Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki
Białoruś: kartofle i dżinsy


Wydawnictwo Znak

 

Dlaczego jednak nie mówi się głośno o ofiarach reżimu Łukaszenki, traktując go czasem jako niegroźnego wariata? Jednym z najważniejszych bohaterów książki jest Dima Zawadzki, były filmowiec prezydenta, który zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

I wreszcie najważniejsze pytanie: dlaczego opozycja na Białorusi nie zwycięża? Dla uważnego czytelnika książki odpowiedź będzie jasna…

Dwójka młodych autorów rozmawiała ze wszystkimi najważniejszymi opozycjonistami na Białorusi – choćby Aleksandrem Milinkiewiczem czy profesorem fizyki Stanisławem Szuszkiewiczem, który rozmontował razem z Jelcynem i Krawczukiem Związek Radziecki. Powstała arcyciekawa, pulsująca życiem opowieść o „państwie w przebudowie”, z nadzieją na wielką zmianę. Będziemy Białorusinom kibicować.

 

Sasza wam świat otworzy - fragment książki Białoruś: kartofle i dżinsy


Na Białorusi zaczął się pierwszy w historii wyścig do fotela prezydenta. Demokratyczni liderzy, Szuszkiewicz i Paźniak, nie potrafili się porozumieć, wystartowali obaj i w efekcie nawzajem się osłabiali. Walka rozegrała się między Kiebiczem a Łukaszenką.

W dniu rejestracji kandydatów w siedzibie komisji wyborczej kręciło się wielu ludzi. Politycy, dziennikarze, urzędnicy, ciekawscy. W tym tłumie Aleksander Łukaszenka odnalazł Żannę Litwinę.

Żanna, o tam, w gabinecie, obradują ludzie z mojego zespołu. Idź do nich i pracuj z nami. Bądź w moim zespole.

Niewiele brakło. Żanna dopiero co obiecała wsparcie Szuszkiewiczowi. Może zrobiło jej się nawet nieswojo. Przecież pamiętała, jak niedawno, w trzydziestą rocznicę nadawania audycji Biełaruskaja Maładziożnaja, zaprosiła Łukaszenkę. Był gościem honorowym. Przemawiał, gratulował, dziękował i pozdrawiał. Podchodził do dziennikarek, całował je.

Dziewczyny, jak ja was wszystkie lubię. Jesteście takimi super dziennikarkami.

Bardzo to było wtedy szczere. Teraz obiecywał wznowienie audycji młodzieżowej zaraz po zwycięstwie.

Wszerz i wzdłuż przemierzał całą Białoruś, by zwiastować ludziom szczęśliwy, suwerenny, demokratyczny kraj pod jego rządami. Wiedział, że Białorusinów zdobywa się słowem. Lato było upalne. Nieraz podczas wieców przedwyborczych z nieba lał się żar. Łukaszence to nie przeszkadzało. Koszula i pożyczona marynarka kleiły mu się do pleców, po twarzy pot ściekał strumieniami. Ale on mówił. A ludzie słuchali. Anatol Labiedźka, który był w sztabie Łukaszenki, pojechał z nim kiedyś do górniczego miasta Soligorsk. Dzień tym razem był dżdżysty. Ludzie przyszli tłumnie, nie mieścili się w sali. Stali więc na zewnątrz, w strugach deszczu.

Labiedźka: Łukaszenka opowiadał straszne farmazony. Populistycznie, trochę nawet wulgarnie. Nie tyle źle wyrażał się o nomenklaturze, ile klął na nią. Groził, że każdy, kto naruszył prawo, pójdzie siedzieć, że rozprawi się z politycznymi krętaczami. To trwało ładnych kilka godzin. A ludzie stali przemoknięci i słuchali. Po ich policzkach ciekły łzy.

Białorusini zakochiwali się w Łukaszence. Narodowi tęskniącemu za spokojnymi sowieckimi czasami opowiadał, jak na kolanach będzie błagał Rosję, by z powrotem przyjęła Białoruś pod swoją opiekę. Umowy białowieskie nazywał największą pomyłką historii i twierdził, że głosował przeciw ich ratyfikacji, choć w rzeczywistości tylko wstrzymał się od głosu. Zapowiadał, że skorumpowanych polityków wyśle w Himalaje. Spotkania wyborcze zaczynały przypominać seanse jakiejś sekty. Wyborcy podawali mu banknoty, kartki papieru, rodzinne fotografie, żeby się na nich podpisał. Robili sobie z nim zdjęcia. Obejmowali. Brali na barana dzieci, żeby te miały szansę zobaczyć Aleksandra Grigoriewicza.

Labiedźka: Myślałem, że jestem już doświadczony w polityce. Dopiero kiedy to zobaczyłem, zrozumiałem, że nic nie wiem. Jestem szczeniak.

Sam Łukaszenka w planie miał jeszcze niejedną atrakcję. Po jednym ze spotkań wyborczych jego sztab powiadomił milicję o zamachu na życie kandydata. Gdzieś na trasie w okolicy Witebska mercedes, którym jechał pogromca korupcji, został ostrzelany. Łukaszenkę zasłonił własnym ciałem jego bliski współpracownik Wiktar Szejman. Na szczęście zabójca chybił i nikt nie ucierpiał. Milicja wszczęła śledztwo. Wyszło z niego, że strzały oddano z odległości metra i pod takim kątem, że niemożliwe było, aby tak wycelować z innego samochodu. Dzięki temu incydentowi Wiktar Szejman dał się poznać szerszej publiczności. Weteran wojny w Afganistanie, teraz deputowany, który do tej pory nie zasłynął z aktywności. Był bardzo wstydliwy.

Labiedźka: Nieraz prosił nas, byśmy wysłuchali jego wystąpienia, zanim wygłosi je na sali obrad. Bardzo to przeżywał.

Łukaszenka z Szejmanem mogli poznać się w parlamencie i zacząć współpracę w czasie kampanii wyborczej. Choć może spotkali się wcześniej: w Brześciu, gdzie obaj przed laty służyli jako polityczni instruktorzy w armii. Szejman był najbardziej zaufanym człowiekiem Łukaszenki. Łukaszence sprzyjało nie tylko szczęście. Twierdził, że jego antykorupcyjna komisja dalej pracuje, urzędujące władze, że już nie. Gdy postanowił wejść do swojego gabinetu, drogę zagrodzili mu milicjanci. Łukaszenka poprzepychał się z nimi chwilę i przebił przez blokadę. Choć nietrudno zgadnąć, że gdyby miał się nie przebić, to nie zdołałby tego zrobić. Dziennikarzom mógł pokazać posiniaczone ręce, a wyborcom, że jego walka z korupcją to nie żarty.

W pierwszej, czerwcowej, turze wyborów zwyciężył. Otrzymał czterdzieści pięć procent głosów. Do drugiej tury przeszedł też Wiaczesław Kiebicz, ale był już na straconej pozycji. Za niecały miesiąc osiemdziesiąt procent wyborców oddało swój głos na Łukaszenkę. Dokonała się społeczna rewolucja. Ludzie odsunęli od władzy partyjnego aparatczyka. W demokratycznych i wolnych wyborach wskazali na tego, kto ich przekonał, komu zaufali. Cóż z tego, że zaufali dyrektorowi sowchozu i potem zwycięstwo Łukaszenki nazwano „kartoflaną rewolucją”.