• fot. Anna Turowska <br>(źródło: Gazeta Olsztyńska)
    fot. Anna Turowska
    (źródło: Gazeta Olsztyńska)

Piotr Piotrowski z podełckiej wsi Bienie od miesiąca odnawia niemieckie groby, które znajdują się w pobliżu jego domu. "Pochowana jest tam rodzina Niemki, którą doskonale pamiętam z dziecięcych lat i od której kiedyś dostałem wymarzony akordeon" - mówi mężczyzna.

 

Bienie, to niewielka wieś w gminie Ełk. Położona jest w malowniczej okolicy nad Jeziorem Sunowo. W sześciu domach mieszka obecnie kilkanaście rodzin, łącznie około 30 osób. Jest to jedna z wielu wsi, w której splecione są losy dwóch narodów Polaków i Mazurów, którzy mieszkali tu do drugiej wojny światowej i tych, którzy sprowadzi się tutaj po jej zakończeniu. O skomplikowanej historii w Bieniach świadczy poniemiecki cmentarz. Na wzgórzu wśród drzew pochowanych jest czternastu Niemców, którzy we wsi mieszkali i zmarli przed drugą wojną światową. W sześciu grobach spoczywają najbliżsi, w tym dziadkowie i pradziadkowie Irmgerd Strater, Mazurki, która mieszkała w jednym z pobliskich domów, oddalonego od mogił o niecałe 100 metrów.

Widziałem, jak płakała nad grobami.

"Po wojnie rodzina Straterów została wysiedlona, a w ich domu zamieszkali moi dziadkowie" - opowiada Piotr Piotrowski, który od urodzenia mieszka w poniemieckim domu w Bieniach. "Tam dzieciństwo i młodość spędził mój ojciec, tam ja przyszedłem na świat. Historię tego domu i jej poprzednich mieszkańców znam od dziecka. W dzieciństwie poznałem też panią Irmgerd. Od lat przyjeżdża do nas przynajmniej raz w roku. Te tereny są jej bardzo bliskie, nigdzie, jak opowiadała, nie czuje się tak jak tu, czyli po prostu jak w domu. Podczas wizyt w Bieniach, pani Irmgerd spaceruje po okolicy, ale przede wszystkim idzie na pobliskie wzgórze na grób swoich bliskich. Wiele razy widziałem, jak płakała patrząc na zaniedbane i zniszczone mogiły" - opowiada mężczyzna. "Wyrzucała sobie, że doprowadzone są one do takiego stanu. Widać było w jej oczach tę niemoc, bezsilność. Pewnego dnia obiecałem jej, że je odnowię. Nie mogłem postąpić inaczej. Od dziecka zastanawiałem się, w jaki sposób mogę odwdzięczyć się tej pani za prezent, który dostałem, gdy byłem małym chłopcem".

Prezent, o którym wspomina pan Piotr, to akordeon, który cudem udało się jej przewieźć przez granicę. "Już jako mały chłopiec bardzo chciałem nauczyć się grać na akordeonie" - wspomina mężczyzna. "Niestety, w tamtych czasach trudno było go zdobyć. Pamiętam dokładnie ten dzień, miałem wtedy 12 lat i dostałem instrument w prezencie od pani Irmgerd. Byłem zszokowany, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Zastanawiałem się, skąd wiedziała o moim chłopięcym marzeniu. Jak się okazało, słyszała ona moją rozmowę, gdy miałem sześć lat i po latach mi go przywiozła. To na nim nauczyłem się grać. Do tej pory jestem jej za to bardzo wdzięczny. Przecież nie musiała tego zrobić. Zrobiła to bezinteresownie, nie liczyła na odwzajemnienie się, bo przecież co ja, jako mały chłopak, mogłem jej ofiarować?"

Wyrywa chwasty, przycina trawę.

Pan Piotr dotrzymał słowa i w marcu rozpoczął prace. Powyrywał chwasty, przyciął trawę, naprawił zapadnięte groby i wyczyścił je z mchu. Oprócz sześciu mogił rodziny Strater odnowił także pozostałe groby, choć nie wie, kto w nich leży. Wiadomo tylko, że byli to mieszkańcy Bieni. "Jeszcze tylko postawię ogrodzenie i na tym koniec" - mówi pan Piotr. "Na krańcach cmentarza zachowały się jeszcze słupki. Nowe postawię w tych samych miejscach. Na razie cmentarz ogrodzę siatką, bo tylko na to teraz mnie stać, ale w przyszłości chciałbym zrobić drewniane ogrodzenie. Będzie też oczywiście brama. Już zrobiłem posadzkę przy wejściu. Położyłem mozaikę ze starych kafli. Obok postawiłem kamień z tabliczką informującą o tym, kto tu leży. W lipcu, gdy przyjedzie pani Irmgerd, groby jej rodziny i pozostałych przedwojennych mieszkańców, będą już odrestaurowane. Mam nadzieję, że będzie też ogrodzenie z prawdziwego zdarzenia. Każdy człowiek zasługuje na to, by jego grób był zadbany. Też nie chciałbym, by mój kiedyś w przyszłości tak wyglądał jak te, poniemieckie, jeszcze jakiś czas temu".

Prace Piotra Piotrowskiego nie pozostały niezauważone przez mieszkańców wsi. Starsza kobieta, z którą rozmawiałam w progu poniemieckiego domu, dokładnie wie, co dzieje się na pobliskich cmentarnym wzgórzu. "Pewno, że dobrze, że Piotr je odnawia" - mówi mieszkanka. "Każdy zmarły zasługuje na szacunek. A grób musi być zadbany. Tam leżą Czerwonki, Sobótki, same polskie nazwiska. Ten nasz dom był kiedyś domem Czerwonki. My sprowadzilim się tutaj w 1957 roku. Przyjeżdżały do nas trzy siostry, co tu mieszkały. Ugościliśmy ich, ciast upiekłam. Dostawaliśmy też listy z Niemiec i paczki. Oni o nas pamiętają, my o nich też. To przecież byli Mazurzy, a nie ich wina, że musieli uciekać. Tak jak i my. Ja i moja rodzina pochodzimy z Białorusi i też zostaliśmy stamtąd wygnani. A i tęsknimy za tymi miejscami, tak jak oni. Jak przyjechali do nas, to pozbierali kamieni z podwórka, wodę z jeziora zabrali, ziemię w woreczku też. I kawałek pomnika z cmentarza, który odpadł".

Chciałbym tu zrobić muzeum.

W przyszłości, jak planuje Piotr Piotrowski, w Bieniach chce otworzyć muzeum i organizować wycieczki na poniemiecki cmentarz. W domu zgromadził już wiele zabytkowych przedmiotów, które ściągnął z całej Polski. "Od dawna mam słabość do starych, zabytkowych przedmiotów. Jeszcze w podstawówce interesowałem się historią, może dlatego, że część tej historii dotyczy mnie samego" - wyjaśnia. "Zgromadziłem miecze, zbroje, zegary, rzeźby, pistolety na proch, lustra, podgrzewacze do pościeli, skrzynie. Jedna z rzeczy jest wyjątkowa. Jest to gitara z filmu "Krzyżacy". Zdobyłem ją od artysty, który ją wykonał. Chciałbym pokazać moje zbiory innym. Muzeum powstanie w jednym z pokoi, a wejście do niego zrobię od strony drogi. Zrobiłem już drzwi. Żeby wyglądały na stare i zabytkowe okucia z metalu wykonałem ręcznie, a płaskorzeźby kupiłem od rzeźbiarza".

Pan Piotr ma też plany, by w swojej rodzinnej wsi otworzyć gospodarstwo agroturystyczne. "Nasze okolice odwiedza w sezonie letnim wielu Niemców, nieraz przyjeżdżają całymi rodzinami" - wyjaśnia mieszkaniec Bieni. "Najczęściej nocują w ełckich hotelach lub pensjonatach. Na pewno zrobiliby wszystko, by nocować w swojej rodzinnej wsi, w miejscu, gdzie spędzili swoje młodzieńcze lata. Zresztą nasza wieś jest położona w malowniczym miejscu i warto ją poznać. Mam też nadzieję, że uda mi się zachęcić turystów do odwiedzenia cmentarza na wzgórzu.

tekst Anna Turowska (źródło: Gazeta Olsztyńska) maj 2007