Pierwszy czarnoskóry zostanie posłem w polskim Sejmie - John Godson wejdzie do parlamentu na miejsce Hanny Zdanowskiej, która właśnie została prezydent Łodzi. O swoich pierwszych doświadczeniach w kraju, o tym, że w Polsce nie ma rasizmu tylko "niskie kompetencje międzykulturowe", o "fair trade", o potrzebie szacunku wobec pracowników i wielu innych ważnych problemach świeżo upieczony poseł rozmawia z Szymonem Graniczką.

 

Szymon Graniczka: Zacznę trochę przewrotnie. Będzie pan wyjątkowym posłem. I nie chodzi mi o kolor pańskiej skóry?


John Godson: …

 

Jeśli dobrze się orientuję, będzie pan jedynym duchownym w polskim parlamencie.


A tak, rzeczywiście…

 

Pytam o to, ponieważ czytałem, że właśnie wiara i religia sprawiły, że trafił pan z Nigerii do Polski.


Tak. Przyjechałem do Polski jako świecki misjonarz, żeby pracować ze studentami. Nie uznaję tego za coś wyjątkowego, pracuję jak normalny człowiek, mam żonę, dzieci, a że wierzę w Boga... to coś pozytywnego, nawet atut.

 

Dlaczego podjął pan decyzję o wyjeździe z Nigerii do Polski?


To wiąże się z historią opowiedzianą mi przez pastora z Rumunii, który wyemigrował do USA. Mówił on o człowieku o imieniu Iwan lub Igor, nie pamiętam dokładnie. Był on prześladowany i zamordowany za wiarę przez KGB. Dlatego zdecydowałem się przyjechać do tej części świata. Wtedy wiedziałem tylko, że to były komunistyczny kraj. Spodziewałem się nawet, że mnie również mogą dotknąć jakieś prześladowania.

 

I nie było żadnych…?


Nie było żadnych instytucjonalnych, aczkolwiek bywały różne społeczne represje. Kilkanaście lat temu, był taki klimat, że wszystko, co nie było Kościołem katolickim, było nazywane sektą. Z tego powodu bywały różne nieprzyjemności.

 

Do tej pory był łódzkim radnym - co udało mu się zrobić? Pan jest członkiem Kościoła Zielonoświątkowego?


Jestem związany z Kościołem Bożym w Chrystusie, który jest w ruchu zielonoświątkowym. Jeśli chodzi o moją wiarę, to jest ona usadowiona w charakterze ewangelicznym-zielonoświątkowym, charyzmatycznym, protestanckim.

 

Doskwiera panu ten mróz?


Nie, ja wolę zimę, nawet bardziej niż lato, zwłaszcza kiedy są 33 stopnie.

 

Jakie były pana pierwsze dni w Polsce?


Przyjechałem dokładnie 2 sierpnia 1993 roku, ktoś miał na mnie czekać na lotnisku na Okęciu, a nikogo nie było. Wziąłem więc taksówkę i taksówkarz mnie oszukał. Wziął prawie 100 dolarów za kurs z lotniska na Dworzec Centralny. W pociągu do Katowic poznałem pracownicę biurową LOT-u. Nazywała się Elżbieta Kocurek. Pochodziła z Katowic. Szukam jej do dzisiaj, ale nie mogę jej znaleźć. Jeśli to czyta, pozdrawiam ją serdecznie. Miała dwie córki. Jedna z nich mówiła dobrze po angielsku. One mi pomogły w tłumaczeniu wszystkiego, pomogły zameldować się w hotelu. To było naprawdę wyjątkowe, szczególnie, że znalazłem taką osobę.

 

Jak się panu podobało w Katowicach?


Jedno z moich pierwszych doświadczeń dotyczy powietrza. Gdy mieszkałem w Nigerii, to biegałem w maratonach. Postanowiłem pobiegać, ale nie wytrzymałem – powietrze było takie… ciężkie, czuło się w płucach ból. Inna historia: chciałem kupić w sklepie kurczaka. Nie mówiłem jeszcze po polsku. Kolejka. I mówię "chicken, chicken", a nikt nie rozumie. Więc zacząłem udawać odgłos kury. No to są takie pierwsze doświadczenia z językiem. Potem mieliśmy mieć wyprawy ewangelizacyjne. Uczestniczyłem w nich z ludźmi z innych części świata, ze Stanów, z Anglii… To był mój pierwszy przyjazd do Łodzi, bo tam się to odbywało, sierpień 1993 roku.

Strony: 1 2 3 4 5 Następna »