• <small><i>wóz opancerzony pod siedzibą Anafen</i></small>
    wóz opancerzony pod siedzibą Anafen

Od jesieni tego roku język kurdyjski w Turcji po raz pierwszy po latach prześladowań i zakazów przekroczył magiczny próg szkoły publicznej. Mimo że póki co będzie jedynie językiem do wyboru dla uczniów od czwartej klasy szkoły podstawowej, to jednak jest to osiągnięcie. Jeszcze rok temu premier Erdoğan zarzekał się przecież, że język kurdyjski może być nauczany tylko na prywatnych kursach.


W istocie jednak to niewielkie ustępstwo jest symptomem zaciekłej ideologicznej walki politycznej toczącej się w Turcji z coraz większym nasileniem w ostatnich latach. Spór toczy się między zreformowanym islamizmem (partia AKP), a próbującym się zreformować marksizmem (prokurdyjska partia BDP). Na wiosnę tego roku zaaresztowano i zatrzymano wielu przedstawicieli prokurdyjskiej partii BDP, którzy w ostatnich miesiącach podjęli w tureckich więzieniach dramatyczny protest głodowy. Trudno więc traktować politykę Turcji wobec Kurdów zupełnie poważnie, nawet jeśli niektórzy sceptycy traktują podjęty przez BDP strajk głodowy jako histeryczną próbę zwrócenia na siebie uwagi przed nadchodzącymi wyborami lokalnymi. Celem toczącej się walki ideologicznej, oprócz zdobycia poparcia, jest również ukształtowanie obecnej i przyszłej tożsamości mieszkańca Turcji. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że od tego kim on będzie, zależy przyszły byt lub niebyt Republiki.


Anafen – to jedna z dershane, czyli coś w rodzaju szkoły dokształcającej lub zorganizowanego programu korepetycji. Przeznaczona jest jednak nie tylko dla uczniów, którzy mają jakieś problemy w szkole. Uczęszczają do niej także ci, którzy pragną dostać się na studia wyższe. Dla nikogo w Turcji nie jest tajemnicą, że system edukacji pomyślany jest tak, aby szkoła uczyła tylko w połowie, zaś braki były uzupełniane na odpłatnych kursach. W ten sposób za edukację płaci się podwójnie, a wielu nauczycieli może znaleźć dodatkowe zatrudnienie. Ale Anafen to nie tylko szkoła dokształcająca z matematyki, geografii, czy literatury. Prowadzą ją ludzie związani z Fethullahem Gülenem – człowiekiem, który wraz ze środowiskiem które stworzył uznawany jest za szarą eminencję tureckiej sceny politycznej. Dla jednych jest on promującym pokój i dialog filozofem i mistykiem. Dla innych groźnym demagogiem łączącym islam z elementami tureckiego nacjonalizmu.


Odwiedzam Anafen w jednym z prowincjonalnych kurdyjskich miasteczek na turecko- irańskim pograniczu. Otwieranie takich miejsc na wschodzie kraju ma szczególne znaczenie ponieważ mieszkająca tu ludność jest wciąż bardzo słabo wykształcona – wyjaśnia mi dyrektor placówki - dlatego też gorzej radzi sobie w życiu i stąd wynikają wszystkie jej problemy. Nie mogę się z nim całkiem nie zgodzić, ale ów „oświecicielski” zapał zupełnie nie uwzględnia faktu, że owa „mieszkająca tu ludność” jest odmienna pod względem etnicznym i od wieków zwykła nazywać siebie Kurdami. Podobną amnezją wykazuje się i sam Fethullah Gülen. Wygodniej jest mu nie pamiętać, że wiele, jeśli nie większość wartościowych koncepcji zaczerpnął od swego nauczyciela – wybitnego kurdyjskiego duchownego i filozofa Saida Nursiego (1878-1960). To nie jedyny przykład przywłaszczania przez kulturę turecką dziedzictwa sąsiadów, które w mowie obecnej politycznej poprawności zwie się „turecką wielokulturową mozaiką”.


Kurdowie oskarżają Anafen o prowadzenie ukrytej polityki asymilacji, bezprawne korzystanie z państwowych funduszy na edukację mniej zamożnych, którzy tym samym od razu trafiają pod skrzydła ideologicznie sprofilowanej organizacji. Ich zdaniem Turcy kolejny raz próbują „nabrać ich na islam”. Owo oszustwo polegać ma na sugerowaniu pierwszorzędnej roli braterstwa w wierze, przekraczającej podziały etniczne, podczas gdy faktyczna przyjaźń i zrozumienie zupełnie nie mają miejsca. Jak wiadomo, to tożsamość wyznaniowa była niegdyś elementem spajającym Imperium Osmańskie, do którego tak bardzo nawiązują dziś obecne władze Turcji. Rzeczywiście tego rodzaju idee propagują różni goszczący we wschodniej Turcji intelektualiści jak choćby prof. Yasin Aktay przekonując, że w dobie globalizacji tożsamość etniczna przestała się już liczyć. Dlatego – jego zdaniem - trzeba postawić na islam. Ale Ahmet Altan – publicysta tureckiej opozycyjnej gazety Taraf zwraca uwagę, że skoro islam głosi równość wszystkich wobec Boga, to czemu wobec tego Turcy mają być traktowani za nieco równiejszych? Zwłaszcza, że co gorsza, wciąż wymazują z pamięci własne winy wobec sąsiadów.


Przyzwolenie na język kurdyjski dopiero od czwartej klasy szkoły podstawowej jest więc realizacją zasady – dajmy im coś, ale tak żeby nie dać zbyt wiele. Po latach prześladowań może dobre i to - twierdzą niektórzy. Ta niepisana reguła od kilku lat kształtuje jednakże tzw. proces kurdyjskiego otwarcia, którego celem miało być rozwiązanie w Turcji problemu kurdyjskiego. Ale czy w czwartej klasie ktoś zechce jeszcze wrócić do ojczystego języka? Jego znajomość nie gwarantuje przecież żadnych sukcesów, ani zawrotnej kariery, a jedynie dość niemodny kontakt z przeszłością i ciągłość kultury.


Dyrektor Anafen słucha moich zarzutów i wydaje się dość zaskoczony. Patrzy na mnie spokojnie, ale jego narastające milczenie coraz mniej sprzyja kontynuowaniu rozmowy. W przeciwieństwie do Kurdów, których przybyła oświecać jego organizacja, uważa że kontakty z „miejscową ludnością” układają się znakomicie. Moje wątpliwości budzi jednak stojący pod Anafen dzień i noc, jak pies na łańcuchu, wóz opancerzony. Z pewnością nie należy to prywatnej agencji ochroniarskiej. I co właściwie robi przed miejscem, które tak pokojowo niesie Kurdom kaganek oświaty?


Ale myli się ten kto sądzi, że demagogię uprawia jedynie strona turecka. W Diyarbakır - nieoficjalnej stolicy tureckiego Kurdystanu odwiedzam kilka kurdyjskich instytucji kulturalnych. Jedne, jak skromne Nûbihar urzekają mnie kompetencją i wiarą w moc słowa i kultury. Ale inne – te najbardziej widoczne i okazałe – jak nowo powstałe Centrum Młodzieży, Kultury i Sztuki imienia - kurdyjskiego rewolucyjnego poety - Dżegerchwina – rodzą wiele pytań i wątpliwości. Z daleka widać, że władze lokalne rodem z prokurdyjskiej partii BDP wpakowały w budowlę olbrzymią sumę pieniędzy. Wnętrza są zaiste imponujące; kino, sala baletowa i wystawowa, biblioteka i wiele innych pomieszczeń. Bardziej niż okazałość poraża mnie jednak szczególna ideowa pustka. Mimo że Diyarbakır to rzeczywiście kulturalna stolica regionu, z której wywodzi się wielu ciekawych pisarzy współczesnych, program centrum nie wydaje się tego bogactwa uwzględniać. Spotykam się z jedną z osób odpowiedzialnych za działalność instytucji. Zdaniem towarzysza Ahmeda – tak bowiem każe się tytułować- kurdyjscy pisarze współcześni nie potrafią słuchać własnego ludu i piszą rzeczy zupełnie dlań niezrozumiałe. Spotykać się z nimi nie ma więc wielkiego sensu. Wyjątek stanowią nieliczni twórcy będący sympatykami partii. Bez takiej legitymacji trudno jest w Diyarbakır zostać uznanym autorem lub artystą. Powstałe po latach prześladowań pierwsze wielkie kurdyjskie centrum kultury zajmuje się zatem – jak z dumą podkreśla towarzysz Ahmed - promowaniem kultury alternatywnej i niekomercyjnej, antyglobalnej, ekologicznej i feministycznej oraz – oczywiście - dialogu międzykulturowego. Hasła te streszczają doskonale próbę zreformowania twardego marksizmu, jaki dotychczas wyznawali zwolennicy PKK i BDP i przekształcenia go w rodzaj ideologii łączącej wiele współczesnych nie tylko lewicowych haseł. Słyszę je w każdym partyjnym biurze i od każdego zagorzałego zwolennika, choć nikt nie umie mi dokładnie wytłumaczyć co właściwie znaczą. Dialog międzykulturowy powtarza się też niczym mantra niemal w każdej wypowiedzi ludzi z Anafen. Wszystko to brzmi może bardzo atrakcyjnie, szkopuł tylko w tym, że te ogólnikowe slogany mają się nijak do rzeczywistych problemów „miejscowej ludności”, która coraz szybciej zapomina ojczystego języka. Tym samym traci znajomość własnego dziedzictwa, a wraz z nim umiejętność wyrażania własnych emocji, nadziei, a nawet codziennych potrzeb. Przede wszystkim jednak, wraz z językiem i kulturą traci umiejętność samodzielnego rozwiązywania własnych problemów. Zdolności tej nie zastąpią niestety idee importowane.


Jesteśmy uwięzieni pomiędzy islamizmem AKP i dziwaczną ideologią PKK/BDP – mówi moja kurdyjska przyjaciółka Nuran, z którą od wielu lat komentujemy własne spostrzeżenia. - Inne głosy i idee z trudem torują sobie drogę w tak mocno zmonopolizowanej przestrzeni. Jedyna szansa w tym, że coraz więcej ludzi zaczyna myśleć i próbuje stworzyć swój własny światopogląd, nawet jeśli w wyborach z braku innej alternatywy oddają głos na AKP albo BDP. Nie mam jednak złudzeń, że żadnej z tych partii nie zależy na rozwiązaniu dziś w Turcji kurdyjskiego problemu.


dr Joanna Bocheńska

(2013-02-04)