Zatrzęsło mną. Mój Szanowny Były Małżonek (Sz.B.M) był w Afganistanie. Jak wiadomo, chociażby z literatury, jeśli się ma kogoś na wojnie, to się o tego kogoś drży.

 

Oczywiście, jest to drżenie o różnym natężeniu, po jakimś czasie oswajalne, jeśli tylko zrozumie się wewnętrzne procedury i, w związku z tym, nie umiera na zawał, gdy w mediach gruchnie wiadomość o poległych - bo do wczoraj wiadomość taka poprzedzona była poinformowaniem rodzin.

 

Od razu dodam, że byłam w tej nieuprzywilejowanej sytuacji, iż SZ.B.M. nie powiedział mi, jakie owe procedury są. Nie będę wnikać, dlaczego, ale skutek był taki, że przez kilka miesięcy odchodziłam od zmysłów, słysząc o zamachach samobójczych w Afganistanie. Co gorsza, nie mogłam się zwykle do Sz.B.M. dodzwonić, bo wyłączano sygnał albo Sz.B.M. nie odbierał (a ja produkowałam teorie rozmaite), prawdopodobnie z przeciążenia pracowego. Można zatem powiedzieć, że mam swego rodzaju doświadczenie z przeżywaniem, wielokrotnym, śmierci osoby bliskiej.

 

Ponieważ w pewnym momencie napięcie stało się nie do zniesienia, przedarłam się przez fora internetowe i dowiedziałam się, że zanim informacja o zamachu dotrze do mediów, odwiedzą mnie smutni panowie albo zadzwonią do mnie family liaison officers, którzy przekażą wieść Hiobową. Uspokoiło mnie to trochę. Oczywiście, lęk o osobę bliską pozostał, ale lektura portali internetowych nie zabijała, nie paraliżowała, nie prowadzila do irracjonalnych, panicznych (?) zachowań. więcej..>>

 

23/12/2011