"A bliźniego swego,jak siebie samego"

Renata Jarosz

 

Powtarzane od dziecka. Znane od zawsze. Już bez zdziwienia, bezwiednie przyjmowane jako własne, już bez pytań i wątpliwości, jakby rozstrzygnięcia padły w zamierzchłych czasach i tekstach wyuczonych na pamięć przed tylu laty, że zrosły się z codziennością, nie zostawiając śladów. Zwłaszcza że dosłowność przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, usłyszanej w dzieciństwie jako sztandarowy przykład przykazania miłości bliźniego, często uwalnia od wahań i niepewności.


Gdyby zacząć od końca... „Jak siebie samego”. Czyli jak? Co znaczy „jak siebie”? Przecież niemożliwa jest rezygnacja z miejsca „ja” w centrum wszechświata; przecież znam przede wszystkim siebie, to ja sam patrzę i decyduję, uwzględniając najpierw to, co moje; jestem „pępkiem świata” dla siebie i nic tego nie zmieni. Tak jestem ukształtowany, moja percepcja świata zaczyna się od środka właśnie, tego, którym jestem ja sam. Więc albo musiałbym zrezygnować z bycia w centrum, albo umieścić tam enigmatycznego bliźniego. To prawie niemożliwe. Bo nie chodzi o spojrzenie na świat oczami drugiego – to nic innego jak narzucenie drugiemu mojego obrazu. To władza, a nie miłość.

 

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie,
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.
[1]

 

Być rzeczą, i to jedną z wielu; podjąć próbę zejścia z piedestału „ja”, „moje”, „dla mnie”. Niemal niewykonalne, zaprzeczające fizyce. Ale taki dystans nie reifikuje, nie sprowadza do przedmiotu, lecz pozwala zobaczyć siebie niejako z zewnątrz i pośród innych. Bez upiększających a złudnych masek. Nie „ja” ze wszystkim, co o sobie wiem (moje dobre intencje!), tylko „ja” widziany tak, jak widzę innych ludzi. Decentralizacja siebie pośród ludzi i siebie pośród stworzeń. Ale zwłaszcza wśród ludzi. Bo zobowiązanie Samarytanina powstaje na styku Ja-Ty, kiedy obce Ja patrzy na twarz obcego Ty. Odpowiedzialność rodzi się wtedy, gdy w twarzy Ty Ja dostrzeże ranę. Ty cierpi – bo jest obcym, prześladowanym, imigrantem, nędzarzem; bo jest nieporadnym, upośledzonym, albo po prostu starym; bo jest wyśmiewanym, upokarzanym, brudnym; bo w odruchu obronnym stał się agresywny albo zamknięty; bo jest sam przeciw wszystkim; bo niezdolny i źle ubrany; bo nie ma kto się za nim ująć; bo nie pasuje do porządnych dzielnic, szkół, krajów, kościołów. Bo jest Innym. I Ty cierpi – bo jest bogatym i przeraźliwie pustym człowiekiem; bo w nieustannej gonitwie za prestiżem i spełnianiem wykreowanych przez zewnętrzny świat fałszywych potrzeb zapomniał o tym, co ważne. Bo chce być takim samym jak tamci.

 

Ty cierpi, bo zostało zranione przez jakieś Ja. Rana powstaje, gdy dotknie mnie drugi; nie świat mnie rani, tylko gest, słowo, spojrzenie drugiego (albo ich brak!). Najbardziej bolesna rana w spotkaniu Ja-Ty to uprzedmiotawiające spojrzenie drugiego. To podglądanie – wejście w sferę intymności, żeby wykpić i ośmieszyć. To Sartre’owskie patrzenie przez dziurkę od klucza, żeby przyłapać podglądanego i zawstydzić go. Wtedy podglądające Ja czyni z podglądanego Ty rzecz, która ma służyć poczuciu wyższości Ja.

 

Ale zamiast zniżać się do wysokości dziurki od klucza, można zapukać. Wtedy pomiędzy Ja i Ty może wydarzyć się spotkanie, które jest szansą dla Ja i Ty. Także tu pojawia się rana – bo w spotkaniu objawia się prawda o tym, kim jest Ja i kim jest Ty. Dopóki nie spotkam spojrzenia drugiego, nie wiem, kim jestem. To spojrzenie może mnie zranić nie tylko gdy mnie uprzedmiotowi; rani mnie szczególnie boleśnie, kiedy uświadomię sobie własny egoizm, kiedy rozpadnie mi się wypolerowany obraz siebie samego. Na pustyni i w zamkniętym pokoju widziałem siebie jako krąg nieograniczonych możliwości, jakbym zapomniał, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono; dopiero kiedy otworzę drzwi i zaproszę drugiego, zobaczę siebie naprawdę. Tylko że to boli. Cóż, zawsze można nie otwierać drzwi.

Strony: 1 2 3 Następna »