• fot. E. Żak
    fot. E. Żak

Koczownik w akwarelowej przestrzeni

 

Dla Europejczyka, przybysza z wielowiekowej osiadłej cywilizacji, określenie koczownik kryje w sobie pewną ocenę. Z pozycji strażnika odwiecznych dóbr kultury materialnej podziwia on zabytek, jako szanowany dowód istnienia przodków, zapewniający ciągłość rozwojową, poczucie wartości i tożsamości.

Im starszy budynek, tym wzbudza większy podziw i stwarza więcej możliwości rozwoju biznesu turystycznego. Osiadły tryb życia mieszkańców starego kontynentu narodził kult wielowiekowego obiektu historycznego, który obecnie jest przedmiotem oglądu i celem podróży. Europa staje się przestrzenią zamkniętą, szczelnie zarysowaną ostrymi konturami zabytków, ograniczoną i wypełnioną przez tłum coraz łatwiej i sprawniej przemieszczających się w jej granicach zwiedzających.

Prawdopodobnie nikt z europejskich turystów nie nazwie siebie koczownikiem. Wprawdzie filozofia ponowoczesna wraz z Walterem Benjaminem, czy Zygmuntem Baumanem rozpracowuje na nowo rozumianą w warunkach cywilizacji Zachodu kategorię włóczęgi – w odróżnieniu od turysty i spacerowicza. Współczesny cywilizacyjny włóczęga zmienia miejsca chwilowego postoju, ulegając presji sytuacyjnego, losowego, bądź psychicznego przymusu. Turysta natomiast wyjeżdża ze swego stabilnego domu w poszukiwaniu wrażeń, które następnie przemienia w opowieść, z jaką wraca do czasowo opuszczonej rzeczywistości. Uznane w świadomości powszechnej za wartościowe zabytki kultury materialnej obrosły w „pewien standard” docierania do nich, oglądania ich, mówienia o nich. Przybywający sam nie uświadamia sobie, jak bardzo pochłania go ów standard, czyniąc go istotą całkowicie osiadłą, przemieszczającą się jedynie w obrębie pewnego ograniczonego terytorium i zniewalaną sugerowanym sposobem postrzegania danego miejsca.

Tymczasem Azja, którą z perspektywy Europy określa się jako dziką, ubogą, niespełniającą żadnych standardów, otwiera gościnnie swoje przestrzenie. Nie oferuje wyraźnych szkiców zabudowań, a raczej prezentuje się nieostro i rozpływa się na horyzoncie. W kirgiskim krajobrazie często ciężko uwierzyć w rzeczywistość otaczających zewsząd góroform. Zwłaszcza, że azjatyckie światło rozmywa kontur, a słońce pełzające po nierównościach ziemi odrealnia obraz. Przybyszowi z bardziej zaawansowanej cywilizacji niektóre widoki bardziej kojarzą się z komputerowo przygotowanymi książeczkami dla dzieci o dinozaurach i prehistorycznych epokach, niż z czymś, co istnieje naprawdę. Wciąż powraca wrażenie obcowania z malowanym obrazem, a nie realnym pejzażem. Zróżnicowanie wynika z dynamicznej przestrzennej zmienności rzeźby gór.

W Kirgistanie z blisko 200 000 km² powierzchni kraju aż 94 procent pokrywają pasma, wzgórza, skały, szczyty o rozmaitym charakterze oraz wysokości, przekraczającej nawet 7000 m. n.p.m. Cały ten obszarze zamieszkuje jedynie około 5 milionów mieszkańców… Dlatego ogromne połacie pozostają niezaludnione, dziewicze, bez śladów jakiejkolwiek ingerencji człowieka, co sprawia, że wędrówka po tym kraju to zderzenie z ogromem przyrody przetykanej jedynie w swym pozaindustrialnym bycie od czasu do czasu pojedynczymi jurtami – przenośnymi, sezonowymi „domami” autochtonów.

Wraz z wyrobieniem w sobie azjatyckiego podejścia do przestrzeni, zmianie ulega także relacja Europejczyka wobec czasu. Człowiek pokornieje z każdym kilometrem, z którym mierzy się pociąg na dalekich kilkutysięcznych trasach, samochód w przesuszonym terenie, koń na kamienistej ścieżce, wreszcie i sam piechur, który postanowił niewielki etap drogi przebyć piechotą. Przybyszowi z cywilizacji rachowanego czasu wypada przestawić się na inną miarę, warto zacząć posługiwać się miarą pokory. W owym rozprężającym się czasie zachodzi zjawisko niekończącego rozszerzania się przestrzeni. A to rodzi poczucie małości, ale z drugiej strony także i wrażenie dotyku rzeczywistej wolności.

Strony: 1 2 Następna »