Kolejne tatarskie spotkanie w Kruszynianach

 

Za nami drugi już kruszyniański festiwal kultury i tradycji Tatarów polskich. Odbył się on 15 sierpnia 2009, a podobnie jak imprezy w ubiegłych latach zorganizowany był przez Dżennetę Bogdanowicz z Tatarskiej Jurty.

Honorowy patronat nad festiwalem sprawowali: marszałek województwa podlaskiego oraz ambasadorowie Litwy, Kazachstanu i Federacji Rosyjskiej. Współorganizatorami byli: Muzułmańska Gmina Wyznaniowa MZR w Kruszynianach, Urząd Miasta i Gminy Krynki, Nadleśnictwo Krynki oraz Placówka Straży Granicznej w Krynkach.

Dociekliwi obliczyli ponoć, że tego dnia przez malutkie Kruszyniany przewinęły się około czterech tysięcy osób, spragnionych tatarskiego jadła, tańców oraz śpiewów. Festiwal znany jest bowiem w Polsce oraz poza jej granicami, wyrobił sobie dobrą markę i zdobył grono wiernych miłośników. Przybyli, oczywiście, przedstawiciele tatarskiej społeczności m.in. z Białegostoku, Sokółki, Suchowoli, Bydgoszczy, Warszawy, Gdańska, Bydgoszczy, Wałcza oraz Wrocławia. W tłumie co rusz przewijały się znajome twarze; byli tu m.in. Tania Andracka z mężem i synem, Dariusz Szegidewicz, Melika Czechowska z synem Michałem, Rozalia Bogdanowicz, Artur Konopacki, Bronisław Talkowski, Sławomir Chazbijewicz z rodziną i Helena Szabanowicz. Odwiedził Kruszyniany mufti RP Tomasz Miśkiewicz, był gdański imam Hani Hraish, natomiast z Litwy przyjechała spora grupa pobratymców, m.in. Fatima Szantrukowa, Fatima Bujnowska i Rozalia Radecka, na czele z przewodniczącym Związku Wspólnot Tatarów Litewskich Adasem Jakubauskasem.

Ruch w Kruszynianach rozpoczął się nieomal od wczesnego ranka, pogoda dopisywała, samochodów przybywało, ludzi jeszcze bardziej. Tym razem nieopodal meczetu przygotowano parking, zaś młodzież w harcerskich mundurach sprawnie pomagała w rozlokowaniu pojazdów na poboczach. Narastała atmosfera świątecznej zabawy, bo też program festiwalu obiecywał jej sporo. Jego założeniem była możliwie szeroka i barwna prezentacja elementów tatarskiej kultury. I to się organizatorom udało. Wszystko jednak rozpoczęło się bardzo uroczyście: z górnego okna zabytkowego meczetu tatarski imam Janusz Aleksandrowicz zaintonował azan, wezwanie do modlitwy. Następnie przy pełnej sali poprowadził modlitwę zuhr. Zakończyło ją wezwanie o pokój na świecie. Tę muzułmańską modlitwę transmitowała w programie ogólnopolskim TV Religia.

Z meczetu wszyscy pospieszyli na plac przy Tatarskiej Jurcie. Tam już trwał festiwal. Jego gospodyni, Dżenneta Bogdanowicz, wprost dwoiła się i troiła, to witając gości, to udzielając kolejnego wywiadu, wreszcie – i najczęściej –po prostu zapowiadając, informując, pokazując, robiąc, częstując czak-czakiem... A tłum ludzi wędrował po rozległym terenie: na dwóch scenach, wielkiej i małej, śpiewały i tańczyły tatarskie zespoły, odbywały się warsztaty kulinarne kuchni tatarskiej, tureckiej i śląskiej, kaligrafii arabskiej, jeżdżono konno, strzelano z łuku, jedzono pierekaczewnik oraz kołduny. W rozstawionych gęsto kramach można było kupić m.in. oryginalną biżuterię, ludowe wyroby z drewna, także rozmaite starocie i rozmaite inne cuda, jak to zazwyczaj przy podobnych okazjach bywa. Straż Graniczna zaprezentowała się w bojowej akcji, miłośnicy historii w wojskowych mundurach i przedwojennym oporządzeniu rozłożyli się biwakiem przy ognisku, nieopodal dumnie przechadzał się Indianin.

Po tatarskich potrawach największym chyba zainteresowaniem cieszyły się występy sceniczne. Wiele owacji zebrał barwny tatarski zespół z Grodna oraz Enże z dalekiej Baszkirii. Oklaskiwano gorąco Czeremszynę, znaną i cenioną grupę folkową z Podlasia. Uwagę – i to nie tylko męskich uczestników festiwalu – przyciągnął taniec brzucha w wykonaniu grupy tanecznej New Bally. A na małej scenie piszący te słowa czytał swe wiersze z motywami tatarskimi, pochodzące z wydanego niedawno tomiku pt. Rubajaty stepowe. I tak powoli, aczkolwiek bardzo intensywnie płynął czas w podlaskich Kruszynianach, w gościnnym obejściu Dżennety Bogdanowicz. Wreszcie nadszedł wieczór, zapłonęły ogniska i w niebo wystrzeliły sztuczne ognie. Odjeżdżaliśmy niesyci wrażeń, ale festiwal był już za nami...

 

Musa Czachorowski