zdaje się przemawiać raz jeszcze: „budowanie wzajemności“ oznacza tutaj powstawanie trwałej relacji. Prowadząc dialog tworzymy coś trwałego, a więc może być on narzędziem pomocnym do tworzenia jakiejś wartości. Czy zrozumienie punktu widzenia drugiego człowieka jest wartością? A może nawet koniecznością? – Co mają ze sobą wspólnego zabójstwo Theo van Gogh w Holandii, zamach w londyńskim metrze w lipcu 2005 roku, czy wreszcie wojna na Bałkanach. Czy nie były, przynajmniej po części, wynikiem negacji lub ucieczki od dialogu?

 

Los chciał, że udałem się w podróż na południowy wschód Turcji, regionu gdzie współżyją Turcy, Kurdowie, chrześcijańscy Asyryjczycy, nieliczni już Ormianie i Arabowie. Ten niezwykle bogaty kulturowo, etnicznie i religijnie został jednak usunięty z ostatnich edycji wielu przewodników turystycznych, ze względu na zagrożenie terroryzmem. Straty i wydatki poniesione w walce z bojówkami PKK rząd w Ankarze szacuje na 200 miliardów dolarów, koszt ludzki to ponad 35 tysięcy ofiar po obu stronach konfliktu. Odżegnując się od politycznych analiz, postaram się przedstawić jak spotkania z mieszkańcami tej krainy wpłynęły na moje rozumienie stwierdzenia profesora Józefa Tischnera. Moja droga przez wschód Turcji to unikalne doświadczenie które pozwoli mi odkryć drugiego człowieka na tyle, na ile jestem na to gotów.

Gdy wjeżdżamy do prowincji Diyarbakir nasz bus zostaje zatrzymany przez oddział żandarmerii, która przesiewowo kontroluje dowody osobiste pasażerom przejeżdżających pojazdów. Zza zasieków z kolczastego drutu wychodzi do nas uzbrojony żołnierz. Czyżby otwierając drzwi naszego busa lękał się, że jedzie z nami ktoś gotowy odebrać mu życie? Czy raczej czuje się niezręcznie, narażając się na spojrzenia rodaków, których podejrzewa się o bycie terrorystami. Wszystko to zostanie jednak niewypowiedziane. Każdy odegra swoją rolę w krótkiej scenie do której scenariusz napisali wojskowi i politycy z odległej stolicy.

Miasto Mardin, założone w III wieku przez chrześcijańskich osadników z Syrii, jest jednym z niewielu miejsc w regionie gdzie chrześcijanie, muzułmanie, Żydzi i jezydyci zdają się żyć w harmonii. Kościelną dzwonnicę i minaret można zawrzeć na jednej fotografii. Pod względem etnicznym, sąsiadują tu ze sobą Turcy, Kurdowie, Asyryjczycy i Arabowie, a wielu mieszkańców jest trójjęzycznych. Mimo licznych zabytkowych budynków w arabskim stylu, ludzie żyją często w jednakowych, niewykończonych domach z glinianych pustaków a ich przynależność do jednej z powyższych grup nie koreluje z zamożnością. Zwykle to drzwi, wykonane z różnorodnych materiałów i posiadające różnorodne symbole, demonstrują tożsamość mieszkańców domu.

A tożsamość swoją budują oni głównie na przynależności do grupy etnicznej i religii. Strategia izolacji miała być może pozwolić nielicznej mniejszości chrześcijan zachować swoją odrębność kulturową. „Po co ci muzułmanie praktykują ramadan w taki upał?“ usłyszę od pewnego sędziwego Asyryjczyka. (Ramadan zakłada całkowita abstynencję od pokarmów i wody od wschodu do zachodu słońca.) Czyżby nigdy nie miał okazji zadać tego pytania swoim sąsiadom sam?Nigdy nie doszło także do przyznania się do winy i przebaczenia pomiędzy muzułmanami i chrześcijanami którzy zostali tu wymordowani z tureckiego nakazu podczas I wojny światowej. Mimo, że obecnie żyją tu już tylko potomkowie uczestników tych wydarzeń, brak tych pierwszych gestów pojednania wciąż uniemożliwia otwarty dialog.

W ramach wolontariatu, prowadzę warsztaty ze studentami pochodzącymi z Mardin oraz z zachodu kraju. Podczas spotkań, staramy się odpowiedzieć na pytanie, czy życie w społeczności składającej się z wielu kultur przekłada się na wielokulturowość jako stan ducha? Czy warto iść na ustępstwa by wypracowywać wspólne wartości? W toku naszych dyskusji stwierdzamy, że prowadzenie dialogu prowadzi do paradoksu - dzięki niemu potrafię określić kim jestem i na ile różnię się od innych, a z drugiej strony za jego sprawą mogę zmienić tą właśnie swoją tożsamość.

Wszystkich bawi moja opowieść o moim polskim koledze który przywiózł do Anglii chałwę i przyprawy korzenne jako polskie specjały. Nasza kultura wydaje się być bowiem w danym momencie czymś niezmiennym, czystym, jakby były to cechy dzięki którym właśnie istnieje. Czy poczucie bezpieczeństwa jakie daje takie jej postrzeganie nie jest złudne i jak długo może trwać?

 

Zapraszamy do galerii: Kurdystan turecki czyli ziemia spragniona dialogu oraz Dzieci z Mardin - fotografie autorstwa Szymona Jarosławskiego

 

Strony: 1 2 Następna »