Problemy wykluczenia i ubóstwa towarzyszą Romom nieodłącznie od chwili przybycia do Europy w XIII wieku. Są one dla nich swoistym fatum, zaklętym kręgiem, z którego nie potrafią się wydostać. Nie oznacza to, że wszyscy cierpią tak samo i w równym stopniu dzielą niedole. Tutaj pojawia się największy problem – tak naprawdę niewiele wiadomo o skali tego zjawiska, gdyż nie dysponujemy wiarygodnymi danych w tej mierze. Jak wiadomo, żeby jakiemuś zagrożeniu zaradzić, wpierw trzeba go dogłębnie poznać. Inaczej poruszamy się niczym ślepcy, na zasadzie może się uda gdzieś dojść.


Z taką sama sytuacją mamy do czynienie w przypadku największej mniejszości etnicznej współczesnej Europy, którą tworzą Romowie. Na pewno (czy rzeczywiście?) wiadomo, że są najliczniejsi i borykają się z największym stopniem ekskluzji, w niemal wszystkich aspektach życia społecznego. To jednak za mało, żeby móc skutecznie działać na rzecz milionów obywateli starego kontynentu, którzy często zmagają się w życiu codziennym z ekstremalną biedą i dyskryminacją.


Dla krajów unijnych obecność Romów to problem, ciemna strona, którą najchętniej by zignorowali, ale na szczęście nie mogą tego zrobić z uwagi na liczebność populacji romskiej. Z tego też względu, oficjalnie podejmuje się wieloaspektowe kroki na rzecz inkluzji Romów. W rzeczywistości pozoruje się działania, zamyka je w „klatce” poprawności politycznej. Analizując raporty i zalecenia produkowane w ilościach wręcz hurtowych przez rozmaite agendy unijne, wyłania się obraz wręcz sielankowy. Wszyscy chcą Romom pomóc, otaczają ich opieką, nie pozwalają, żeby stała im się krzywda, podczas gdy sytuacja jest zgoła odwrotna. Niestety w tym procederze bierze też udział wąska grupa romskich technokratów, którzy często za cenę grantów, dotacji, tudzież oferowanych możliwości rozwoju kariery działają na zlecenie swoich unijnych mocodawców. Oczywiście szaleństwem byłaby teza, że tak działają wszyscy. Unijne struktury i powiązana z nimi siatka wielkich ponadnarodowych instytucji i organizacji działających na rzecz „inkluzji” Romów, są po prostu niewydajne i nadmiernie rozdęte. Ilość podejmowanych inicjatyw nie przekłada się kompletnie na uzyskane rezultaty.


Koszty tych działań z każdym rokiem rosną, licznik bije, a rachunki mają do siebie to, że musza być regulowane. W dobie obecnego kryzysu ekonomicznego, aspekt finansowy wysuwa się na plan pierwszy. Tworzy się mieszanka wybuchowa, gdyż nie wiadomo od dziś, że Romowie w zdecydowanej większości krajów unijnych są najbardziej dyskryminowaną grupą społeczną, poddawaną wykluczeniu i marginalizacji, często są traktowani jako zbędny balast, problem, którego najchętniej starano by się pozbyć. W sytuacji kiedy proces pauperyzacji coraz bardziej dotyka bogatych dotychczas społeczności krajów zachodnich, pomoc „bandzie darmozjadów i nierobów”, jak często widziani są Romowie, szczególnie kuje w oczy i wywołuje napięcia. W dwójnasób ten mechanizm działa w tzw. nowych krajach unijnych, gdzie poziom rozwoju cywilizacyjnego i zamożności społeczeństw jest dużo niższy, a kryzys bardziej dotkliwy.


Co w takiej sytuacji można zrobić? Na pewno nie można uciekać od prawdy, a ona jest bolesna dla obu stron – Romów i społeczności większościowych. Wieki zaniedbań, ugruntowany od pokoleń, archetypiczny pejoratywny wizerunek Romów, połączony z wyuczoną i pielęgnowaną przez lata biernością, apatią, nieprzystawaniem, powoduje, że jakakolwiek próbą wydźwignięcia Romów z zaklętego kręgu biedy i wykluczenia musi słono kosztować. Nie ma w tej sytuacji tanich rozwiązań, bo w tych przypadku, bardziej jaskrawiej niż w innych, potwierdza się stara zasada, że tanie tak prawda oznacza drogie. Można udawać, naginać rzeczywistość, ale efekt jest taki jak obecnie – spore fundusze pochłoneła „czarna dziura”, a efektów jak nie było tak nie ma. Kluczowe jest, aby wszyscy wykazali się odpowiedzialnością i zdrowym rozsądkiem i dokonali wyboru. Można oczywiści przyjąć zasadę neoliberalną i uznać, że np. Romowie z miejskich gett na Słowacji czy Rumunii są sobie sami winni i nic nie obchodzi nas ich porażająca nędza. Tylko, że Romowie to nie jest jakaś tam, nieznacząca grupa, tylko 15 – milionowa społeczność, w praktyce z pewnością nawet dużo liczebniejsza, biorąc pod uwagę współczynnik dzietności oraz ich znaczącą „nie klasyfikowalność” w świetle oficjalnych statystyk. Na 28 państw tworzących obecnie Unię Europejską, gdyby istniało państwo romskie plasowało by się na 9 miejscu tuż za Holandią, pod względem liczby ludności. W tej sytuacji słodka ignorancja problemu nie rozwiąże, bo wiadomym jest, że brak perspektyw, dyskryminacja, wykluczenie i przede wszystkim ubóstwo to paliwa podsycające nienawiść, agresję i przemoc. Romskie slumsy, zwłaszcza w takich krajach jak Rumunia, Słowacja czy Bułgaria to tykające bomby zegarowe, które w każdej w chwili mogą odpalić, niosąc dla tych krajów poważne reperkusje. Nie należy zapominać, że ogromne rzesze Romów z tych krajów imigruje do krajów Europy zachodniej, więc problem ma wymiar ogólno unijny. Romowie przybywając do Francji czy Włoch nie stają się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pełnoprawnymi obywatelami, tylko tam również żyją na marginesie, co często generuje zachowania patologiczne.


Patologia nie ma narodowości ani przynależności rasowej, etnicznej czy kulturowej, ma za to korzenie bardzo prozaiczne i życiowe - osoby pozbawione perspektyw, pozostawione samym sobie pogrążają się w zachowaniach aspołecznych, przestępczych. Oczywiście media, rządy, opinia publiczna urządzają swoiste polowanie na czarownice, jeśli dojdzie do jakieś tragedii, której sprawcą są przedstawiciele społeczności romskiej, jak to było w ostatnich latach w Belgii, Włoszech czy w Polsce, w przypadku domniemanych gangów romskich handlujących żywym towarem w Szwecji. Wtedy odium za popełnione zło spada na całą społeczność, która jest poddana często wielotygodniowej nagonce medialnej, stygmatyzacji. To hipokryzja w najwyższym wydaniu, która dostrzega tylko narodowość sprawcy, nie zaś przyczyny tego zjawiska. Nie oznacza to oczywiście, żeby istniało jakiekolwiek przyzwolenie na takie praktyki. Nie można dawać „carte blanche” na łamanie prawa, tylko dlatego, że sprawca jest członkiem wykluczonej grupy. Niemniej nie żyjemy w próżni i doskonale wiadomo, że takie zjawiska będą się nasilały i problem ten samoczynnie nie zniknie.


Nie zdaje też rezultatu praktyka „lewicowa”, otaczająca opieką wszystkich wykluczonych, w tym przypadku Romów. Wynika to z prozaicznej przyczyny, jeśli pomaga się wszystkim, to nie pomaga się nikomu. Takie podejście konserwuje bezradność życiową, pogłębia postawy roszczeniowe, kreuje postawy uzależniające od zewnętrznej pomocy. To droga donikąd. Udzielanie pomocy komuś tylko dlatego, że jest Romem jest rodzajem patologii, gdyż wszelka pomoc powinna być udzielana za coś, po spełnieniu jakiś merytorycznych kryteriów i przede wszystkim winna nakładać na beneficjentów określone obowiązki. To co obecnie widzimy na Słowacji, Czechach, Węgrzech , ale też w Polsce – całe osady, osiedla żyjące tylko i wyłącznie z zasiłków i innych subsydiów ze strony państwa są tego doskonałymi przykładami. To że w ostatnich kilkunastu latach wpompowano tam spore nakłady finansowe, nie przełożyło się w znaczący sposób na zmianę sytuacji tych ludzi. Ciągle poziom ubóstwa jest tam wysoki, co gorsza deprawowane są kolejne pokolenia mieszkańców tych osad, którzy od kolebki nie znają innego życia niż na „garnuszku” państwa. Metoda marchewki nie sprawdziła się, zresztą w czystej postaci nigdy nie działa. Efekt jest taki, że setki tysięcy Romów w krajach Europy środkowo – wschodniej nie chcą, ale i nie potrafą żyć bez ustawicznej pomocy zewnętrznej. Oczywiście nie można teraz zastosować terapii szokowej i pozbawić większości tych osób pomocy, gdyż to równałoby się skazaniu ich na jeszcze większą nędze, zagrażająca ich biologicznemu istnieniu. Niestety błędna strategia sprawiła, że rachunki za politykę pomocową będą płaciły kolejne pokolenia, obciążając budżety tych krajów. To kolejny przykład zaklętego kręgu w jakim się wszyscy znaleźliśmy.


Jedynym możliwym sposobem na wyjście z impasu jest konfrontacja z rzeczywistością i porzucenie mirażu harmonijnego rozwoju, integracji i partycypacji mniejszości romskiej. Tutaj wielka rola stoi przed liderami, naukowcami, specjalistami, działaczami, całą grupą współczesnej romskiej elity intelektualnej, która musi zacząć spojrzeć poza świat luksusowych biur, konferencji i hoteli i w sposób racjonalny, wyważony spojrzeć na sytuację Romów w Europie. Przede wszystkim nie można dłużej wypierać z świadomości pewnych nieprzyjemnych faktów, jak choćby istnienia patologii. Choćbyśmy jak jej zaprzeczali, to ona istnieje i musimy przyjąć ten fakt do wiadomości. Nie oznacza to, że mamy zgadzać się, żeby przez pryzmat patologicznych postaw patrzono na całą społeczność romską. Z tym należy walczyć z całą stanowczością. Kolejnym zadaniem, zdecydowanie najtrudniejszym jest przekonanie swoich mniej uprzywilejowanych rodaków, że programy integracyjne i pomocowe to nie łatwo dostępne i bezproblemowe źródła dochodów pozwalających na minimum egzystencji, tylko narzędzia realnej zmiany obecnej sytuacji, wymagającej wysiłku, poświęcenia, ciężkiej pracy ze strony ich samych. Przez najbliższe lata, ba dziesiątki lat Romów będzie czekać znój, pot i poświecenia, aby wydobyć się z odmętów beznadziei i wykluczenia.


Wreszcie należy skończyć z paradygmatem, że wszyscy Romowie z uwagi na swoje pochodzenie są wykluczeni. To bzdura, istnieje duża grupa Romów, którzy świetnie sobie radzą, pracują, uczą się, prowadzą własne interesy, są doskonale zintegrowani z otoczeniem, są pełnoprawnymi obywatelami krajów unijnych. Nie wymagają żadnej pomocy, wręcz przeciwnie dzięki swojemu statusowi materialnemu i społecznemu ciąży na nich moralny obowiązek wspierania swoich rodaków. Nie chodzi tu o to, że każdy Rom, który dzięki swojej pracy, wysiłkowi, przedsiębiorczości osiągnął sukces musi wspierać finansowo tych którzy mieli mniej szczęścia się lub po prostu byli leniwi. Problem tkwi w izolacji elit i klasy średniej, nie dostrzeganiu codziennych problemów i zmagań jakie są udziałem przeważającej większości Romów w Europie. Zjawisko odgradzania od „romskiego plebsu” jest szczególnie widocznie w krajach Europy Środkowo-wschodniej, gdzie ci, którym się udało wyrwać z zaklętego kręgu ubóstwa i braku perspektyw, zapominają skąd pochodzą, porzucają swój język, kulturę, tradycję, podświadomie gardzą swoimi romskimi współbraćmi. To ciemna, często przemilczana strona współczesnej, rodzącej się romskiej elity społecznej, kulturalnej i ekonomicznej.


Nie ma alternatywnej, łatwej, mało bolesnej drogi na realną poprawę sytuacji Romów w Europie. Do tej diagnozy muszą przywyknać rządy krajów unijnych. Nie ma miejsca na dalsze pozorowane ruchy, półśrodki, „wyrywkowe” działania i inicjatywy. Okrutna prawda jest taka, że zintegrowanie Romów to nie tylko projekt wieloletni, lecz przede wszystkich kosztowny. Skuteczne działania nie mogą obyć się bez wielkich nakładów finansowych, od tego nie da się uciec. Należy jednak dążyć do maksymanej racjonalizacji wydatków w oparciu o przemyślaną strategie. Pomoc musi mieć charakter wieloaspektowy, intedyscyplinarny i kompleksowy. Aby tak działać zmianie musi ulec cała struktura pomocowa – napewno musi zostać odchudzona, w większym stopniu włączać samą społeczność romską i przede wszystkich opierać swoje działania w oparciu o twarde dane. Nieodzowne staje się przeprowadzenie diagnozy sytuacji społeczności romskiej, zarówno w skali poszczególnych krajów, jak w wymiarze europejskim. Zbadanie sytuacji rodzin romskich – w wszelkich możliwych aspektach życia społecznego i ekonomicznego jest punktem wyjścia to opracowania szczegółowego programu pomocowego. Drugim koniecznym krokiem jest przeprowadzenie, pierwszego ogólnounijnego spisu ludności romskiej. Oczywiście zgodnie z „political correctness” nie można w Unii organizować censusu uwzględniającego pochodzenie etniczne badanych osób, niemniej bez rzetelnego zbadania wielkosci populacji romskiej, wszelka pomoc staje się działaniem „po omacku”, metodą na chybił – trafił. Jeśli w Polsce w kraju o jednej z najmniejszych mniejszości romskiej w Europie nie jest znana dokładna liczba Romów – oficjalnie ok 13 000, nieoficjalnie 30 000-50 000, w rzeczywiśctości być może dużo więcej lub mniej. Tego tak naprawdę nikt nie wie, łącznie z samymi organizacjami romskimi, to jak te rozbieżności muszą wyglądać w takich krajach jak Węgry czy Rumunia, gdzie mnieszość romska jest trzydzieści, a w przypadku Rumunii sto razy liczniejsza niż w Polsce. Jak w takiej sytuacji można efektywnie pomagać? W rezultacie pomoc trafia często do tych, którzy żadnego wsparcia nie potrzebują, podczas gdy ogromne rzesze rodzin romskich są jej pozbawione.


Unia Europejska może korzystać z istniejących rozwiązań, jak choćby brazylijskiego programu „Bolsa Familia”, który w krótkim okresie wydobył z nędzy dziesiątki milionów najuboższych. Warunkiem powodzenia jest transparetność mechanizmu działania oraz przede wszystkim zasada wzajemności – pomoc jest udzielana pod warunkiem spełnienia określonych wymagań. Rodziny otrzymują stały miesięczny zasiłek pieniężny pod warunkiem, że posyłają swoje dzieci do szkoły. Wypłata świadczeń nie odbywa się tylko na podstawie frekwencji uczniów, ale także ocen i dokonywanych przez nich postępów w nauce. Wskaźniki te są monitorowane co kwartał i w oparciu o jego wyniki, pomoc fnansowa jest kontynuowana lub też zawieszona. To narzuca na rodziców obowiązek angażowania się na rzecz przyszłości swoich dzieci. Nie jest to to rodzaj jałmużny, lecz realne narzędzie zmiany postaw, docenienia roli edukacji, przewartościowania priorytetów w rodzinie. Oczywiście jest to forma trochę wymuszona, gdyż rodzina zyskuje konkretny dochód, więc w jej interesie leży, żeby pilnować swoje potmostwo, aby jak najdłużej chodziło do szkoły i uzyskiwało jak najlepsze wyniki w nauce. Jest to pomoc kosztowna , ale dająca realne rezultaty w przeciweństwie do obecnego systemu rozdawnictwa unijnego. Najważniejszą jego zaletą jest kreowanie lepszych perpektywnych na przyszłość dla setek tysięcy romskich dzieci i młodzieży. Nie ma skuteczniej metody wydobywania z nędzy i wykluczenia niż inwestowanie w najmłodsze pokolenie, jeszcze nie zepsutę przez bierność, apatię, wyuczoną bezradność, cały bagaż „straconego pokolenia” swoich rodziców i dziadków. Wśród dzieci zmiany zachodzą najszybciej, dlatego skupienie energi i środków na zapewnieniu im jak najlepszej edukacji, jest szansą na fundamentalną zmianę całego romskiego społeczeństwa.


Poniesione nakłady byłyby w tym przypadku inwestycją, nie zaś „socjałem”, który z ekonomicznego punktu widzenia jest czystą stratą finansową dla państwa i podatników. Zazwyczaj nie dostrzega się zasadnczego faktu, iż Romowie są najmłodszym narodem współczesnej Europy. Zdecydowana większość romskiej populacji nie ukończyła 25 roku życia, co oznacza, ponad 5 mln potencjalnych konsumentów, podatników, osób zaciągających kredyty, kupujących nieruchomości, tworzących tysiące nowych miejsc pracy, czyli prawdziwe koło zamachowe dla gospodarek krajów unijnych. Oczywiście pod warunkiem, że osoby te uzyskają wysokie kwalifikacje zawodowe, będą w pełni zintegrowani z społeczeństwem i tym samym będą konkurencyjni na rynku pracy i usług. Włączenie tak ogromenej masy ludzkiej w system ekonomiczny, edukacyjny, kulturalny i społeczny byłby procesem bezpredensowym w historii narodu romskiego. W dłuższej perspektywnie czasu to by się wszystkim opłacało – instytucjom państwowym, społeczeństwom większościowym i oczywiście samym Romom.


Marek Isztok