W tym roku przypada już 33 rocznica rozruchów antyromskich, zwanych pogromem oświęcimskim. Wydarzenia te ciągle stanowią białą plamę w naszej najnowszej historii. Spowija je mgła przemilczenia, zapomnienia, niedomówień. Stanowią jeden z najbardziej wstydliwych rozdziałów, jakie miały miejsce w Polsce po II wojnie światowej, dotyczących relacji społeczności większościowej z mniejszością romską. Pomimo upływu ponad trzech dekad wciąż nie doczekaliśmy się udokumentowania tego tragicznego epizodu. Nie powstała żadna monografia, film dokumentalny, opracowanie naukowe.

 

Wydarzenia oświęcimskie pozostają bagatelizowane, wręcz zepchnięte na śmietnik historii, jako niewarte zachowania, upamiętnienia. W rzeczywistości, to co wydarzyło się 21-22 października 1981 roku ma charakter unikalny, bezprecedensowy. Składa się na to wiele czynników. Warto pamiętać , iż akty nienawiści, agresji, jawnej przemocy wobec członków społeczności romskiej miały miejsce w wyjątkowym dla naszego kraju okresie, jakim był karnawał solidarności. W czasie największej w historii Polski eksplozji solidaryzmu społecznego, empatii, nadziei, optymizmu, dochodziło do dantejskich scen, będących zaprzeczeniem wartości podzielanych przez miliony naszych rodaków. Przez 2 dni Oświęcim stał z Conradowskim jądrem ciemności. Co więcej fala nienawiści wobec słabszych, wykluczonych miała miejsce w Oświęcimiu, mieście-symbolu upadku człowieczeństwa, największym cmentarzysku w dziejach ludzkości. Wśród sprawców pogromu byli ludzie, którzy ciągle pamiętali o funkcjonującej w tym miejscu największej fabryce śmierci. Niespełna 40 lat po koszmarze wojennym, na ziemi przesyconej krwią, cierpieniem, śmiercią, próbowano dokonać wypędzenia, gwałtu, mordu na ludziach tylko dlatego, że byli „innymi”, Romami. Powszechnie wyjaśnia się przyczyny i przebieg antyromskich rozruchów, jako wynik wzajemnego konfliktu, sporu, pozbawiony kontekstu etnicznego. Nie jest to prawdą , świadczy o tym skala i temperatura nastrojów, jakie panowały w mieście w tym czasie. Konflikt był tylko iskrą, która uruchomiła spiralę nienawiści, jaka tkwiła wśród mieszkańców Oświęcimia wobec ich romskich sąsiadów. Mieliśmy do czynienia z klasycznym mechanizmem „kozła ofiarnego”, którego istotą jest to, iż w chwili kryzysu całe odium uśpionej nienawiści i lęku kierowane jest wobec „innych”, „obcych”, w tym przypadku utożsamionych z Romami.


33 lata temu błahy z pozoru incydent, podczas którego doszło do bójki Roma z Polakiem, przerodził się szybko w regularny pogrom. Na pierwszy rzut oka, nic nie wskazywało, że może dojść do aktów brutalności i bandytyzmu na taką skalę. Romowie żyli z swoimi polskimi sąsiadami w względnie dobrych relacjach. Zwłaszcza dzieci i młodzież utrzymywała między sobą bliskie relacje, kolegowali się, a nawet przyjaźnili. Wśród osób dorosłych i starszych utrzymywał się dystans, niemniej na przestrzeni blisko 20 lat stałej obecności Romów w mieście, wzajemne relacje były poprawne, pozbawione konfliktów i sporów. Nie panowała co prawda sielanka, jednak w najczarniejszych wizjach, nie można było przewidzieć, że zwykła awantura, może przeobrazić w prawdziwy lincz, przypominający żywcem obrazy z amerykańskiego południa, w okresie panowania segregacji rasowej.


Nie od dziś wiadomo, że cechą charakterystyczną społeczności miasteczek, jest gra pozorów i zalegające przez lata pokłady zła, okrucieństwa, przemocy, patologii, które niczym lawa kłębią się pod powierzchnią przyzwoitości, poprawności, porządku, wartości i porządku. To właśnie w niewielkich społecznościach dychotomiczny podział na - „my” i „oni” jest najsilniej zakorzeniony, najgłębszy, tworzy immanentną część małomiasteczkowej tożsamości. W takim środowisku konflikty mogą tlić się przez pokolenia, zanim wybuchną z przerażającą siłą. Niezależnie od czasu, szerokości geograficznej, rasy czy zamożności przemoc przybiera najokrutniejszą formę właśnie w takich ośrodkach. Tak było chociażby w okresie apartheidu w RPA, gdzie największym bastionem tego nieludzkiego systemu były wioski, farmy i małe miasta. Jest coś przerażającego w sielankowych klimatach świata przedmieść i osad, gdzie wszyscy wszystkich znają, a obcy pozostaje na zawsze obcym, niezależnie od jego przymiotów, zalet, zaangażowania. Bo kimże jest właśnie „inny”, „obcy”, jeśli nie kimś poza wspólnotą, czyli w zasadzie reprezentuje inny gatunek, jest jakimś tworem humanoidalnym, ale przecież nie jestem jednym z nas. Nie można go traktować naszą miarą, zwłaszcza w sytuacji kryzysowej, granicznej, wówczas obcy przestaje być człowiekiem, staje się bezosobowym „czymś”, wobec którego nie odczuwa się szacunku, współczucia, tylko mechanizm wykluczenia, który w praktyce jest czystą eliminacją, symboliczną lub fizyczną.


Co takiego stało się 33 lata temu? Jak już wspominałem zaczęło się od zwykłej burdy, sprzeczki, jakich wszędzie pełno wśród młodych ludzi, pełnych emocji, ambicji, buzujących hormonów. Romowie twierdza, że to romski chłopak został pobity, Polacy, że było odwrotnie. Niezależnie od tego, kto był winien, jedno można przyjąć za pewnik. Gdyby uczestnikami mordobicia było dwóch przedstawicieli społeczności większościowej, to skończyłoby się na zadrapaniach, siniakach, w najgorszym wypadku złamaniu nosa i nie byłoby reperkusji nazajutrz. Pech polegał na tym, że w „bitce” wziął udział Rom. To sprawiło, że spokojni na co dzień mieszkańcy sennego miasta, utracili na chwilę zdolność racjonalnej oceny rzeczywistości, doznali 24-godzinnego zaćmienia umysłów. Zareagowali w sposób niewspółmierny do zaistniałej sytuacji. Mordercze instynkty i żądza krwi wzięły górę nad rozsądkiem oraz normami kulturowymi i moralnymi. Do pojedynczych prowodyrów, głównie rekrutujących się z dołów społecznych, przedstawicieli lokalnego lumpenproletariatu ,stopniowo dołączało coraz więcej ludzi, w tym wielu szacownych i cieszących się poważaniem obywateli miasta, którzy razem tworzyli ziejącą nienawiścią tłuszcze, która kierowała się w swym działaniu tylko jednym imperatywem – wykurzenia z miasta wszystkich Romów. Warte dokładnego zbadania są wątki rzekomej prowokacji komunistycznych służb, które stały za pogromem. Wśród mieszkańców miasta nie brakuje opinii, że to milicja i esbecja jest autorem rozruchów i to jej przedstawiciele dominowali wśród napastników. Hipoteza ta jest prawdopodobna, czego dowodzi udział w wydarzeniach m.in. brata ówczesnego komendanta SB, charakterystyczne dla ubecji próby dezinformacji - m.in. rozsiewanie plotki, że Romowie z całego województwa mieliby być przesiedleni do Oświęcimia, a także, że miejscowi Romowie wykupili cześć budynku komunalnego, co okazało się kłamstwem – celem podjudzenia negatywnych emocji wobec Romów wśród mieszkańców miasta na krótko przed wybuchem pogromu.


Dodatkowym argumentem przemawiającym za zasadnością twierdzenia o inspirowanym charakterze zajść antyromskich był fakt, iż w Oświęcimiu pogrom uzyskał swoiste ramy organizacyjne w postaci zawiązania przez tłum „Komitetu na rzecz wypędzenia Cyganów” na czele którego stanął wspomniany już brat komendanta, co w przypadku czysto spontanicznej akcji, gdzie rządzi przypadek i chaos, byłoby raczej niemożliwe. Obrazu grozy dodatkowo nadaje sytuacja, w której z haniebnym, rasistowskim komitetem podejmuje dialog ówcześni przedstawiciele władzy stojącymi na straży prawa i bezpieczeństwa.


To wręcz niewyobrażalne, ale komitet został potraktowany, jako równoprawny partner dialogu na linii władza – społeczeństwo lokalne, a Romowie stali się przedmiotem dyskusji, niczym „podludzie”, z którymi zdaniem nikt się nie liczy. Jednocześnie postawę ówczesnych władz i milicji można określić, jaką ambiwalentną, gdyż oprócz tego, że pertraktowała z potencjalnymi mordercami, którzy chcieli ostatecznie zlikwidować „problem romski” w mieście, to z drugiej strony tylko zdecydowana postawa milicji pozwoliła zapobiec tragedii. W efekcie tłum ruszył pod dom uczestnika bójki, spalono i zniszczono wiele samochodów. Cześć rodzin romskich w popłochu musiało uciekać z swoich mieszkań. Tłum ludzi z pochodniami, kamieniami, kijami, ruszył przez miasta, aby dokonać zbiorowego samosądu na Romach. Po 2 dniach walk milicji z uczestnikami pogromu, Romowie zostali ocaleni, jednak cena, jaką za to zapłacili była wielka. Władze pod presją mieszkańców Oświęcimia wypracowały swoisty „kompromis” rozwiązujący problem zamieszek antyromskich. Poprzedziło go spotkanie, do jakiego doszło miedzy przedstawicielami ówczesnych władz, milicji oraz komitetu z Wójtem romskim, który wraz z delegacją romską przybył na nie pod osłona eskorty milicji. Stronie romskiej złożono propozycje opuszczenia Oświęcimia i osiedlenia się na terenie wyznaczonego dla nich osiedla pod Bielskiem, czyli de facto zamieszkania w swoistym gettcie romskim. Z zrozumiałych względów propozycja ta została odrzucona, co konsekwencji spowodowało, ze władze złożyły propozycje nie do odrzucenia, od której Romowie nie mogli się już odwołać. W efekcie negocjacji Komitetu z władzami, w których uczestniczył również wójt Romów, (któremu przyszła rola bezwolnego uczestnika, który musiał przyjąć ostateczną decyzję władz), doszło do ugody, na mocy, której cała społeczność romska otrzymała paszporty, (choć dla wielu innych obywateli Polski otrzymanie tego dokumentu było sprawą trudną, jeżeli nie niemożliwą) i wyemigrowała do Szwecji, były to tzw. wilcze bilety, uprawniające do przejazdu przez granicę w jedną stronę z adnotacją, iż posiadacz nie jest obywatelem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Ostatnia, najliczniejsza grupa Romów wyjechała 13 grudnia 1981 roku, w dniu wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Rozwiązanie wypracowane wówczas stało się „modelowym”, które następnie były stosowane wobec Romów w całej Polsce. Nie można również zapominać, iż pogrom w konsekwencji miał również skutki ekonomiczne, zmuszone do wyjazdu rodziny romskie, z braku czasu i możliwości, musiały, często za bezcen wyprzedawać swój majątek – meble, sprzęt elektroniczny, samochody, a nabywcami i jednocześnie beneficjentami tego procederu byli miejscowi mieszkańcy.


W ten sposób ludzie, którzy urodzili się w Polsce, których przodkowie od wielu pokoleń byli obywatelami państwa polskiego zostali przymusowo, wbrew swojej woli, pozbawieni obywatelstwa i wyrzuceni z swojej ojczyzny, tylko, dlatego, że byli Romami. Niestety świadomość o tym wydarzenia wśród społeczeństwa jest wręcz zerowa, dlatego też należy ustawicznie o tym przypominać, aby pogrom ten nigdy nie został zapomniany.


Wydarzenia w Oświęcimiu sprzed ponad 30 lat stanowią odrażający przykład inżynierii społecznej, która problemy natury etnicznej rozwiązuje droga decyzji administracyjnej i przymusowych wysiedleń. Pogrom to lekcja nakazująca, iż władze nie powinny lekceważyć żadnych incydentów, potęgujących napięcia społeczne, gdyż ciągle w podświadomości społeczeństwa nagromadzone są ogromne pokłady stereotypów antyromskich, niechęci, strachu, braku zrozumienia, co w sytuacjach kryzysowych grozi eskalacja nienawiści.

Marek Isztok

(2014-10-21)