Azja - nowe centrum świata?

 

Dwudziesty wiek był tryumfem Zachodu. Pod względem rozwoju nauki, technologii i ekonomii Ameryka Północna i Europa nie miały sobie równych. Przyzwyczailiśmy się być „pępkiem świata” i z tej pozycji (z sympatią, ale i politowaniem) spoglądać na Wschód, gdzie rozciągał się Drugi i Trzeci Świat. Historia zatoczyła jednak koło i oto Azja, która nieprzerwanie aż do XIX wieku stanowiła niekwestionowane gospodarcze centrum świata, po zaledwie stuleciu uśpienia w zdumiewającym tempie powraca na dawne miejsce.

 

Czy powinniśmy się dziwić? Na pewno nie. Dziwić należałoby się raczej tej krótkiej przerwie w azjatyckiej hegemonii, w czasie której przyszliśmy na świat, i naszemu naiwnemu przekonaniu o ekonomicznej potędze Zachodu; o tym, że będzie trwała wiecznie.

Może więc powinniśmy się bać? Cieszyć? Powrót Azji na wielką scenę światowej polityki i ekonomii postanowiliśmy podejrzeć okiem ekspertów. Nie sposób bowiem pytać o Azję, pomijając kontekst polskich relacji z krajami tego kontynentu. Stąd większość Autorów marcowego „Znaku” to politycy i dyplomaci odpowiedzialni za podejmowanie bezpośrednich decyzji – policy makers. O konsekwencje zmian na polityczno-gospodarczej mapie świata i ich wpływ na polską politykę dalekowschodnią pytamy między innymi prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, dyrektora Departamentu Azji i Pacyfiku MSZ oraz ambasadora RP w New Delhi.

Michał Bardel
redaktor naczelny miesięcznika "Znak"


 


Dla Zachodu i Azji czas kryzysu może okazać się dobrą okazją do szukania najbardziej skutecznych rozwiązań, które być może na długo określą wspólny paradygmat postępowania i sprawią, że zwycięzców po obu stronach będzie dużo więcej aniżeli pokonanych.

W pewien październikowy weekend 2006 roku na lotnisku Luton pod Londynem zaparkowały trzy prywatne odrzutowce. Należały do indyjskich biznesmenów: Ratana Taty, V.N. Dhoota i Vijaya Mallyi. Wszyscy przybyli, by sfinalizować przedsięwzięcia warte łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ich pojawienie się w City było namacalnym przykładem globalnej ekspansji ekonomicznej współczesnych Indii. Albo też – jak prorokowali wówczas dziennikarze – otwarciem nowego rozdziału w relacjach między cywilizacją Zachodu i Azją. Azją, która coraz częściej jest postrzegana jako równorzędny partner Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych.

Indyjscy „akceleratorzy” i menedżer Chin

Tata, Dhoot i Mallya nie byli bynajmniej pionierami indyjskiego biznesu w Europie. Nazwisko innego inwestora, Lakshmiego Mittala, było od pewnego czasu znane wielu zachodnim przedsiębiorcom – nie tylko zresztą tym, którzy z niepokojem i respektem obserwowali jego działalność w przemyśle stalowym, zwłaszcza po przejęciu firmy Arcelor za sumę 38 miliardów dolarów. Na liście najbardziej dynamicznych i pomysłowych biznesmenów, w samych Indiach nazywanych „akceleratorami”, są jeszcze: Sunil Mittal, Anand Mahindra i Mukesh Ambani, przy czym ten ostatni bywa wręcz zaliczany do piątki najzamożniejszych ludzi na świecie. O jego drodze do międzynarodowego sukcesu krąży w Indiach wiele anegdot, w swojej poetyce podobnych do tych, jakie ongiś opisywały Henry’ego Forda, Lee Iacokkę, a ostatnio Michaela Bloomberga czy Billa Gatesa.

W szkole Mukesh Ambani należał do pięcioosobowej grupy uczniów, którzy mieli zwyczaj dzielić się zadaniami do wykonania. Innymi słowy: ustalali racjonalne zasady wspólnego rozwiązywania problemów. Na przykład, listę dwudziestu zadań rozpisywali na pięć części, tak aby każdy z chłopców mógł opracować rozwiązania tylko czterech wyznaczonych zadań i podać je pozostałym. W ten sposób przyjaciele oszczędzali czas oraz wzmacniali wzajemne zaufanie i współpracę. Wszystko działało bardzo sprawnie. Jak się jednak wkrótce okazało, Ambani potajemnie łączył ducha wspólnoty z bardzo indywidualnym podejściem. Po cichu, oprócz czterech wyznaczonych zadań, rozwiązywał dla siebie zawsze szesnaście pozostałych. Tak na wszelki wypadek.

To doświadczenie pomogło mu zapewne ukształtować własną filozofię sukcesu. W 2005 roku ze swoim bratem Anilem Ambanim podzielił się gigantycznym imperium kapitałowym Reliance, obecnie największym prywatnym przedsięwzięciem w Indiach, które działa w sektorach petrochemii, eksploracji gazu i ropy naftowej, tekstyliów oraz rozwija sieć sprzedaży detalicznej – coś na kształt indyjskiego Wal- Mart. Niecałe dwa lata później zysk netto Reliance Industries Limited Mukesha Ambaniego przekraczał już poziom sprzed podziału, osiągając średnio wysokość siedmiu milionów dolarów dziennie. Nie było to bynajmniej dla niego powodem do zadowolenia: jak sam wówczas uważał, była to dopiero połowa albo nawet początek długiej drogi.

W swoich wypowiedziach Ambani często powtarza znaną korporacyjną mantrę: na każdym etapie rozwoju firmy pomyśl najpierw o solidnych fundamentach, potem zmodyfikuj reguły gry, a następnie dokonaj zmiany samej gry. Słowem: pokaż swoim konkurentom, dostawcom i klientom, jak szybko potrafisz ich zmusić do przyjęcia swojego sposobu działania.

Opowieści o indyjskich „akceleratorach biznesu” u Europejczyków i Amerykanów budzą jeszcze zdumienie, a czasem nawet lekkie niedowierzanie. Dotychczas Indie kojarzyły się bowiem z czymś zupełnie odmiennym, bliższym religii, kulturze, nawet nauce, ale na pewno nie z koncepcją globalnej ekspansji ekonomicznej. Owo pachnące American way of life przesłanie dochodzące z odległego subkontynentu dla wielu zachodnich obserwatorów stanowi kolejną zagadkę, a zarazem i inspirację w procesie interpretacji najnowszej historii świata. Podobnie zresztą było jakiś czas temu z, nominalnie komunistycznymi, Chinami, dziś już powszechnie opisywanymi jako przyszłe supermocarstwo. Ich rola w skali całego świata została na nowo zdefiniowana w sytuacji obecnego kryzysu gospodarczego. Chiny mają stanowić swoistą finansową „poduszkę bezpieczeństwa”, która dzięki wpompowanym w globalny obieg finansowy własnym gigantycznym rezerwom dewizowym zapewni w miarę bezpieczne lądowanie całemu systemowi ekonomicznemu świata. Podobnie jak w Indiach również w Państwie Środka pojawiają się konkretni, pozytywni bohaterowie, którzy – szczególnie w okresie niepewności i strachu o przyszłość ekonomiczną – wyrastają w przekazie medialnym na mądrych herosów biznesu, troskliwie i rozsądnie doglądających własnych przedsięwzięć.

 

PIOTR KŁODKOWSKI, dr hab., politolog, orientalista, ambasador RP w Indiach.

ANNA SIEWIERSKA-CHMAJ, dr, politolog, pracuje w WSI iZ w Rzeszowie.



źródło: miesięcznik "Znak", marzec 2009, numer 646