Tomasz, chcąc w zachwycie i bolesnej miłości zatrzymać piękno, żywe, nieopisane, strzela do wiewiórki – żeby tym jednym ruchem palca zerwać zasłonę i z rozpaczą odkryć prawdę: wiewiórka była „jedna jedyna” i „nigdy nie wskrześnie”; życie dlatego każe się tak kochać, że jest takie kruche. Miłość chciałaby posiadać, ale mieć znaczy unieruchomić – zabić. Chłopiec, płacząc, idzie z wiewiórką w ramionach przez las jak przez świątynię, ale Bóg mu nie odpowie, nie rozwikła sprzeczności. Od tego momentu Tomasz staje na progu dorosłości – dlatego z rozpaczą przywołuje matkę, jakby ona jedna mogła na powrót zakląć czas. Jakby mogła wprowadzić do raju dzieciństwa, raju nieświadomości. W filmie Konwickiego Tomasz powraca do utraconego edenu we wspomnieniu zabawy z matką, zapamiętanej w świetlistym obrazie z wczesnego dzieciństwa. Ale mimo że matka powraca, nic nie jest już takie samo – i nie pomoże zamknięcie jak klamrą tej jedynej chwili - rozpoznania drogiej postaci w ciemnym obramowaniu framugi, na jasnym tle otwartych na przestrzał drzwi. „Bo... – spróbuje, bezskutecznie oczywiście, wyrazić swoją nieprzystawalność i bolesną świadomość oddzielenia od świata Tomasz – bo jestem gorszy. Bo tak!”

 

Pomocy szuka też Domcio. Inaczej niż Tomasz, próbuje odnaleźć metafizyczną zasadę bytu. Skoro świat został tak urządzony, że silni zwyciężają słabych, że jedni cierpią, a inni są panami ich losu, to – rozumuje Domcio strzelając do psa – musi być istota nadrzędna. Scena zabijania psa, przyjaznego wobec egzekutora (niczego się nie spodziewa, macha ogonem, łasi się), stanowi jeden z kluczowych obrazów w filmie. Konwicki zmusza widza do przyjęcia perspektywy Domcia, a kiedy po okrutnej scenie egzekucji widz chce się odwrócić ze wstrętem, napotyka wpatrzone w siebie oczy Domcia, który mówi do nas: „Jeżeli człowiek jest dla psa tym, czym Bóg dla człowieka, to kiedy pies ugryzie człowieka, ten łapie za kij, a Bóg ugryziony przez człowieka też wpadnie w gniew i ukarze”. Ale prowokacja Domcia nie udaje się – gdy ten świętokradczo kłuje nożem hostię, Bóg milczy. Czy dlatego, że nie istnieje? Czy nie odpowiada jak Konradowi z „Dziadów” części III, chcąc go doświadczyć? Nie ma bowiem nic bardziej tragicznego niż ssanie pustki, egzystencjalna samotność wobec wszechświata. Nic gorszego nie mogło Domcia spotkać. Nic gorszego nie może ciebie spotkać, zdaje się mówić bohater do współczesnego widza.

 

Zatem nie ma ocalenia? Ale przecież „na łąkach niebieskich”, w „drugiej przestrzeni” spotykają się samobójczyni, kochanka księdza, Magdalena, i babcia Misia – obie piękne i młode, w sukniach z odległej epoki (czy to sugestia, że dwudziesty wiek już nie potrafi wskrzesić umarłego świata nieba i piekła?). Nic dziwnego, że zaświaty Konwickiego (a pewnie i Miłosza, i księdza Twardowskiego, i wielu innych) to po prostu ziemia, tyle że pozbawiona grozy śmierci i lęku przed przemijaniem. To ziemia z jej zapachami, kształtami, kolorami, ze spojrzeniem z góry (a jakże!) na rozciągający się wokół świetlisty krajobraz łąk, lasów i pól. Bo to przecież raj, z którego wygoniło nas poznanie. Ale to wciąż ten sam raj. „Jeśli po śmierci dostanę się do Nieba, musi tam być jak tutaj – pisze Miłosz w dużo późniejszym niż film Konwickiego wierszu – tyle że pozbędę się tępych zmysłów i ociężałych kości. / Zmieniony w samo patrzenie, będę dalej pochłaniał kształty ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie, całą niepojętą, niepojętą mnogość widzialnych rzeczy”******.

 

Do raju nie ma powrotu tu, na ziemi. Odkąd dźwiga się na barkach ciężar świadomości, niesie się też brzemię odpowiedzialności za swój los. Jedni szukają ratunku w zanurzeniu w erotyczną ekstazę, inni w kontemplacji, jeszcze inni rozpaczliwie próbują budować świat bez metafizycznych odniesień (ale przypomina on południe w słońcu, jałowe i jednowarstwowe). Konwicki, wierny Miłoszowi, nie formułuje gotowych odpowiedzi. Jednak daje wskazówki, ledwie ślady, ledwie koniec nitki, za który można schwycić, jak mówi i rabin, i diabeł.

 

To, po pierwsze, obraz obłoków, niezwykle często powracający w filmie. W czasie pogrzebu Misi Tomasz patrzy w niebo, gdzie przepływają białe i ciemne chmury. Czarny pas nieba towarzyszy wydobywaniu trumny Magdaleny. Kamera kieruje wzrok widza na niebo także w chwili śmierci Rosjanina, ofiary Baltazara. Połać nieboskłonu, z zachodzącym płomieniście słońcem, stanowi tło schadzek Romualda i Heleny. Przykłady można by mnożyć. Miłosz w jednym z najpiękniejszych, przedwojennych wierszy nazywa obłoki „stróżami świata” (znów analogia do Mickiewicza, do liryku lozańskiego „Nad wodą wielką i czystą”). „Obłoki, straszne moje obłoki (...) chmury białe i milczące. Patrzę na was o świcie oczami łez pełnemi i wiem, że we mnie pycha, pożądanie (...) O, jakże straszne jesteście, stróże świata, obłoki”.******* (Konwicki przywołuje także ten wiersz). Może więc obłoki, jak sumienie (białe i milczące!), są świadkami naszego życia i zapisują gdzieś we wszechświecie jakiś po nim ślad?

 

Po drugie, taką nitką mogłaby być w filmie muzyka Zygmunta Koniecznego. Niekiedy niemal niesłyszalna czy raczej niezauważalna, kiedy indziej ogromnieje, potęgując niepokój albo pokusę, zwłaszcza w chwili spotkania ze złem w sobie i w świecie, i towarzysząc najtrudniejszym pytaniom. Natomiast niezwykła obecność pieśni litewskich, zarówno dzięki płynnej frazie i melodyjności, jak i poprzez przywołanie rytuału, łagodzi okrucieństwo, oswaja kruchość świata.

 

I wreszcie na ten ślad może naprowadzić pozornie niezauważalne zdanie matki Tomasza, Tekli. Na cytowane tu słowa syna „Bo jestem gorszy!” odpowie dopiero po dłuższej chwili, i nie od razu trafnie. „Głupstwa pleciesz” – to pierwsza reakcja. Ale potem padają ważne słowa: „Nic nie wiesz, jaki jesteś”. Dopiero staniesz się. Dopiero dowiesz się. Nadzieja, nieśmiała, tkwi dla Tomasza w tym, że wszystko przed nim. Że ma szansę. Ale tę nadzieję można też interpretować jako ludzką nieświadomość raju. „Nic nie wiesz, jaki jesteś”, Baltazarze, Kazimierzu, Czesławie, Tadeuszu. Z jakiej materii światła i cienia.

 

„Storczyk podkolan to lekkość i ta białość, która świeci w letnie zmierzchy jak białość narcyza. Łąka nimi pokryta w wieczornej mgle od rzeki pełna jest małych widm. Niestety, podkolan zasuszony traci cały powab, zostaje tylko wysmukły rysunek brązowego koloru. (...) Jak się przekonał, kwiaty, które rosną na suchych miejscach, przechowują się doskonale, prawie się nie zmieniają, ale jego ciągnęło do bujnej roślinności mokrych miejsc. (...) Bo nadmiar światła umniejsza istnienie.”

 

Ten fragment nie znalazł się, oczywiście, w filmie Konwickiego – ale chyba mógłby być ostatnią nitką, którą można uchwycić. Nie da się zasuszyć życia, a wszystkie próby skazane są na niepowodzenie (zielnik, zabicie wiewiórki, atlas ptaków, mapa tajemniczego kraju, do którego dorosłym wstępu bronią bagna i lasy). Zatrzymać znaczy unicestwić. Położyć na szkiełku mikroskopu, przeprowadzić analizę znaczy uśmiercić. „Żyć to za mało, za mało! Zabić!” - krzyczał zrozpaczony Baltazar. Może żyć to jednak nie za mało? ... nawet jeśli miałoby nie być „podszewki świata”. Co nie do uwierzenia.

 

SENS

Kiedy umrę, zobaczę podszewkę świata.
Drugą stronę, za ptakiem, górą i zachodem słońca.
Wzywające odczytania prawdziwe znaczenie.
Co nie zgadzało się, będzie się zgadzało.
Co było niepojęte, będzie pojęte.


- A jeżeli nie ma podszewki świata?
Jeżeli drozd na gałęzi nie jest wcale znakiem
Tylko drozdem na gałęzi, jeżeli dzień i noc
Następują po sobie nie dbając o sens I nie ma nic na ziemi, prócz tej ziemi?


Gdyby tak było, to jednak zostanie
Słowo raz obudzone przez nietrwałe usta,
Które biegnie i biegnie, poseł niestrudzony,
Na międzygwiezdne pola, w kołowrót galaktyk
I protestuje, woła, krzyczy.

 

 

*Cz. Miłosz, Nadzieja

** Cz. Miłosz, Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis

*** Cz. Miłosz, Wypisy z ksiąg użytecznych

**** Cz. Miłosz, Rady

***** Cz. Miłosz, Przeklinaj śmierć

******* Cz. Miłosz, Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis

******** Cz. Miłosz, Obłoki


Strony: « Poprzednia 1 2 3