• fot. J. Gałęziowski
    fot. J. Gałęziowski

1. To było na samym początku naszego pobytu w Iranie. Nowe smaki, zapachy i dźwięki. Z Tabrizu postanowiliśmy jechać do Sanandaj, stolicy irańskiej części Kurdystanu. Ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy nic. To znaczy wiedzieliśmy, że Kurdowie noszą spodnie na gumkach, takie jak niektórzy panowie w autobusie.


Wielu pasażerów okazywało życzliwe zainteresowanie. Jeden z nich, szczupły, elegancki mężczyzna około czterdziestki, spoglądał przyjaźnie i zapytywał nas łamaną angielszczyzną o najprostsze rzeczy – kim jesteśmy, gdzie jedziemy. Ale nie od razu, raczej nieśmiało i bardzo spokojnie. Każde pytanie i odpowiedź sprawiały mu ogromną przyjemność, chociaż zamienionych słów było bardzo niewiele. Uśmiechał się i my też się uśmiechaliśmy. W pewnym momencie – była już dziesiąta wieczorem - zapytał, czy zechcemy odwiedzić jego dom, który jest po drodze do Sanandaj. Jeśli tak, musimy wysiąść z nim za pół godziny i podjechać jeszcze kawałek taksówką. I on nas bardzo zaprasza, i uczynimy mu honor, będąc jego gośćmi.

 

Są takie momenty, kiedy robi się coś przeciwnego do słusznych zasad wpajanych przez całe życie. Nie rozmawiaj z nieznajomymi, a już, broń Boże, nie idź z nimi nigdzie. Wiedzieliśmy doskonale, że jest noc, jesteśmy w nieznanym kraju, co gorsza, w tym osławionym Kurdystanie, i zaprasza nas mężczyzna, o którym nic nie wiemy. I może to było szalone, ale w oczach i w całej postaci tego człowieka było coś tak dobrego i jasnego, że zdecydowaliśmy się wysiąść razem z nim. Przed wyjściem z autobusu zadzwonił jeszcze do żony, by przygotowała kolację.

 

A potem była szaleńcza jazda (szybko+głośna muzyka) taksówką, patrole wojskowe po drodze i – baśń z tysiąca i jednej nocy: piękna żona, dwoje figlarnie spoglądających dzieci, królewskie dania, dywany i posłania. Przez trzy dni uczyliśmy się, co to znaczy być gośćmi. Poznaliśmy rodzinę Siruana, jego braci i rodziny braci. Jeden z nich mieszka na co dzień w Iraku i mówi po angielsku – od niego dowiedzieliśmy się pierwszych rzeczy o Kurdach, jak żyją, czym żyją i jaka jest historia tej rodziny. Zobaczyliśmy naszego gospodarza już nie w eleganckich spodniach, ale w takich samych na gumce, w jakich chodzili tu wszyscy mężczyźni, 20 kilometrów od granicy z Irakiem. Panie przesiadywały w kuchni, panowie oglądali kurdyjską telewizję, a dzieci włączały głośno muzykę i skakały na łóżku pod sufit. Siruan na głos muezzina rozkładał w pokoju swój dywanik i modlił się. I niezmiennie się uśmiechał, bardzo zadowolony.

 

Po trzech dniach dojechaliśmy do Sanandaj.

 

2.

Niecały rok później, 21 marca w Syrii, z inną kurdyjską rodziną możemy świętować Newroz – pierwszy dzień nowego roku.

 

O piątej rano jest już jasno i bardzo zimno. Po załadowaniu całego dobytku rodzice wsiadają do szoferki (samochód prowadzi arabski chrześcijanin – to niczemu nie przeszkadza), my usadawiamy się razem z dziećmi na przyczepie i równie szaleńczo (szybko+muzyka na żywo, śpiewy i klaskanie) docieramy na miejsce.

 

Nad rozległe, pustynne tereny wokół pewnego jeziora – po polsku Październik – zjeżdżają co roku taborami całe rodziny z zachodniego Kurdystanu. Z przyczepami takimi jak nasza, bo rząd zabrania autobusów. Rozbijają obóz, przygotowują posiłki, jedzą, odpoczywają, tańczą i odwiedzają się nawzajem. Wieczorem zapalają ogniska na pamiątkę legendarnego zwycięstwa kowala Kały nad złym królem i odjeżdżają do swoich domów.

 

I tak jest też dzisiaj. Nad Październikiem świętuje parę tysięcy ludzi. Tylko rozstawiona w gotowości policja przypomina, że w Syrii to jedyny dzień w roku, kiedy Kurd może bez obaw przyznawać się do swojego pochodzenia. Z daleka dobiegają nas okrzyki mężczyzn zgromadzonych na wiecu partii komunistycznej. Tam też na scenie rozgrywa się „sztuka zaangażowana” – o młodych, którzy się kochają, ale nie mogą kupić domu, bo są Kurdami. Albo o młodych, którzy są zdolni, ale nie mogą wyjechać za granicę z tego samego powodu. A nad sceną napis – o szczęściu, które dopiero ma nadejść.

 

Delal, jedna z sióstr w naszej rodzinie, też chciałaby wyjechać. Jej bracia nie pracują w zawodzie, bo władza boi się, że kurdyjska większość w północnej Syrii będzie rosła w siłę. Jej znajomi „nie żyją”, „nie istnieją”, „jakby ich nie było”, bo nie mają dokumentów tożsamości. Aby je uzyskać, trzeba zadeklarować narodowość arabską, na co nie godzą się niektórzy Kurdowie. Nie można też mówić po kurdyjsku. Jest dużo żalu.

 

Ale nie dziś. O tym wszystkim dowiemy się dopiero później. Dziś jest Newroz – jeden dzień wolności, święto radości i rodziny, samych dobrych rzeczy, co Delal bardzo podkreśla. Kobiety włożyły na siebie swoje najpiękniejsze, bogato zdobione powłóczyste suknie. W tej pustynnej przestrzeni wyglądają jak zjawy, księżniczki z kolejnej baśni. Mężczyźni za to są eleganccy i bez kurdyjskich strojów.

 

Starzy siedzą z młodymi, wszyscy razem śpiewają i tańczą. W naszej rodzinie dwóch synów świetnie śpiewa i gra na tamburze. O miłości i tęsknocie. Siedzimy na dywanie i klaszczemy razem z siostrami, wujkami, ciotkami i kuzynami, którzy przysiedli się na chwilę. A wieczorem próbujemy naśladować ich ruchy, podobne do elektrycznych wstrząsów albo poruszeń dżdżownicy, w tańcach o metrach nam nieznanych. Przysparza to wszystkim dużo radości. W naszych głowach mistrzostwo gry tamburzystów równoważy kurdyjskie „disco-polo”.

 

Jedzenie również zachwyca. Takich pysznych i misternych gołąbków, owiniętych w liście winogron, nigdy nie jedliśmy. Kurdyjska mama nas adoptowała na ten czas, więc nie ma mowy o pustym talerzu.

 

Jest spokojnie i radośnie, chociaż trzy lata temu czasie Newrozu w mieście zabito czterech studentów. Kurdowie nie poszli wtedy świętować.

 

Po zmroku rozbłyskują ogniska i robi się bardzo zimno. Do domu wracamy późną nocą.

 

Maria Kulanek

ZOBACZ GALERIĘ

POSŁUCHAJ