• Giuseppe Carrisi, <br><i>Dzieci - żołnierze.<br> Kalami idzie na wojnę</i>,<br> Wydawnictwo "Bratni Zew" <br> Kraków 2007
    Giuseppe Carrisi,
    Dzieci - żołnierze.
    Kalami idzie na wojnę
    ,
    Wydawnictwo "Bratni Zew"
    Kraków 2007

Dzieci - żołnierze. Kalami idzie na wojnę

 

Świat, w którym głównymi bohaterami są dzieci-żołnierze istnieje. Książka Giuseppe Carrisi, reportera m.in. podczas konfliktów na terenie Palestyny, Sierra Leone i Ugandy, burzy spokój Czytelnika. Obok poruszających obrazów – diagnozy, liczby, prognozy. Pojawienie się tej książki to zasługa wydawnictwa Bratni Zew.

Wydawnictwo Bratni Zew specjalnie dla naszych Czytelników udostępnia fragmenty publikacji.

Gdyby w Białymstoku i pobliskich wioskach – albo w Olsztynie i Kielcach jednocześnie – mieszkały tylko osoby poniżej 18-stego roku życia, a każda z nich brała udział w jednym z 30-stu konfliktów na świecie, mielibyśmy obraz skali zjawiska. Dużo ponad 300 tys. dzieci, według UNICEF-u, jest włączonych w tryby wojny. Jaki jest ich świat? Pokazuje go książka „Dzieci-żołnierze. Kalami idzie na wojnę”…

Tytułowy Kalami: „Kiedy podłożyliśmy ogień, powiedzieli nam, żeby zabić ludzi, zmuszając ich do pozostania wewnątrz ich domów. Niektórych musieliśmy pogrzebać żywcem. Pewnego dnia zmusili nas do zabicia jednej rodziny, pocięcia ich ciał i zjedzenia ich. Moje życie jest skończone. Nie ma już nic, po co warto byłoby żyć. Nie mogę spać. Wciąż myślę o koszmarnych rzeczach, które widziałem i które zrobiłem, gdy byłem żołnierzem”. Carrisi uderza w dwie struny – pokazuje konkret życia, ale w szerszej perspektywie.

Ciężko przebrnąć przez tę książkę. Wiedza, którą dostarcza autor pozbawia złudzeń, że takie historie jak Kalamiego, nie istnieją. Nasz rozum się burzy. Choć byłoby nam o wiele wygodniej móc je odtrącić jako bzdurę. Carrisi, który po swoich doświadczeniach dziennikarskich, zaangażował się w pomoc humanitarną w Afryce, wie jak poruszyć Czytelnika. Wie też, że nie chodzi o epatowanie przemocą – ale pokazanie jej jako fragment tej rzeczywistości. Więc uprzedzam: książka jest rzetelna. Dotknę tutaj kilku zagadnień opisanych w „Dzieciach-żołnierzach”. Z innymi – Czytelnik może się zapoznać we fragmentach książki. Całość obrazu wymaga oczywiście samodzielnej lektury. Kto się nie boi, niech próbuje. Warto.

******

Broń lekka to między innymi ta, którą widzimy w ręce chłopca na okładce. Kałasznikow – rosyjski karabin produkowany w 14 krajach świata. Do jego sprawnej obsługi można wyszkolić 8- czy 9-latka. Szacuje się, że w obecnej chwili na świecie w potencjalnym użyciu znajduje się ok. 700 mln. broni lekkiej. Czyli oprócz kałasznikowa jeszcze: miny przeciwpiechotne, pistolety, granaty. Ze względu na łatwość obsługi są najczęstszą bronią przyznawaną dzieciom.

Small Arms Survey w swoim raporcie diagnozuje co roku ok. 500 tys. zgonów, do których doszło przy użyciu broni lekkiej. A interes się kręci na poziomie 26 miliardów dolarów obrotów z produkowania broni lekkiej (dla porównania: to niemal dwa razy więcej niż w przypadku hollywoodzkiego przemysłu filmowego). Kto jest producentem numer jeden? - USA. Numer dwa? - Włochy. Na temat polskiego zaangażowania w handel bronią, można przeczytać w „Tygodniku Powszechnym”

W produkcji broni lekkiej bierze udział 1249 firm w 90 krajach. A że taka broń prezentuje sporą wartość, po wykorzystaniu w jednym konflikcie, staje się przydatna w kolejnym, czasem nawet w innym miejscu. I tak na przykład po zażegnaniu konfliktu w Liberii tamtejsza broń lekka trafiła dalej na Wybrzeże Kości Słoniowej, gdzie zbierała swoje żniwo.

Raport Small Arms Survey nie roztacza obiecującej perspektywy dla Iraku. Według szacunków organizacji po upadku reżimu Saddama Husajna, mniej więcej 8 milionów sztuk broni lekkiej przeszło spod władzy wojskowej w ręce cywilów. Ta liczba oznacza, że przez szereg lat będzie ciężko wygasić trwające starcia. W takich przypadkach Siły Stabilizacyjne nastawiają się przede wszystkim, tak jak w Bośni, na niszczenie broni i amunicji.

Karabiny przechodzą z rąk do rąk. Ale Valmara, Type 42, M-14 zostają w ziemi. To miny przeciwpiechotne, których ofiarami staje się co roku od 15 do 20 tysięcy osób - śmiertelnymi lub kalekimi. W rejonach, gdzie konflikty już się zakończyły. Co za tym idzie, 80 proc. z nich to cywile, a wśród cywili ponad jedna trzecia to dzieci. Według ONZ mina wybucha co 20 minut. Szacunki wskazują na do 80 milionów sprawnych min przeciwpiechotnych na świecie. W Iraku wg UNICEF-u każdego dnia ofiarami min staje się 3 dzieci. A teraz aspekt finansowy: koszt wyprodukowania jednej miny ziemnej to 3 dolary; jej usunięcia - 1000 dolarów. Technika idzie do przodu, więc średnia trwałość nowoczesnej miny to… 100 lat.

Sposoby na rozbrojenie bywają różne. Jak ten Ajatollaha Chomeiniego podczas wojna Iranu z Irakiem rządzonym przez Saddama Husajna. Jak przeprowadzić żołnierzy z Teheranu przez zaminowany teren wroga? Przodem puszczano dzieci. Taka miała być ich droga do raju. Na szyjach miały nawet zawieszone wycięte z kartonu i pomalowane na złoty kolor klucze, oczywiście do raju. Ubrane na biało. Wchodziły na zaminowany teren. Ginęły jedno po drugim. A na horyzoncie majaczyła im biała postać na białym koniu - Prorok, czyli wynajęty aktor.

******

Według raportu Save The Children na świecie 120 tys. dziewcząt jest zaangażowanych w konflikty zbrojne. Od 1990 r. do 2003 dziewczynki brały udział w rządowych grupach zbrojnych, milicjach i grupach paramilitarnych 55 krajów, z których 38 aktywnie uczestniczyło w walkach. Czy to tylko przypadłość Afryki i Azji? W 1998 r. raport Girls With Guns wylicza: Wielka Brytania posiadała w siłach zbrojnych ponad 5 tys. nieletnich, w tym 57 szesnastolatek i 632 siedemnastolatek; USA 2303 siedemnastoletnich dziewcząt na ponad 10 tys. nieletnich w siłach zbrojnych.

„Byłam więziona trzy miesiące przez rebeliantów. Traktowali mnie jak niewolnicę, bili mnie, a także zmusili, żebym razem z innymi dziewczynami, zabiła kijem moją koleżankę, która próbowała uciec". Tyle zapamiętała Agnes Gillian Ocitti z Ugandy.

Dziewczęta na wojnie to nie tylko żołnierze: zajmują się wyżywieniem, pracują jako tragarze, zbierają informacje, są posłańcami. Ale także „niewolnicami seksualnymi”. Mogą dla siebie wybrać przemoc i gwałt albo śmierć. Tylko, że z decyzji o zachowaniu życia idą dalsze konsekwencje: ból, upokorzenie, utrata godności, choroby, niechciane ciąże. Ciąże, które nie zwalniają z obowiązków żołnierskich, więc zazwyczaj kończą się tragicznie.

Inny niż w Afryce stosunek do dziewczynek-żołnierzy panuje w Azji. Na przykład na Filipinach. Wojsko zapewnia dziewczętom równe prawa z mężczyznami. „Ja czułam się bardzo bezpiecznie, nie obawiałam się” - mówi jedna z filipińskich wojowniczek. Ale w Kolumbii rzecz się ma inaczej: przymusowy zastrzyk antykoncepcyjny powtarzany co roku. Jeśli dziewczyna zajdzie mimo to w ciążę - aborcja. Chęć urodzenia równa się śmierci. Ale zabiegi usuwania ciąży też nie należą do bezpiecznych dla zdrowia i życia dziewcząt.

Jednak usługi seksualne mogą być traktowane również jako ostatnia deska ratunku dla dziewczynki i jej rodziny. W czasie konfliktów, czasem z własnej inicjatywy, ale też często zachęcane i później przymuszane przez ojców, dzieci i nastolatki zajmują się prostytucją. Żeby było jasne: nie jest dochodowe zajęcie, bo często zapłatę stanowi jedzenie, kilogram owoców, jeśli już gotówka, to centy. Dziewczęta, które zajmują się prostytucją, bywa że wpadają w ręce mafii, jak w Albanii, Kosowie, Macedonii – i stają się „żywym towarem”.

W obozach dla uchodźców problem prostytucji również stawia spore wyzwania. Ogłoszony został już niejeden oficjalny raport, z którego wynika, że żołnierze kontyngentów pokojowych bardzo chętnie korzystają z usług seksualnych świadczonych przez nastolatki w obozach. Miało to miejsce m.in. W Mozambiku, Angoli, Bośni, Chorwacji, Kambodży i Rwandzie. W efekcie ONZ opracował w 1996 r. dodatkową kartę postępowania „błękitnych hełmów”. „Ostatnim wykrytym przypadkiem jest UNIMIC, misja ONZ obecna w Demokratycznej Republice Konga, gdzie potwierdziły się przypadki gwałtu, pedofilii i zwodzenia wygłodzonych dzieci. Ofiarami często okazywały się mniej niż 13-letnie dziewczynki, którym proponowano jedzenie, kilka dolarów, lub obiecywano pracę w zamian za usługi seksualne".

Dziewczynka z Sierre Leone, miała wybór: albo jedzenie, albo seks, inaczej: życie lub śmierć. „Nie czułam się dobrze, bo nie miałam jeszcze wtedy cyklu miesiączkowego. Zawsze bolał mnie brzuch”. Udało jej się uciec. „Kiedy wróciłam do domu i znowu zobaczyłam moje siostry, to było bardzo przykre: czułam, że w jakiś sposób mnie dyskryminowały, ponieważ wcześniej byłam gwałcona”. Niestety programy ponownego włączania w życie społeczne dzieci-żołnierzy nie poświęcają uwagi dziewczynkom.

Europa, lata 90. Konflikt w Bośni i Hercegowinie. Co najmniej 20 tys. zgwałconych kobiet, głównie nastolatek. „Przemocy dokonywano zazwyczaj wobec mężów tych kobiet, lub innych członków ich rodzin, tak by onieśmielić wspólnoty rodzinne i zmusić do podporządkowania się”. Gwałt jako narzędzie wojny, ostatnio stosowano chociażby w Angoli, Mozambiku i Sierra Leone. Porwania, obozy, gwałty, przymusowe porody. Rebelianci w Angoli przywiązywali dużą wagę do narodzin. Żeby je przyspieszyć, nieustannie napierali na brzuch kobiety, żeby opóźnić (bo np. trzeba było zmienić miejsce pobytu) związywali ciasno nogi. Takie potomstwo - miało to już miejsce choćby w Gwatemali i Salwadorze - wychowywano w obozach, a potem czyniono z nich nowe pokolenie rebeliantów. Ale bywa i tak, że będące w ciąży nastolatki są uwalniane. Większość z nich ma już przegrane życie: psychiczna trauma, która zapewne nigdy nie ustąpi, brak akceptacji rodziny, ostracyzm społeczny, trudne uczucie względem dziecka poczętego z gwałtu dokonanego przez (teraz już na pewno) szczerze znienawidzonego wroga - często ich historie kończą się samobójstwem. Co jeszcze za tym idzie? Kiła, rzeżączka, HIV. Co najmniej 70 proc. ofiar gwałtów wojennych na testach jest seropozytywnych. Liczba dzieci osieroconych z powodu śmierci matki na AIDS to w 2003 r. 15 milionów niepełnoletnich osób.

W Bośni ok. 60 tys. dzieci, które w 1994 roku uciekły z obszaru konfliktu, w większości już nie wróciły do rodzin. Bo i większość była taka mała, że po tym, jak rodzicie wsadzili je na „ciężarówki ocalenia”, które masowo wywoziły dzieci na bezpieczne tereny, nie potrafiły powiedzieć, ani jak one same się nazywają, ani jak nazywają się rodzice: „mama i tata”, odpowiadały. Kartki, które w pośpiechu nie wszyscy zdążyli przygotować dzieciom i które w chaosie dzieci pogubiły, były jedyną szansą na identyfikację.

opracował Tomasz PONIKŁO

Polecamy fragmenty książki: