Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, filozof, znawca filozofii Henri Bergsona, specjalizuje się w antropologii filozoficznej, metafizyce, filozofii współczesnej. Pracuje jako adiunkt w Katedrze Metafizyki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Opublikował pracę pt. Geneza pozytywnej metafizyki Bergsona.

 

Urodziłem się (najprawdopodobniej) 28 lutego 1943 r., w getcie, w miejscowości Stare Święciany koło Wilna. Trwała wojna światowa. Ziemia upijała się ludzką krwią. "Spracowani" übermensche, "porządkując" Europę, dokonywali historycznego aktu „czyszczenia": ENDLÖSUNG DIE JUDENFRAGE. Niczego nie pamiętam z tamtych rozszalałych nienawiścią dni. Nie pamiętam oczu mojej matki, dłoni mojego ojca, płaczu mojego brata, pocałunku powitania- i pożegnania.

 

Minął rok - nie potrafiłem chodzić. Wrodzone lenistwo czy zaczajony w mięśniach strach? A może zdziwienie samej natury, że pozostałem wśród żywych? Naprawdę mam wstać - wyruszyć w drogę -życia? Uśmiechały się do mnie dobre oczy mężczyzny i niewiasty: Piotr WASZKINEL i jego żona Emilia. Ich ciepłe miłością dłonie masowały moje grube, leniwe łydki; ich kochające oczy zachęcały:


- Chodź, Romciu, chodź do mamusi. -Chodź, Romciu, do tatusia. Niczego nie pamiętam…

Pierwszy zapamiętany obraz - jakby we śnie, ale bardzo wyraźny; jakieś duże pomieszczenie; przy oknie matka, pochylona nad wiadrem, tłucze siekaczem gotowane ziemniaki - pokarm dla kur i świń. Stoję trzymając się kurczowo jej spódnicy; nogami dotykam niecki, w której znajdowały się, zanurzone we wrzątku, uprzędzone z wełny nitki. Niczego nie pamiętam z transportu do Polski, w roku 1945. Wysiedleńców, którym Polska "przesunęła się" na zachód, wieziono na tak zwane Ziemie Odzyskane; tym sposobem większość polskich rodzin ze Święcian znalazła się w Lidzbarku Warmińskim. Piotr i Emilia Waszkinelowie opuścili transport w Białymstoku i zamieszkali w niedużej wiosce Łosiniec (koło Korycina, powiat Sokółka). Stąd, przed wieloma laty, osiemnastoletnia Emilia Chorążówna wyjechała do Francji w poszukiwaniu pracy. Teraz wracała do rodzinnego domu - z mężem i synkiem. Ten ostatni - czarnowłosy, jąkający się, skory do płaczu, najchętniej siedziałby u matki na kolanach, ewentualnie chodził za nią wszędzie jak kurczak za kwoką, trzymając się maminej spódnicy. Bał się być sam, lękał się, że go zostawią. Lubił też być z ojcem, ale jego najczęściej nie było w domu.


Pewnego dnia byłem właśnie z ojcem w jego warsztacie mieszczącym się w stodole, gdy nieoczekiwanie pojawiło się dwóch sowieckich żołnierzy. Przewieszone przez pierś automaty i bardzo krótka rozmowa:


- Wodku imiejesz?
- Niet, u mienia niet wodki.
- Szto, sukinsyn! Nie imiejesz wodki? Posmotrim - Jeden z nich pchnął ojca lufą w pierś, pokazując mu drogę do wyjścia. Krzyknąłem przestraszony i przestraszyłem się własnego krzyku. Żołnierz spojrzał na mnie i, o dziwo, uśmiechnął się - jakoś chyba życzliwie. Wybiegłem z głośnym płaczem. Tymczasem w domu zauważono już "wizytę". Znalazła się wódka. Krasnoarmiejcy odeszli z łupem. Ojciec był wolny…

Ponieważ "gniazdo" rodziny Chorążych okazało się zbyt ciasne dla przybyszów z Wileńszczyzny, latem 1946 roku rodzina Waszkinelów osiedliła się w Pasłęku koło Elbląga. Nieduża mieścina, licząca wówczas około 10 tysięcy mieszkańców, była dla mnie „portem" dłuższego postoju.

 

„Port”

 

Zamieszkaliśmy na osiedlu położonym właściwie poza miastem. Nazywało się to Kolonia Robotnicza; jednorodzinne, niemal identyczne domki ustawione wzdłuż dosyć szerokiej, niewybrukowanej drogi. Była to moja pierwsza droga, na którą zacząłem wychodzić sam.

Poznawałem dzieci, które chętnie bawiły się ze mną, chociaż byłem raczej uciążliwym towarzyszem zabaw; jąkałem się, a ponadto - bałem się wszystkiego: indyka, psa, koguta, gęsi. Okropnie bałem się myszy, ale bałem się też samolotu; kiedy usłyszałem jego warkot, padałem na ziemię drżąc z przerażenia. Mama wielokrotnie tłumaczyła mi, że samolotów nie trzeba się bać: już nie rzucają bomb, nie strzelają do idących drogą ludzi. Powoli oswajałem się. Ale zaledwie przestałem się bać indyka, gęsi i samolotu, pojawił się nowy niepokój. Nie wiedząc o tym, wkraczałem na inną "drogę" do siebie.

Miałem cztery lub pięć lat, był więc rok 1947 albo 48; późne letnie popołudnie; wracałem do domu, gdy dwóch pijanych mężczyzn krzyknęło za mną:
- Żyd, Żyd, żydowski bajstruk!


Kiedy obejrzałem się w ich stronę - wybuchnęli śmiechem. Nie miałem wątpliwości, że mnie przezywali. Uciekłem przestraszony do matki i usiłowałem jej wytłumaczyć, co się wydarzyło. W ogóle nie rozumiałem, co to znaczy "Żyd". Dlaczego przezywali mnie żydowski "bajstruk"? Wiedziałem, że bajstruk to ktoś, kto nie ma ojca albo jest dzieckiem podrzuconym. Ale ja przecież miałem tatusia i mamusię, którzy mnie bardzo kochali. Dlaczego więc tamci wołali na mnie bajstruk i do tego jeszcze jakiś żydowski?


Moje pytania pozostały bez odpowiedzi. Matka tłumaczyła mi tylko, że dobrzy i mądrzy ludzie na pewno nie będą za mną wołać tak jak ci głupi pijacy. Zresztą głupich w ogóle nie trzeba słuchać: trzeba ich unikać. Było to moje pierwsze spotkanie z tym, co można by nazwać antysemityzmem. Najbardziej wprawiały mnie w zakłopotanie pytania typu: do kogo ty właściwie jesteś podobny, do ojca czy matki? Zupełnie nie umiałem sobie poradzić z tym pytaniem, gdyż nie byłem podobny ani do ojca, ani do matki. Oni byli szatynami o typowo słowiańskich twarzach; ja miałem gęste krucze włosy i rysy zupełnie inne. Przeżywałem to aż do bólu. Ponieważ jednak byłem bardzo kochany przez rodziców, właśnie ich miłość była najlepszym "balsamem" łagodzącym ból. Jednakże, mimo przejawów tej wielkiej miłości, rosnąc i dojrzewając, coraz głębiej przeżywałem moją odmienność, zwłaszcza w wyglądzie zewnętrznym. Nie byłem podobny do nikogo w - bliższej czy dalszej - rodzinie moich rodziców. Wertowałem albumy ze zdjęciami, szukając podobieństwa do siebie. Nie znajdowałem.

Chodziłem już chyba do piątej klasy. Jesienne popołudnie. Ojciec jeszcze nie wrócił z pracy. Stałem przed dużym lustrem w pokoju i rozczesywałem, lekko wówczas kręcącą się, czuprynę; miałem zabrać się do odrabiania lekcji. Mama siedziała przy piecu i coś cerowała. Bardzo chciałem być podobny do ojca i oto - wreszcie - wydawało mi się, że coś dostrzegłem; wystrzeliłem pytaniem:


- Mamusiu, zobacz, jestem podobny do tatusia, prawda?
Matka jednak zawahała się z odpowiedzią, nie potwierdziła od razu mego „odkrycia", więc wdarłem się natychmiast w ten króciutki interwał ciszy z krzykiem:
- Bo jak jestem Żydem, to zobaczycie, co ze sobą zrobię!!!
Spojrzawszy głębiej w lustro, dostrzegłem przerażoną twarz matki i łzy w jej oczach.

Nie pamiętam już, co mówiła potem, ani co mówiłem ja. Pamiętam emocje, nie słowa: byłem zawstydzony, wiedziałem, że zrobiłem jej przykrość. Ale też wiem na pewno, że krzyknąłem to, co wówczas czułem: nie chciałem być Żydem, bałem się nim być! Dlaczego? Powody były różnorodne. Przede wszystkim jednak chciałem być dzieckiem tych, o których sądziłem, że są moimi rodzicami, a oni byli Polakami; chciałem być taki sam jak dzieci w szkole, a to były polskie dzieci. Dookoła mieszkali Polacy; o niektórych mówiono, że są Litwinami lub Ukraińcami, zdarzały się rodziny niemieckie. Nie było w okolicy żadnej żydowskiej rodziny.

Strony: 1 2 3 4 Następna »