„Jak siebie samego” prowadzi do wzajemności. Tylko w spotkaniu Ja i Ty możliwa jest miłość. Paradoksalnie – im uważniej Ja patrzy na Ty, im bardziej daje siebie Ty, tym głębiej widzi siebie samego, tym bardziej jest.


A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.
[2]


Droga wyjścia ze środka zaklętego kręgu to skupienie się na wołaniu drugiego. „Swoje zmartwienia” ogląda się wtedy jakby z zewnątrz; zmiana perspektywy przynosi w efekcie wyzwolenie.

 

Bliźni jest nie tylko potrzebującym, sierotą, wdową, obcokrajowcem. Bliźni to ktoś, kto zadaje ból, rani – wprost, przez podglądanie czy obmowę, czy odmowę pomocy; i pośrednio, zmuszając mnie do opowiedzenia się, do wyjścia z kokonu wygody czy po prostu bezpieczeństwa. To ktoś, kto mnie naraża.

 

Bo ten, kto zastuka do drzwi, samym swoim istnieniem domaga się ode mnie odpowiedzi. Od tego, jaką dam odpowiedź, będzie zależeć całe spotkanie i całe „potem”. W odpowiedzi jest moja odpowiedzialność; i to niezależnie od tego, kim byłem dotychczas. Za każdym razem od nowa staje przede mną możliwość bycia naprawdę i jej zaprzeczenie. Gdzie się podziała nasza wolność, jeśli nie możemy być sobą? Gdzie się podziałem, kiedy się zawieruszyłem? [3]


Czy Ty ma prawo narażać Ja? Jakie ma prawo narażać Ja? Czy wolno jednemu człowiekowi narażać drugiego? Na co narażać? Czego wolno, a czego nie wolno się domagać od drugiego? Co to znaczy „domagać się”?

 

Bohater „Początku” , sędzia Romnicki, pewnej nocy, gdy już leżał w łóżku, usłyszał dźwięk telefonu.

- Halo – rzekł sędzia. – Słucham.
- Sędzia Romnicki? – odezwał się daleki, szeleszczący głos, jakby na wietrze. – Sędzia Romnicki?
- Jestem, słucham, kto mówi? – zawołał sędzia.
- Fichtelbaum, adwokat Fichtelbaum, pan mnie pamięta?
- Panie Boże! – powiedział sędzia. – Panie Boże!
Z tamtej strony napłynął głos szeleszczący, wyraźny, lecz bardzo daleki, jakby odzywał się z innego świata, i tak było w istocie. Telefonował adwokat Jerzy Fichtelbaum, dawny sędziego znajomy. Szło o córeczkę adwokata, imieniem Joasia. Ojciec chciał uratować dziecko przed zagładą. (...)
Uzgadniali szczegóły. (...). Potem sędzia powiedział nazwisko i adres, a adwokat Fichtelbaum krzyknął nagle;
- Żegnajcie! Żegnajcie wszyscy!
Połączenie zostało przerwane. Sędzia stuknął w widełki, raz i drugi. Potem odłożył słuchawkę. (...)
- Jestem – powiedział głośno sędzia, jakby został wywołany.
[4]

 

Być wywołanym – usłyszeć swoje nazwisko. Dostać szansę, żeby powiedzieć: „Jestem”. Bóg uczynił mu łaskę i pozwolił złożyć największą ofiarę. Nie był co prawda wyjątkiem. Lecz należał do nielicznej mniejszości, która dokonywała takich wyborów. Była to szczęśliwa noc w życiu sędziego [5]. Dlatego po latach przyglądał się śmierci spokojnie i z godnością, ponieważ wszystko pamiętał. Pamięć, Anioł Stróż sędziego, była przy nim. W tym sensie pozostał uprzywilejowany.
Ale każdy może to mieć.
Umierając powiedział: - „Jestem!” - i uśmiechnął się łagodnie
[6].

 

Drugi człowiek – bliźni – samym swoim istnieniem naraża mnie na niebezpieczeństwo i domaga się odpowiedzi. Ale jednocześnie daje mi szansę zaistnienia. Jestem, to znaczy – jestem gotów zaświadczyć o tobie. O twoim prawie do życia. Bo najważniejsze jest życie, a jak jest już życie, to najważniejsza jest wolność [7]. Mówiąc konkretnie, Trzeba dać mieszkanie bitemu. Trzeba go schować w piwnicy. Trzeba się tego nie bać. I w ogóle zawsze trzeba być przeciwko tym, którzy biją [8]. Zapytać, czy drugi ma prawo mnie narażać, to to samo, co pytać o prawo do istnienia. Wtedy pytanie o granice odpowiedzialności traci sens. Oczywiście, bardziej odpowiadam za tych, którzy w jakiś szczególny sposób są mi powierzeni (rodzina, dzieci, rodzice, najbliżsi) – ale przecież bywa tak, że podział na bliższych bliźnich i dalszych bliźnich nie tylko się zaciera, ale komplikuje o wiele bardziej. Twarz żydowskiego dziecka w drzwiach miałaby zobowiązywać mnie mniej niż twarz mojego własnego dziecka, które stoi obok i patrzy? Powiedzieć, że nie mam prawa narażać życia swoich dzieci/rodziców/rodzeństwa w imię życia obcych, bo tylko z siebie mogę uczynić ofiarę – to nie tylko ułatwienie, to niebezpieczna demagogia. Po pierwsze, ukrycie żydowskiego dziecka wcale nie musi doprowadzić do śmierci tych, którzy je przyjęli. Choć oczywiście ryzyko istnieje. Ale to po prostu sytuacja szczególna, w której ujawnia się zwykła przyzwoitość. Że za nią niekiedy płaci się życiem? Tak. Ale jeśli boję się o najbliższych, bo ich kocham, i wyrzucę z domu żydowskie dziecko w imię tej miłości, to niechbym przynajmniej nie nazywał czarnego białym, a białego czarnym. To ze strachu, nie dla wielkich idei, skazałem tamto dziecko na śmierć. Po drugie, co potem? Bo kiedy zamknąłem drzwi, muszę się odwrócić i wtedy napotkam spojrzenie mojego dziecka, tego, które kocham i którego nie chcę narazić. A ono widziało wszystko. Jakie mam prawo kiedykolwiek powiedzieć o jakimkolwiek dobru czy miłości swojemu dziecku, skoro ono wie – i na zawsze zostanie w jego oczach tamto, skazane na śmierć? Przecież odmawiając schronienia tamtemu dziecku, zabiłem też swoje.